W najnowszym numerze...

Wypadałoby najpierw wytłumaczyć się z oksymoronicznego, a przy okazji anachronicznego tytułu tego tekstu. Otóż: cnota prostytutki jest tak samo irracjonalna, jak resentymenty dotyczące holistycznie postrzeganej krytyki literackiej. Inspiracją tego sortu przemyśleń były dwa teksty – albo ściślej: chyba dwie prowokacje Rafała Gawina (jedna w nienajświeższym wydaniu szczecińskiego „eleWatora”, druga na blogu „Liberte”). Teksty Gawina akurat COŚ do „sprawy” wniosły; ot choćby zachęciły mnie do… dyskursu, który usiłowałem wieść tu i ówdzie. Z drugiej zaś strony zirytowały/irytują/irytować będą mnie resentymenty podstarzałych krytyków tyczące czasów, kiedy to funkcjonowały „agendy” krytyczne (najczęściej upostaciowane personalnie), które niejako raz na zawsze „ustawiały” hierarchie, namaszczały terminujących, wreszcie „dopuszczały” delfinów do łaskawości samoswoich „wyroków”.

Zacznijmy jednak od Gawina (źródło „eleWator”). Rafała G. po prostu wszystko nieeufemistycznie wkurza (znaczy zwyczajnie wkurwia – jak anaforyzuje w swoim tekście R.G.). Wkurwia go krytyka i brak krytyki; wkurwiają go środowiska i brak środowisk; wkurwiają go pisma i brak pism, wkurwiają go namowy do uprawiania krytyki i brak propozycji uprawiania etc., etc. Na końcu, Rafała Gawina najbardziej wkurwia Rafał Gawin. Oczywiście to wkurwienie obarczone jest we wszystkich przypadkach kwantyfikatorem „literackie”. Ów kwantyfikator funkcjonuje na zasadzie antytoksyny, jest jednocześnie bakterią/wirusem i panaceum na całe wkurwienie świata (oczywiście literackiego). Generalnie (jak lubi aksjologizować rzeczywistość Doda i Michał Wiśniewski) rozedrganie Łodzianina wyrasta pewnie z tego samego korzenia, z którego wyciekają resentymenty stetryczałych… krytyków. Że niby wszystko, co tyczy literatury jest tu i teraz nieogarnionym chaosem. To dziś jakby powszechnie obowiązujący stan ducha piszących i oceniających pisanie. Wszyscy, jedni świadomie, drudzy instynktownie wyhodowali sobie w głowie przesadnie pryncypialnego starowinę, który jedną stroną oczu widzi przed sobą tak wiele, tak bardzo zróżnicowanych artefaktów literackich, że ślepnie z tego nadmiaru; po drugiej stronie źrenic jawi się zapoznany świat Sandauerów, Błońskich, Wyków, Kuncewiczów itp. itd, „Poezji”, „Literatury”, „Twórczości” itp., itd. – słowem świat reglamentowanych, usankcjonowanych, koncesjonowanych, potwierdzonych… wartości zadekretowanych planowo, systematycznie i na amen. Szkopuł w tym, że wszyscy jakby zapomnieliśmy o perspektywie, nie wspominając o dystansie; nie odróżniamy roboty już historyczno-literackiej od najzwyczajniejszej tzw. codzienności piśmienniczej. Nie odróżnianie zwykłej recenzji od pogłębionej analizy literackiej jest tu i teraz niemalże normą.  W przypadku Gawina możemy podejrzewać tylko podtrucie podświadomą tęsknotą do „ogarniania/ogarnięcia” literatury, jako spójnej całości; czegoś, co poddaje się (uwaga!) bieżącej obróbce – jak nie przymierzając – dobrze wysezonowany kawałek tarcicy sosnowej. To być może tylko przejaw nadmiernej ambicji – bo przecież relatywnie młody Łodzianin nie może pamiętać, ani – z całym szacunkiem – „być w posiadaniu” zupełnej wiedzy literackiej dotyczącej czasów, kiedy to niby „wszystko było może i marne, ale z gruntu sensowne”, jako SYSTEM LITERACKI. Ale już niewybaczalne jest przewartościowywanie tego niby porządku sprzed lat przez jeszcze żyjących… twórców tego/tamtego porządku. Ów dawny „porządek” wynikał wprost z „nadrzędnego porządku”, którego jedyną wartością per saldo była kontestacyjna postawa tzw. wykluczonych, którzy – powiedzmy wprost, upraszczając – tworzyli alternatywną literaturę, czy nawet kontrkulturę (żeby wspomnieć Kulturę Paryską).

Zgoda, żyjemy w totalnym chaosie literackim. Dawny system wartości być może jednak nie poległ, ale zdechł śmiercią naturalną. Jeśli powiem, że chaos jest piękny, że chaos to wolność, że z chaosu powstał… świat, że wiara w demiurgów trąca… literacką kruchtą – to co? Kpię, czy jestem jakimś… konwertytą? Przecież taki Wyka nie rozpoznał w Schulzu tego Schulza, którego z kolei Sandauer wyeksportował w świat. I co z tego, że Błoński rozpływał się nad Grochowiakiem, kiedy do dziś nie ma utworów zebranych, dla mnie genialnego Lesznianina. Ba! Nie ma naukowo opracowanego zbioru dzieł wszystkich Witkacego! I co z tego, że w uporządkowanym świecie literackim klerków, zoilów i tym podobnych, Gombrowicz był himalaistą, skoro tu i teraz w kanonie literatury narodowej prymasuje wiecznie żywy, jak Lenin, waszmość Henryk Sienkiewicz.

