W najnowszym numerze...

Pocztówki z Legnicy

Grzegorz Tomicki

Grzegorz Tomicki obserwuje, filozofuje i opisuje

Jadę sobie autobusem z Legnicy do Wrocławia, albowiem firma przewozowa „Zawisza” kwitnie i kursy odbywane w strategicznych godzinach obsługują już nie poczciwe busiki, lecz busy co się zowią, zaopatrzone w wc, klimatyzację, monitory (wprawdzie niepodłączone do prądu, ale zawsze) i rozkładane mini-stoliczki do mini-notatek, mini-wierszy albo i do mini-felietonów – a wszystko to w wersji mini, albowiem każdy, kto próbuje na czymś takim do niczego niepodobnym pisać (trzeba umieć wykrzesać z siebie odrobinę heroizmu), musi z konieczności zostać minimalistą, wie bowiem, że zapiski na pudełku od zapałek udać się mogą Umbertowi Eco, a przecież nie z każdego jest zaraz taki Umberto, jakim sam siebie widzi – jadę sobie zatem owym klimatyzowanym (niezła powietrzna kondycja) autobusem, co mi cokolwiek zaburza rytm zdania oraz burzy miły sercu klimat – „jadę sobie autobusem” to wszak nie to samo co „jadę sobie busikiem” – i jak to mam w zwyczaju zatrudniam się obmyślaniem strategii przetrwania.

W laudacji wygłoszonej na cześć laureata Nike 2009 Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego usłyszeliśmy, a potem mogliśmy sobie czarno na białym przeczytać, co następuje: „Jest to poezja autobiograficzna, bo nie brak w niej odniesień do faktów potwierdzonych w biografii autora (choroba, śmierć matki, doświadczenie homoerotyczne), ale jest to także poezja wyraźnie wystylizowana – na dawność, barokowość, Villonowską nutę, «portret trumienny»”.

Po całodziennym obcowaniu, współżyciu, a nawet chędożeniu z książkami, czasopismami, gazetami, kserokopiami, wydrukami, notatkami, zapiskami, zeszytami, brulionami tudzież innymi nośnikami i wehikułami tekstów lubię sobie wieczorem zasiąść przed komputerem i pobuszować po interenecie, iżby dla odmiany co nieco poczytać. I nie uwierzycie, nigdy się nie zawodzę! Zawsze coś odmiennego od dotychczasowego, też przecież niezgorzej dziwacznego, znajduję. Pomysłowość ludzka jest bowiem różnorodnej natury, bogata w kwiaty i owoce wszelkiego rodzaju.

Jadę sobie busikiem z Legnicy do Wrocławia, słucham, jak Chris Botti śpiewa przez trąbkę i zastanawiam się, czy to aby słuszna muzyka z tej trąbki i innych instrumentów się dobywa, tj. czy aby ja dobrze robię w tej mojej nieustającej podróży tej akurat teraz muzyki słuchając, a nie jakiejś innej, na przykład Nieszporów sycylijskich Giuseppe Verdiego albo Pięciu utworów w kształcie gruszki Erika Satie.

Czy warunkiem sine qua non uprawiania sztuki słowa jest nieufny, krytyczny, rewizjonistyczny stosunek do języka? Pytanie, wydawałoby się, z rodzaju naiwnych. Kto się bowiem raz uczciwie nad istotą języka pochyli, a pisarz winien uczynić to pierwszy, ten musi bezgraniczną ufność weń postradać na zawsze. (Samo)świadomość – nie tylko zresztą językowa – regresji do nieświadomości już nie podlega. „Nie możemy powrócić do przeszłości, spaliliśmy okręty; pozostaje nam tylko być mężnymi, cokolwiek by miało z tego wyniknąć”, jak się był obrazowo wyraził Nietzsche.