W najnowszym numerze...

Tak jakoś nerwowo się żyje, nie sądzicie? Ja już od kilku lat jestem emerytem, a więc dużo czasu spędzam w domu. Za moimi plecami nieustannie skrzeczy telewizor. Telewizor to traumatyczne i jadowite medium. Teraz dawne walki w budyniu zamieniły się tam na walki w błocie. Aura w tv jest nerwowa i przygnębiająca. Codziennie nowe bitwy lepszego sortu z gorszym sortem lub na odwrót. Destabilizacji życia publicznego; budowaniu wspólnoty to nie służy.

Czterdzieści lat przeżyłem w świętej pamięci Komunie. Czy było lepiej? Hmmm… Żyło się biedniej. Ale jakby spokojniej, bardziej stabilnie. Wyjazd na wakacje nad Morze Czarne to była spora radość. I tak – roczek po roczku – ta mała stabilizacja dawała jakieś poczucie nadziei i bezpieczeństwa. Ale pod tym zapyziałym dywanem coś się jednak kłębiło. Najpierw rok 1956, potem 1968, 1971, 1976, aż w końcu rok 1989 przyniósł Wielką Zmianę.

O!, teraz to jesteśmy paniska w porównaniu z tamtą rzeczywistością. Już nawet doszło do tego, że mieszkania stoją puste, bo jest ich za dużo. Coraz to nowe limuzyny rdzewieją w salonach motoryzacyjnych. Firmy telekomunikacyjne stają na głowie, żeby ci wepchnąć telefon stacjonarny lub mobilny. A ja pierwsze 16 lat małżeństwa przeżyłem bez telefonu. Czy zauważyliście, że na ulicach rzuca się w oczy zastraszający brak automatów telefonicznych „na monetę”? Stały się zbędne – przecież każdy nosi w kieszeni telefon. W ogóle dóbr za wiele, pracy za mało. A partyjne wojny o władzę zniesmaczają każdego, kto ma odrobinę dobrego gustu. Tzw. kwestia smaku pozostaje nieusatysfakcjonowana. Nam, Wielkim Artystom, tylko klerkizm pozostał i pięknoduchostwo…

A co z życiem literackim? Absolutną rewolucję przyniósł upadek cenzury i wolność druku. Piszesz, co chcesz i publikujesz co chcesz. Graficiarze już nawet znudzili się tą wolnością pędzla, pardon, sprayu. Cudowny aforysta Lec popełnił taką sentencję: Nie pisz credo na murze. Ładna zbitka słów, ale i to nam się znudziło. Piszemy gdzie popadnie. Nawiasem mówiąc, o credo wciąż trudniej niż o kredę.

Nie wiem ile za ancien reżimu było tygodników i miesięczników literackich, ale w porównaniu z dzisiejszą „przestrzenią publikacyjną” była to garstka. Oczywiście zawdzięczamy obecny boom Internetowi. Starszym ludziom brakuje zapachu papieru i farby drukarskiej, ale to są już tylko zrzędzenia tetryków. Jeśli zgłaszać pretensje, to raczej wobec innego zjawiska. Otóż całkowicie nielimitowany dostęp do publikacji (jakkolwiek by nie narzekać, jednak nienaruszalny) powoduje, że obok Wielkiej Góry Tekstów rośnie Wielka Góra Śmieci. Nie da się jej podkopać, zutylizować, udeptać, bowiem to ona jest ikoną Wolności Słowa, za którą krew oddawali moi ojcowie, a wasi dziadkowie.

I co z tym fantem zrobić? Ha! Radzę iść do apteki i zapytać, czy mają tabletki lub syrop na stoicyzm. Pisać każdy może, trochę lepiej lub gorzej… Ja wierzę w to, że najlepszym cenzorem jest Czas. On oddziela ziarno od plew. W pismach literackich, na uczelniach humanistycznych, a nawet w tym zaśmieconym Internecie dokonuje się jednak jakaś selekcja. Weźmy na ten przykład chociażby waszą ulubioną witrynę, na której właśnie czytacie ten tekst. Tu waruje dwójka cerberów – Dorota Ryst i Sławek Płatek. Ja to im nawet zarzucam zbyt wygórowane kryteria selekcji, choć w głębi ducha popieram, bo sam jestem zbyt dobrodusznym krytykiem. Pamiętajcie: jeśli czytacie moją recenzję, to zawsze jest ona zawyżona. No ale pracuję nad sobą, chodzę na siłownię asertywności i mam nadzieję, że gdy stetryczeję do końca, to wypalę serią w was wszystkich. Nie pozbieracie się!

Z perspektywy moich lat nadziwić się nie mogę, ile potrafi się zmienić w trakcie jednego ludzkiego życia. Ustrojowo, technologicznie, infrastrukturalnie, socjokulturowo i mentalnie. Problem polega na tym, że nadal nie jest idealnie. Ale to jest być może stała „reguła gry”. Parafrazując słowa znanej ongiś piosenki Skaldów nie o to chodzi, by złapać Ideał, ale by gonić go

Dorobek literacki PRL-u uważam za znakomity. Powstawała świetna proza, mieliśmy wspaniałą poezję. Trzeba uważać, żeby nie wylewać dziecka z kąpielą. Proszę sobie zrobić listę czołowych prozaików i poetów tamtego czasu – to w każdej kategorii jest po kilkadziesiąt wybitnych nazwisk. No i żyły jeszcze autorytety z okresu przedwojennego – ot, chociażby Iwaszkiewicz, Słonimski, Tuwim czy Przyboś. Sporo nazwisk można wymienić… W PRL-u mieliśmy tylko kilka lat kompromitującego socrealizmu. Ale to była euforyczna reakcja na czas powojenny oraz oszołomienie nową doktryną. Z socrealistów zresztą szybko powyrastały znakomitości. Na przykład poczytajcie „wczesnego Woroszylskiego” i „późnego Woroszylskiego” – to są dwaj różni poeci…

Tak więc z aksjologią i historiozofią literacką radziłbym rozliczać się ostrożnie i niedogmatycznie. Czasy często wiszą nam kamieniem u szyi, ale trzeba umieć wyłuskać z nich to, co złe nie było. Bo nie było.

Cholera jasna… O czym to ja miałem pisać ten felieton? Aha, o tym, co dzieje się teraz. Ale to temat na grubą książkę i niemożliwą do skończenia. Powiedzmy więc tak: dzieje się ciąg dalszy. Zmieniają się czasy, systemy, realia, mody, języki, formy ekspresji itd. Wiecznie coś nowego. Nowego, które dość szybko się starzeje. Na tym właśnie polega fluktuacja pokoleń. Literatura ma lepsze i gorsze czasy, jednak w miejscu nie stoi i wyprzeć innym sztukom się nie daje. To jest jedyne pocieszenie. A reszta płynie do morza i tam się rozlewa, rozlewa, rozlewa… Historycy literatury siedzą nad Wielką Wodą i wyłapują, co się da. Łapcie ten haczyk, jeśli w ogóle pojawi się w waszym zasięgu.

Leszek Żuliński

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.