W najnowszym numerze...

W latach 1975-2010 dużo podróżowałem. I nie za własne pieniądze. Bo wysyłały mnie na rozmaite spotkania, sympozja czy zjazdy redakcje, w których pracowałem oraz Związek Literatów Polskich. Czasami były to podróże zupełnie dziwaczne. Na przykład kiedy upadł tygodnik „Wiadomości Kulturalne”, Krzysztof Teodor Toeplitz założył miesięcznik „Broń” i wysłał mnie do Norymbergi na Targi Broni, żebym wszystko obejrzał i opisał. Coś tam skrobnąłem, ale przemilczałem swoje upojne spacery po tym pięknym mieście.

Innym razem, gdy pracowałem w TVP, firma zorganizowała panel na… Sycylii. Cudnie było! Nałaziłem się po Palermo i Syrakuzach jak ten głupi.

Jednak 90% tych „wycieczek” związanych było z sympozjami i eventami literackimi. Na przykład gdy szefowałem w Krajowej Agencji Wydawniczej redakcji książek dla dzieci, niemal corocznie jeździłem do Bolonii na bodaj że największe na świecie targi książek dla dzieci – tam mieliśmy swoje stoisko. Najbardziej pamiętam pierwszy wyjazd. Współtowarzyszem podróży był Zbigniew Rychlicki. On prowadził w „Naszej Księgarni” dział graficzny; on był twórcą dziecięcego idola – Misia Uszatka. No więc jedziemy z lotniska do hotelu, instalujemy się, Zbyszek natychmiast wyciąga mnie na miasto i wlecze… do kina. A to było takie non-stop porno-kino. Aj, co się napatrzyłem – to moje, a Zbyszka nie mogłem stamtąd wyciągnąć. Ale podczas pobytów w Bolonii najbardziej fascynował mnie fakt, że jestem w mieście z najstarszym europejskim uniwersytetem, w mieście Uberto Eco – a były to czasy, kiedy jego Imię róży święciło triumfy na całym świecie.

Bratni Związek Pisarzy Radzieckich też utrzymywał z nami zażyłe kontakty. Niech Wam się tylko nie zdaje, że były to knucia hegemona wobec polskiego wasala. Była to najpospolitsza wymiana „przyjaźni literackich”. Toteż zdarzyło mi się kilka razy być w Moskwie, ale najbardziej pamiętam wyjazd do Tadżykistanu. Sympozjum jakieś tam się odbywało. Referat wygłosiłem. Ale wycieczki po Duszanbe oraz mała wspinaczka w górach Pamiru najbardziej zapadły mi w pamięci. Przywiozłem sobie stamtąd tadżycki chałat, czapeczkę tiubietiejkę i jakąś kolorową chustę. Niech żyje literatura tadżycka!

Jednak chyba najbardziej egzotyczny był wyjazd do Chin. To było już w nowych czasach, w roku 2004. ZLP wysłał nas tam w celu podtrzymania literackiej przyjaźni polsko-chińskiej. No! Pojechaliśmy w czwórkę: ja, Jacek Kajtoch, Andrzej K. Waśkiewicz i Grzegorz Wiśniewski. Zwiedzaliśmy trzy miasta: Pekin (tu. m.in. Zakazane Miasto), Szanghaj (tu XXII wiek) i Xi-An (w nim słynną „terakotową armię”). Wrażenia duże! W końcu połazić sobie po chińskim murze, pooglądać z hiper-wieżowca panoramę Szanghaju czy zrobić sobie w Pekinie na Placu Tian’anmen zdjęcie na tle wielkiego portretu Mao Tse Tunga – to nie w kij dmuchał. Tylko nie myślcie sobie, że była to wycieczka czysto krajoznawcza. W każdym z wymienionych miast mieliśmy rozmowy z pisarzami tamtejszych oddziałów literackich, a więc oni dowiadywali się, co piszczy w literaturze polskiej, a my – co w chińskiej. Nawiasem mówiąc ZLP po dzień dzisiejszy ma żywy kontakt z kolegami Chińczykami, a prezes Wawrzkiewicz już niemal mówi po chińsku, zaś pałeczkami posługuje się tak sprawnie jak nożem i widelcem.

