W najnowszym numerze...

Agnieszka Marek

Do pary Mirce Szychowiak daję Agnieszkę Marek, autorkę, która kilka lat temu już gościła na łamach SL. Teraz z nowymi wierszami, w nowej odsłonie i nowym kolorycie. W pisaniu Agnieszki nie zmieniło się na pewno to, że operuje ona językiem jednocześnie lirycznym, kobiecym, ale nie pozbawionym mocnych, „trafionych” akordów, akcentów, silnych po męsku słów. Bez tatuażu.
Autorka nieustannie się rozwija poetycko i moim zdaniem bezsprzecznie znalazła  własny poetycki sposób przekazu.

Zapraszam do lektury.
Paweł Podlipniak

 


 

Agnieszka Marek – bielszczanka, urodzona w 1977 r.  Ukończyła filologię polską na Uniwersytecie Śląskim i podyplomowo bibliotekoznawstwo. Pracuje jako nauczycielka języka polskiego i nauczyciel bibliotekarz. Laureatka kilkudziesięciu ogólnopolskich konkursów poetyckich, m.in. J. Różewicza (nagroda główna – 2013 r.), Struny Orfickiej (I nagroda – 2014 r.), M. Czychowskiego (nagroda główna – 2014 r. oraz 2016), J. Kulki, R. Wojaczka, M. Hłaski, M. Kajki i wielu innych.

Publikacje: czasopisma literackie „Migotania”,  „Bliza”, „Tygiel”; „Topos”, „Szafa”, „Helikopter OPT”, „Arterie”;  portale poetyckie: Pisarze.pl, Salon Literacki, Latarnia Morska;  tomiki i almanachy pokonkursowe.

Debiutancka książka poetycka „Wypuść mnie, wypuść” ukazała się w 2013 r. Była to główna nagroda w konkursie im. J. Różewicza w Radomsku.

W roku 2016 wydała tomik „(Po)równania z wieloma niewiadomymi”.

 


 

Kierunek: Beskid Niski

Znudziły mnie autostrady. Drogi ekspresowe męczą,
a wyprzedzanie „na trzeciego” powoduje ściskanie w dołku.
Nie pojadę na północ. Żadnego morza.
Piasku między zębami, słonych powiek.
Lecz kiedy je zamykam, czuję ból tkwienia w miejscu –
tym samym od lat. I ten skowyt w neuronach:
Kieruj się na wschód! (wiem – brzmi jak nudny komunikat GPS-u).
A w chwilę później pojawia się pewność: Пізрий на місяц.
Ruszam. Nieistniejące wsie czekają. Tęsknią.

 

Radocyna. Piękny dzień (a przecież boli)

Niebo jest nachalnie błękitne. Słońce pali od rana.
Wokół pachnie sierpniem. Wisłoka nieufnie patrzy
źrenicą w kolorze nieśmiałości, choć – jak co dzień –
rusza w Polskę z Dębiego Wierchu. Czuję się przywitana
niebieskością, a jednak wiem, że nie będzie łatwo.
Osiemdziesiąt siedem domów. Ponad czterystu ludzi.
Byli tutaj, byli. Zamykam oczy i usta. Przez chwilę
słyszę ten gwar, zwyczajność: – Дай Боже щестя!
Дай Боже и Вам! Jeszcze z uśmiechem na twarzach.
Bez przeczucia, że wszystko się skończy.
Muszę otworzyć oczy i zacisnąć zęby. Łzy są zbyt silne –
domagają się mojego towarzystwa – szczególnie wtedy,
gdy zbliżam się do starej szkoły. Nagle pojawiają się dzieci
i ich głośne: Добре ранo! Ciepła odpowiedź nauczyciela:
Як ся мате?  Znikają wewnątrz murów. Milkną –
i tylko ja wiem, że już nigdy nie wrócą.
Tyle mogę: uklęknąć przy dawnych ścianach, wspierając czoło o cegły.
Wyszeptać najczulej: Останте здравы

 

Krok za krokiem

Czwartek. Kolejny dzień oswajam Łemkowszczyznę,
na własne życzenie rozdrapując rany.
Blechnarka próbuje pocieszyć mnie cerkwią
o murach w kolorze malin. Kosma i Damian obiecują
uleczyć duszę, a z ust wymyka mi się: Boże, przebacz!
choć wiem, że nie zmienię przeszłości. Mogę jedynie dziękować,
że nie jestem tu sama (moja dłoń w ciepłym uścisku męskiej ręki;
przy nodze mokry nos psa). Idziemy dalej w milczeniu, nasłuchując.
Mamy nadzieję, że dogoni nas echo – w nim gwar regietowskich
rozmów, płacz dzwonów z nieistniejącej świątyni. Tymczasem
dostajemy pakiet kolorów – znów błękit i zieleń.
I jeszcze kapliczkę przy drodze – by ponownie ugiąć kolana.
Usłyszeć nagle: Останте З Богом!

 

Wbrew

Jestem kobietą bez tatuażu i taka pozostanę.
Mężczyźni nie lubią konkurencji, nawet jeśli to tylko tusz –
wypisane w przypływie endorfin imiona dzieci czy roziskrzone
skrzydła nieistniejących aniołów. Zamiast tego możesz podziwiać
Plejady – bo tak się ułożył pieprzyk obok pieprzyka, brązowe konstelacje.
I kiedy szepczę do ucha, że jesteś jedynym, który nie pieprzy,
tylko kocha, pozwalam jednocześnie rozdrapywać przeszłość, rysować paznokciami
pulsujące po wszystkim linie, żłobić teraźniejszość.
Kiedy się ode mnie odkleisz, będziesz mógł dostrzec ulotne dla innych ślady.
Dla nas niezmywalne.

 

Na południu bez zmian

Być wilkiem. Być kobietą wilka, przypadkowym Czerwonym Kapturkiem.
Może przypomną się wszystkie wydeptane dotąd ścieżki, koszyki
z przetartym uchem, kilka ucieczek przed dobrze znanym. A jednak
dróżka niezmiennie się wije, kusi. Zarośla, chociaż niby wydoroślała
Gdzie tam! Ani tu, ani tam, nigdzie. Jest nadal mrok i błysk – lśniące
w ciemności oczy, zbyt piękne zęby. Dlatego krok po kroku
jak po nitce. Do kłębka, w który zwinie się po wszystkim. Po wszystkich.

 

Pospiesznie

Fałszujesz rzeczywistość. Najciekawiej przy starych
przebojach Krzysztofa K., podczas gdy za oknem
przesuwają się zupełnie błahe stacje. Nic jej nie mówią.
Ten pociąg nie zatrzyma się, ale rozpędzi. W kierunku mgieł,
wyszlifowanych czasem szyn. W różnych kierunkach.
A ona będzie tylko zmieniała trasy dłoniom, splatała
palce z twoimi. Byle ciaśniej. Lecz niezbyt często pozwoli
sobie na szybkie zderzenie z wciąż jeszcze nieznanym
kolorem oczu. Żeby się nie zatracić, nie polec.
Bezpieczne są przecież tylko rozmyte łąki za oknem,
znikające w mroku ścieżki. I choć przylgnęła do ciebie
niepokojąco szczelnie, bądź czujny. Bo może rękę na jej
biodrze powinieneś przytrzymać mocniej. Nikt nie wie,
kiedy skończą się tory, obudzą prawdziwe stacje.

 

Narodziny. Naśmierciny

Czekoladowy nagrobek tortu Sacher.
Zdmuchuję urodzinowy pożar.
/Ewa Lipska, 8. października 1995/

Urodziłam się dokładnie w tym samym dniu
i miesiącu, co ty.
Czy rodząc mnie, matka myślała o poezji?
Czy wiedziała, że wydaje na świat zalążki słów,
konstrukcje złożone z metafor i porównań,
których się nie boję?
Czym nasiąknęło łożysko przez te dziewięć miesięcy?
I co w nim zostało? Kawałek mięsa naszpikowany
rymem i rytmem, wyrzucony do odpadów szpitalnych?
Kiedy rodziłam własne dziecko, myślałam o wszystkim –
tylko nie o poezji.
I nie o tym, że syn odejdzie w niewiadomą stronę,
gdy skończy pechowe 13 lat.
Teraz nie umiem tego nawet zakląć w metaforę.
Zasypiając, odganiam natrętne porównania.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2018 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.