W najnowszym numerze...

Jadę sobie busikiem z Wrocławia do Legnicy i kontempluję dolę i niedolę tego mojego nieustannego podróżowania z miasta do miasta i z powrotem.

Albowiem dola moja i niedola nieobojętna jest miastu jako „przestrzeni kulturowej i swoistemu laboratorium przekształceń w kulturze”, jak się dowiaduję z lektur obowiązkowych (Elżbieta Rybicka, Geopoetyka. O mieście, przestrzeni i miejscu we współczesnych teoriach i praktykach kulturowych). Takoż i moje przemieszczanie się ustawiczne nie tylko pomiędzy miastami się odbywa, ale i pomiędzy laboratoriami. A nie tylko pomiędzy laboratoriami się ta moja podróż odbywa, ale i między jedną a drugą kulturową refleksją, albowiem „refleksja nad miastem jest w gruncie rzeczy refleksją nad kulturą”, co w języku laboratoryjnych doświadczeń oznacza, iż „badanie miasta jest badaniem kultury”, a czymże ja innym czas swój wypełniam podróżny od lat siedmiu z okładem, jeśli nie reflektowaniem się ustawicznym i zgłębianiem aż do trzewiów tajemnic życia i miast moich pięknych, przeklętych, Legnicy i Wrocławia, Sodomy i Gomory, Jerozolimy Niebieskiej i Babilonu.

Nieobca mi jest zatem ani „filozofia miasta”, ani „geografia kulturowa”, ani nawet „antropologia miejsca i przestrzeni”, nie wspominając o „geokrytyce” i „geopoetyce”. Wszystko to dawien dawna nieobce mi jest, choć nie tak pięknie ponazwane, czyli jakoby nie istniało. Jakoby nie istniało, a jednak nie tylko istniało, a jeszcze powoływało immanentne zagadnienia problemowe, jako to: „estetyzacja przestrzeni”, „filozoficzno-literacka antropologia miasta”, „psychologia doświadczenia wielkomiejskiego” oraz „filozofia przestrzeni” na dodatek – jako załącznik, aneks lubo też apendyks, iżby nie było za zgrzebnie, czyli za nienaukowo, co znaczy: za głupio, a zatem za durno aby nie było.

Tak oto bawiąc raz w jednym wielkomiejskim mieście, raz w drugim małomiejskim, choć też przecież nie wsiowym, w dwóch naraz niejako miastach będąc, przeto jakowymś dwumiastowcem się mieniąc – a może i bezmiastowcem jakimś osobliwym – człowiek się od refleksji nad kulturą opędzić nie może, choćby i na wsi zamieszkał.

Ale atłasowa czapeczka ze srebrnym chwostem na czubku dla tego, kto zgadnie, czy tak tym badaniem i tą refleksją nad kulturą i sobie samym w owej kulturze, i samą kulturą swoją tudzież kulturą swojego myślenia nabuzowany człowiek mądrzejszy przez to nabuzowanie się staje, szczęśliwszy, lepszy niźli wprzódy, zanim się był nabuzował? Czy dzięki temu nabuzowaniu kulturowemu będzie wiedział, w jakim mieście (miastach) przyszło mu żyć? Czy je bardziej zrozumie, polubi, pokocha? Czy mieszkańcy jego miasta staną mu się mu bliżsi, bardziej ludzcy? Czy odnajdzie zwój dom?

I czy na koniec nie pozostanie mu tylko lament wysyłany w ciemność, skarga daremna niepocieszonego: „To błąkanie się w poszukiwaniu mojego domu było moim obłąkaniem. Gdzie jest mój dom? O to pytam, tego szukam i szukałem, a nie znalazłem” (To rzekł Zaratustra)? Albowiem prędzej czy później życie i tak obali nasze frajerskie konstrukcje, jak mówi Poeta, czyli Wieniedikt Jerofiejew.

Mądrzejszy, głupszy, lepszy czy małolepszy, szczęśliwszy czy nie, miejski albo i wiejski – zawsze to podróż busikiem z Wrocławia do Legnicy szybciej upłynie, kiedy się człowiek porządnie nabuzuje. I ten jest pożytek z poezji. Tfu, przepraszam, z kulturowej refleksji nad geopoetyką miasta i przestrzeni.

Grzegorz Tomicki

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.