Było tych podróży sporo. Na przykład na Bałkany. W jednej, którą najlepiej zapamiętałem, towarzyszył mi Branko Cirlić – Serb od lat mieszkający w Warszawie. W tym roku kończy 100 lat – szykuje nam się wyjątkowy jubileusz w ZLP. Ech, Branko to był facecjonista i kobieciarz. Jak zobaczył ładną spódniczkę, to z 70-latka zmieniał się w 30-latka. W latach chyba 80-tych towarzyszył mi w służbowej podróży do swojego kraju. Jechałem tam załatwiać jakieś geszefty ze znanym wydawnictwem „Mladinska Kniga”. Branko na pół dnia porwał mnie na wieś, do domu swoich rodziców. Poznałem m.in. jego Mamę – ugościła nas gołąbkami. A wiecie jak tam się robi gołąbki? Ano tak samo jak w Polsce, tyle, że farsz nie jest owinięty kapustą, lecz liśćmi winogronowymi.

Niestety, jedna z moich podróży do Jugosławii skończyła się tragicznie. Był to rok 1979. Towarzyszył nam znany, zwłaszcza dzieciom, poeta Tadeusz Kubiak. Z lotniska w Belgradzie odebrali nas gospodarze i ruszyliśmy na południe, do ich firmy. Był upał. Po iluś tam kilometrach mijaliśmy miejscowość Topola i zobaczyliśmy wzgórze, a na nim niewielką, ale piękną, lśniącą marmurową bielą cerkiew. Postanowiliśmy zatrzymać się, rozprostować nogi i zobaczyć to cudo. Wnętrze cerkwi – śliczne. W nim iście marmurowy chłód. Ale... Po kilku minutach Kubiak... upadł na podłogę. Podbiegliśmy – dusił się, siniał. Robiliśmy sztuczne oddychanie i jakieś inne „czynności ratunkowe”. Szybko zasięgnęliśmy języka, gdzie najbliższy lekarz, z dołu podjechał samochód, przenieśliśmy tam Tadeusza – i szybko do szpitala w okolicy. Lekarz wybiegł do nas i po chwili oznajmił, że Kubiak... nie żyje! Ech!

I jeszcze jedno wspomnienie, ważne dla mnie. Praga! Pierwszy i jedyny raz byłem tam w towarzystwie Andrzeja Czcibora-Piotrowskiego – poety, prozaika, znakomitego tłumacza literatury czeskiej, który m.in. znał się z Hrabalem. Ach, jak pięknie Andrzej oprowadzał mnie po Pradze! I po Hrabalowskich ścieżkach. I oczywiście piliśmy piwo „Pod Zlatym Tigrem”. I zwiedzaliśmy cmentarz, na którym leży Franz Kafka…

Kiedyś zrobiłem podsumowanie. Pomijając małe miasteczka, byłem m.in. w: Amsterdamie, Baden-Baden, Belgradzie, Berlinie, Bolonii, Bratysławie, Brukseli, Budapeszcie, Drohobyczu, Duszanbe, Hamburgu, Lublanie, Lwowie, Ludwigsburgu, Mediolanie, Mińsku, Monachium, Moskwie, Norymberdze, Nowoczerkasku, Palermo, Pekinie, Portoroż, Pradze, Rostowie n. Donem, Rydze, Rzymie, Sofii, Stryju, Stuttgarcie, Syrakuzach, Szanghaju, Tule, Wenecji, Wiedniu, Wilnie i Xi-An. Ale chciałbym mieszkać w Kaliszu, Krakowie, Nałęczowie lub Sandomierzu.

Wystarczy! Zdziwicie się, ale nie jestem „typem podróżniczym”. Raz tylko wybrałem się z „własnej woli” w świat – niemal na miesiąc do Nowego Jorku. Gościł mnie mój stary przyjaciel, poeta-emigrant, Tadeusz Chabrowski. Latałem po NY jak ten głupi. Zwiedziłem wszystko, co się dało, nawet na chwilę wpadłem do Pensylwanii i do polskiego Doylestown. A wiecie, o czym najczęściej myślę? O domu „Dakota” położonym na wschodniej flance Central Parku. Tym, w którego bramie zginął John Lennon. Taaaak, NY to chyba była podróż najciekawsza. Ale teraz? W życiu się z domu nie ruszę!

Leszek Żuliński

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.