W najnowszym numerze...

Pocztówki z Legnicy

Grzegorz Tomicki

Grzegorz Tomicki obserwuje, filozofuje i opisuje

Jadę sobie busikiem z Wrocławia do Legnicy, co jest ostatnio moim głównym zajęciem – w pozostałym czasie odbywam podróż w przeciwną stronę – i obmyślam strategię przetrwania, jak to mam zwyczaju, która to czynność zajmuje mi raptem jakieś pół minuty bez okładu, albowiem jako człowiek praktyczny, choć może tylko we własnym mniemaniu, nie lubię jeździć busikami głowę w chmurach jednocześnie trzymając, bo to nie tylko niezdrowe, niebezpieczne i przeciwne naturze, ale i głupie, toteż natychmiast po owej straconej półminucie przechodzę do roztrząsania zagadnień wyższego rzędu, np.: czy rzeczywiście każdy wiersz Wojciecha Wencla „odwzorowuje piękno świata”, jak twierdzi Wojciech Wencel? I jak mu się to, szelmie, za każdym razem udaje?

Jadę sobie busikiem z Wrocławia do Legnicy i kontempluję dolę i niedolę tego mojego nieustannego podróżowania z miasta do miasta i z powrotem.

Jadę sobie busikiem z Legnicy do Wrocławia, bo mnie wrocławianie zaprosili na imprezę poetycką, a tu jakimś cudem z busikowych głośników leci kawałek z płyty Stephane Grapelli Plays Jerome Kern (nie mylić z podwójnym Jeromem od Trzech panów w łódce, nie licząc psa), która to płyta zawsze nastraja mnie dziwnie optymistycznie. Co chyba widać po głupkowatym wyrazie twarzy, jaki wtedy przybieram. Każdy przystraja się w takie metafory, na jakie go stać, więc i ja sobie folguję. „Kiedy stworzona zostaje metafora, nie wyraża ona niczego, co wcześniej istniało, choć oczywiście znajduje swą przyczynę w czymś, co wcześniej istniało”. Niech tam sobie Rorty mówi, co chce, ale metafora, jaką jest wyraz mojej twarzy, kiedy Stephane Grapelli gra kawałki Jerome’a Kerna, nie znajduje przyczyny w niczym, co istniało wcześniej, istnieje obecnie lub będzie istniało w pzryszłosci. Taka jest moja opinia i podzielam ją całkowicie. A ze mną, jak się zdaje, podziela ją ta niczego sobie dziewczyna siedzące z przodu, trochę po lewej. Najpierw zerkała z zaciekawieniem, a teraz cokolwiek z bojaźnią. Ludzie boją się tego, czego nie rozumieją. A kto dzisiaj rozumie metafory! A co dopiero taką jak ta tutaj moja, na twarzy! Co się wzięła z niczego i niczego nie wyraża. Kto by się nie bał? Gdyby się byli dowiedzieli, żem do tego piszący, a jeszcze i meloman, pewnie by mnie z busika wysiudali  i zostawili, gdzie by popadło, najpewniej tu, wprost na autostradzie A4, w połowie drogi z Legnicy do Wrocławia albo z powrotem, bo to przecież wszystko jedno. Ale się nie dowiedzą, więc lepiej już miesić wapno, niż tracić czas na roztrząsanie podobnych zagadnień.

Ponieważ, as we know, pierwszeństwo hecy nad zadumą jest bezdyskusyjne, wielu stara się zgłębić owo zaprawdę godne roztrząsania tudzież najwyższego rzędu i uroku zagadnienie, jakim jest komizm. Wielu, a więc nie tylko ja! I nie tylko – wyrazy szacunku – profesor Jerzy Ziomek, któremu po wszechstronnym i wnikliwym oglądzie problemu, istota komizmu jawi się tak: