W najnowszym numerze...

Spróbujmy podjąć wysiłek ulokowania tytułowego pytania w szeregu pytań typowych, codziennych, a inaczej takich, na które można wyobrazić sobie odpowiedź. Pojmuję jego horrendalność, ale podejmijmy trud zrozumienia tego pytania w tych samych kategoriach, w jakich rozumiemy pytanie „kto robi szarlotkę” albo „kto robi bałagan” – w domyśle: tworzy to. W tych kategoriach ulokujmy je i starajmy się je zrozumieć, zaś odpowiedź? Umieszczenie pytania w ramach tradycyjnie pojmowanych związków przyczynowo – skutkowych daje przynajmniej cień szansy na uzyskanie jakiejkolwiek odpowiedzi, w jakichś kategoriach, jakichkolwiek – nie bądźmy przesadni w ocenie własnych talentów logicznych. Poza tym, świat cechuje logika żadna albo ukryta. Pożądane jest cokolwiek, co będzie mogło być przyjęte za odpowiedź. Może będzie nam zesłane.

Paul Ricoeur: „Intrygi, które wymyślamy, to według mnie uprzywilejowany sposób, w jaki refigurujemy nasze bezładne, nieuformowane i aż do przesady nieme czasowe doświadczenie. „Czymże więc jest czas? – zastanawia się Augustyn. – Jeśli nikt mnie o to nie pyta, wiem. Jeśli pytającemu usiłuję wytłumaczyć, nie wiem”. Referencyjna funkcja intrygi tkwi właśnie w zdolności fikcji do nadawania nowego kształtu czasowemu doświadczeniu, narażonemu na aporie filozoficznej spekulacji”. Dalej Ricoeur prowadzi rozważania wokół tezy, o której poucza nas doświadczenie: przyszłości jeszcze nie ma, przeszłości już nie ma, a teraźniejszość właśnie mija – u Ricoeura: nie jest wieczna. Pytanie: kto w takim razie tworzy  czas – taki czas, nasuwa się samo. I nie mam tu od razu na myśli jakiegoś boga czy też bogów – mam na myśli kogokolwiek, kto czas prezentuje nam w taki właśnie sposób: nie ma „po”, nie ma „przed”, a „teraz” właśnie umyka. Być może odwołanie do boskiej inicjatywy okaże się niepotrzebne. Choć od niej chciałbym zacząć.

Jorge Luis Borges opowiadanie „Tajemny cud” rozpoczyna cytatem z Koranu: „Bóg go śmiercią ukarał, był on w tym stanie przez sto lat, potem go wskrzesił i zapytał: – Wieleś lat tu zostawał? – Dzień jeden czy kilka godzin – odpowiedział wędrownik”. Samo opowiadanie traktuje o pewnym czterdziestoletnim pisarzu, pochodzenia żydowskiego, mieszkającym w Pradze. Kilka dni po Anschlussie zostaje on aresztowany; podstawę aresztowania stanowi donos, w którym uznaje się jego tłumaczenie Sefer Jecirah za wybitne. Z oceną tą zgadza się przesłuchujący go niemiecki dygnitarz i w oparciu o nią skazuje go na śmierć przez rozstrzelanie. Tortura świadomego cierpienia przed śmiercią trwa kilka dni, Hladík (bo takie nazwisko pisarza podaje Borges) wspomina swoją rozprawę „Obrona wieczności” w której dowodzi złudzenia czasu, później wymienia rozpoczęty wierszowany dramat „Wrogowie”, w którym wydarzenia powtarzają się w kolisty sposób, jedynie przenosząc się z postaci urojonych na rzeczywiste. Pragnie ukończyć ów dramat i przemawia do Boga, aby ten mu na to pozwolił. Śni sen, że jest w bibliotece Clementinum. