W najnowszym numerze...

Jacek Jaszczyk

Jako drugi w grudniowym wydaniu SL pojawia się Jacek Jaszczyk. To nieco inne poetyckie spojrzenie na świat niż u Piotra Piątka. Wiersze Jaszczyka są mniej zdyscyplinowane, bardziej poetycko rozbuchane, pobrzmiewa w nich gdzieś tam stukot Grochowiaka, a to i Wojaczek na chwilę zajrzy. Nie jest to jeszcze język dojrzały literacko i widać, że autor wciąż poszukuje swojego stylu, ale warto obserwować dalszy rozwój tej poezji.

Zapraszam do lektury,
Paweł Podlipniak

 


 

Jacek Jaszczyk urodził się w 1972 r. w Grudziądzu. Publikował m.in. w Gazecie Grudziądzkiej, Gazecie Pomorskiej, Przeglądzie Artystyczno-Literackim, Miesięczniku literackim Akant, Ilustrowanym Kurierze Polskim, Dzienniku Pojezierza. Jego wiersze wielokrotnie ukazywały się w Grudziądzkim Arkuszu Literackim.  Uczestniczył w Grudziądzkiej Jesieni Poezji, gdzie trzykrotnie był laureatem Turnieju Jednego Wiersza. Jego utwory znalazły się w antologii poezji Zagraj skrzypeczku (melodię spod lipy) oraz Antologiach poetów współczesnych. Wiersze sercem pisane. Debiutował również w Irlandii, gdzie obecnie mieszka. Jego wiersze publikowane były w polonijnej prasie wydawanej na Zielonej Wyspie. Jest dwukrotnym laureatem Konkursu Jednego Wiersza organizowanego w Domu Polskim w Dublinie. 

We wrześniu 2018 r. ukazał się jego debiutancki tomik wierszy Tańczą w nas życia geniusze. Zbiór wierszy promowany był podczas Grudziądzkiej Jesieni Poezji oraz pod irlandzkim niebem w Dublinie. W przygotowaniu jest kolejny tomik wierszy, który ukaże się w przyszłym roku.

Dziennikarz, radiowiec. Twórca i autor pierwszego polskiego programu radiowego w Irlandii, realizowanego na antenach Radia Sunrise oraz Dublin City FM. Współtwórca, współzałożyciel i redaktor naczelny polskiego radia dla Polonii w Irlandii, m.in. PLK FM i Radia PL.

 


 

Błogostan

We mnie złotokap – księżyca gumiak
Papiak w obcas – szorstki bluszcz

Pokrzewkowate to i śpiewające
Woskiem wymoszczone tli
Zegar kuka – z wiosny skrzy
Kwiczoł maznął nie kukułka
Tak mi marcem w żyłach rozstaj
Bosak w ziemię – kilof w nurt
Gronostajem puchnie wawrzyn 
W zębach wiatru zipie sierść
Szklanka skwierczy jasnym gwintem
Na klucz ściska jutra deszcz
A we mnie parzenicą w zygzak Trynka
Gwiazdom tańczy pośród morw
Mostem szarpie w żleb przeżartym 
Nie na żarty śni przeze mnie

 

Geniusze

Tańczą w nas życia geniusze
w kwiatach koszul i garsonkach
żyrandolom trzeszczą do hejnału
kominom śpiewają do ramion
mrozem sypią między progami 
i na oścież noce kładą parapetom
gładkim klamkom wieszają uśmiechy
gwiazdom skaczące mandarynki
bujają w nas maskami maskarady
pochmurnymi sufitami drżą na talerzach
korkami w uszach gwiżdżą zjeżone
w morwach lamp strugają pajęczyny
i do snu kładą spać szorstkie ściany
oknom zapatrzonym śniąc niewyśnione
tańczą w nas życia geniusze
oddechem pierwszym
deską ostatnią

 

Teatr

Ode mnie do siebie na gałęziach wietrzą myśli gołębie.
W akcie pierwszym: pacyfikacja.
Spasowana na miarę bez miary.
Jesienie wyją, jak psy na sznurkach garbatych obłoków,
kołyszą wierzchołkami.
Jaskrawe okna zamykają w dziuplach widnokrąg.
Ode mnie do siebie
nie moje dłonie lepią przypływy i odpływy.

Akt drugi: kapitulacja.
Na lufach proch nagi jak cynamon.
Szablami biorą mnie w cugle.
Zostawiam liście, które wciąż śnią.
Przez dziurę w drzwiach i szczeliny nocy
wpadają gwiazdy.

Akt trzeci: odwrót.
Manifestuje pacyfikacja,
kapitulacja nie ma twarzy.
Wyrywam sobie tatuaże dni.

Księżyc mi świadkiem w akcie czwartym.
Suflerem ty.

 

* * *

Myślę o narodzinach muzyki Aborygenów
i Karnawale weneckim
w którym Paganini na strunach skrzypiec
trafił do nieba

Przystaję nad krawędzią pierwszej myśli Giuseppe Verdiego
komponującego Bal Maskowy
i ostatnich oklasków w trzecim akcie
które przebiegały ze mną przez chłód piwnic
opery La Scala

Dotykam połamanych skrzypiec Johanna Straussa
i ostatnich nut walca Aeols-Töne op.88
dedykowanego Ojcu

Słysząc jak w sklepieniu Katedry Duomo
rdzewieje we mnie Święty Gwóźdź
i łzy św. Heleny opuszczane na obłoku
płynącym przez moją modlitwę

 

* * *

ubywa mnie
między zakamarkami twoich rąk
sercem w którym żyje sto dwadzieścia oddechów
strzegących nowego tysiąclecia

wyżej gdzie wierzchołkiem Aill Na Searrach
zamszowymi ścieżkami Scablands
przez ramię patrzą sny
sączy się wyschnięty wodospad
szepczący o źródle które płynęło 
zanim przestało śnić

tutaj gdzie od granitowych kamieni
i postrzępionych liści 
bardziej zmęczona jest jedynie pokuta
bliżej mi do rozsypanych łusek grzechu
zamkniętych w tobie ścian

 

Jesiennice

Gęśle skubią gędźby na rąk ganku
Jakby tu wczoraj supłem słup wytargał
Dardański osioł z łuku powietrza
Koniem trojańskim wierzchem w prężność
Gdy w parzuchy pali nam dzban
Choć nie litkup ani ręka bruderszaft
Zmówiona na pohybel łamie
Gromadami zmarszczek wątłą drogę
Listowia bryndzą fekaliuje obraz
Tych spod wiatru w wietrzność niemych
Dzwonkami w norkach dudni w noce
Kopytami w poduszkowy taniec
W tango muskuł sufitu westchnień
Grzesznych zacieków skomorochy
Marionetki takim – ja tresowany w tobie
Niedźwiednik płochy na ochów achy

 

Miasto portowe (Dublin)

akwatorium nie śpi
unosi między dźwigarami grzechy świata
niedoskonałość zamknięta jak pięść
bije się w kontenerach
z eliptycznych silosów muskularne struktury
torowiskiem przetaczają ból niefizyczny
wykręcają skaleczone do tłustej rdzy
ramiona dźwignic
niedopowiedzenie rozcięte do środka
słowem epistrefo
resztki powietrza wyplutego
przez poszarzałych robotników
puchną na gałązkach elektrycznego światła
zadymione pomieszczenia w wieżach ciśnień
wrzeszczące lokomotywownie buchające
ogniem księżyca
suwnice rozciągane brzdękiem tłuczonej stali
nie przypominają łodyg kwiatów transportowanych
deskami Holyhead
akwatorium nie śpi
unosi między dźwigarami grzechy nocy
obsypane hałdami spalonych snów
sumieniem pod skórą umierającym
na kolor metafizyczny

 

list z emigracji

1.