Pozostaje więc cynizm – albo wkurwienie Rafała Gawina; bo przecież nie jest winą Gombrowiczów, że się ich nie czyta; że nie ma… racjonalnie obiektywnej, autorytatywnej/autorytarnej krytyki. Ale zamiast blogerskich resentymentów proponuję robić tak, żeby za chwilę zapoznanie „narodowe” nie dotknęło nam bliższych pokoleniowo Stasiuków i innych Tokarczuk.

Jednak już tekst/prowokacja Gawina w/na  „Liberte”, z ogłoszeniem prześmiewczego konkursu/castingu na Krytyka Towarzyszącego (te majuskuły Gawina mają być niby szyderstwem, czy tylko kpiną?) – trąca w bardziej czułe synapsy mojego samopoczucia literackiego. Wydaje się, że Gawin nazbyt koteryjnie/kokieteryjnie, zapowietrzony środowiskowo (och ta… dykta łódzka!) spauperyzował „zasłużoną” w boju kategorię krytyki towarzyszącej. Trochę tak, jak czasy ZLP, jako jedynie słusznej organizacji literackiej, zgnoiły kategorię… lojalności – z gruntu przecież pięknej, nie tylko towarzysko, cechy ludzkiego usposobienia, rozkojarzonej w minionym czasie do kategorii służalczości.

Bezwzględnie zabrakło w tym tekście (mając świadomość, że była to tylko „ulotka”) właściwego, acz ulotnego odniesienia do kategoryzacji historyczno-literackiej (nawet z obśmianiem jakimś). Konsument komunikatu Gawina, nie wiedząc za wiele o krytyce towarzyszącej (a zakładam ze sporą dozą pewności, że taka recepcja przeważa) mógł odczytać w haśle „towarzyszenia” dość obrzydliwą „obsługę” krytyczną wyłącznie zaprzyjaźnionych kolesiów, rozczłonkowanych w koteriach, towarzystwach adoracji itp. Już takie skojarzenie, traktowane wyłącznie, jest dość niebezpieczne; teorie spiskowe w półświatku literackim są bowiem podobnie usankcjonowane, jak w wielce oszołomionym świecie… polityki.

Mówiąc poważnie (w formule maksymalnie uproszczonej ściągi) krytykom towarzyszącym gdańskiej Wspólności Stanisławowi Rośkowi i Stefanowi Chwinowi (nie bez powodu nazywanymi „typologistami”) zawdzięczamy uniwersalną kategorię „polifoniczności”, ale także zwrot zainteresowania tradycją polskiego baroku i poezją Miłosza, którego w obowiązujących encyklopediach tamtych czasów kwalifikowano jako wroga PRL-u; krytykowi towarzyszącemu pokoleniu Współczesności Janowi Błońskiemu zawdzięczamy uniwersalny opis kategorii „turpizmu”; krytykowi towarzyszącemu Hybrydowcom, A.K. Waśkiewiczowi, zawdzięczamy uniwersalną propozycję „modeli i formuły”; krytykom towarzyszącym Nowej Fali, Julianowi Kornhauserowi i Adamowi Zagajewskiemu, zawdzięczamy uniwersalną kategorię „mówienia wprost". To tylko incydentalne przykłady, bo gdyby cofnąć się jeszcze głębiej dotrzemy aż do Norwida i jego wielkiego promotora wiecznie mu towarzyszącego Zenona Przesmyckiego (Miriama).

Nawet próba… żartów z krytyki towarzyszącej jest strzałem w kolano. I nie ma to nic wspólnego już z moimi osobistymi resentymentami. Jestem przekonany, że całym bólem dzisiejszych środowisk literackich jest uświadomiona, bądź instynktowna tęsknota właśnie do… własnej, pokoleniowej krytyki towarzyszącej. Więcej: uważam, że cały ten kopany w cztery litery chaos (który – powtórzę – jest wartością samą w sobie) wynika z braku jakiejkolwiek krytyki towarzyszącej. Bodaj ostatnim takim osobnikiem, towarzysząc swojemu, bardziej pokoleniu, niż otoczeniu był (bo już nie jest, często „zamawiany” do dość podejrzanego „towarzyszenia”) Karol Maliszewski. Przypominam jego ostatnie uniwersalne  kategoryzacje na „klasycystów” i „barbarzyńców”. 

A wracając do niepokalania pracownic agencji towarzyskich – nie można zjeść ciastka i mieć ciastka (jak mawia lud, zwany przez Baumana planktonem), bo nawet w świecie literatury wszystko jest płynne. Być może tzw. krytyka literacka, rozumiana tradycyjnie, po prostu nie istnieje. Może to po prostu zwykły marketing? Albo w najlepszym przypadku tylko „publicystyka literacka”.

Czesław Markiewicz

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.