Znowu śniły mi się wiersze.
Pukały do drzwi zakrywając twarz.
Może były twoim lękiem o moje jutro
a może głosem sumienia
zamkniętym w piwnicy.
Martwe są noce,
którymi zmartwychwstajesz we mnie
między przecinkami czekając na świt.

 

2.

Urodziłem się w szczelinie wiersza
i jestem przeźroczysty.
Wygrabiony z prochu sylab,
w korzeniach słowa wklęsły sękom,
nie ufam gałęziom,
którymi dwukropki w oczach kruków
zrywają się w drogę przedostatnią.

 

3.

Oddycha we mnie morze
Ewangeliarzem z Lindisfarne.
Ostatnimi słowami
Świętego Patryka zamkniętymi w Liście do Coroticusa.
Chłodem zamkniętym w oknach Zamku Glenveagh,
pośród wierzchołków Skellig Michael,
mchami rozkładając w nas spóźnione wiersze.

 

4.

Dotykam przez szybę twojego głosu.
Może to przelot skrzydeł motyla w Straffan
a może łza wzruszonej ważki.
Na parapecie przysiadł kruk – samotności mojej szmer.
Skubiąc koraliki gwiazd,
spytał czy jestem oddechem Arystotelesa.

 

5.

Snaefellsjokull, Carrauntoohil, Góra Zamkowa.
Wszystkie myśli prowadzą do ciebie.
Za chwilę wstanie twój świat.
Poprawi fryzurę w oknach, wyjdzie z psem.
Czajnik zaleje obietnicą.
A potem przy filiżance deszczu powie
– Śnił mi się twój pogrzeb.
Proszę wybacz, że się spóźniłam.

 

6.

William Butler Yeats przyszedł nad ranem.
Rozmawialiśmy o narodzinach sztuki w Sandymount
na przedmieściach Dublina i o cieniu góry Ben Bulben.
Usłyszałem, że w Krainie Sidhe,
wciąż przebywają bohaterowie z przeszłości.
Może pójdziemy przez pstrokate trawy
Zrywać, srebrne jabłka księżycowe
I złociste jabłka słońca.

 

7.

Jarzębina turla się na horyzoncie.
Powietrze przypomina spacer nad Wisłą.
Emigracja jest to rodzaj pogrzebu,
po którym życie trwa dalej.

 

* * *

Nie śpię.
Słyszę przez ściany jak sąsiedzi
opakowani w bibuły,
wydmuchują słowa skręcone na zanik pamięci.

Opowiadają o życiu po życiu
i samotnych kamieniach leżących pod drzwiami Balscadden House.

Przyklejony do ściany piję zieloną herbatę.
Z wysokości awaryjnych świateł,
patrzą na mnie dachy wieżowców,
z których skaczą moje myśli.

Liczę je jak kangury na poduszce
choć cukrem dzielę się
z krukami.

Odkąd wypełniłem wszystkie szczeliny nocami,
chcą się zaprzyjaźnić z moimi wierszami,
skazanymi na wieczne niedopowiedzenie.

 

Wiersz irlandzki

Przyjdź do mnie może raz
ten pierwszy i lipcowy
pokażę ci strome brzegi Liffey
irlandzką mgłę ściskającą księżyc

Opowiem o atomach powietrza
krążących na orbitach Dublina
i słowach między przęsłami
w których plącze się wiatr

Przyjdź do mnie może raz
ten pierwszy i grudniowy
pokażę ci noce w pajęczynie
w których skrzydła spaliły ćmy

Opowiem o złotych jabłkach Yeatsa
i zdrętwiałych oczach Oscara Wilde'a
wypatrujących w zimnych oknach
ciszy obsypanych gwiazd

Przyjdź do mnie może raz
ten pierwszy i ostatni
opowiem ci o klifach celtyckiego snu
z których do oceanu skaczą moje łzy

 

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.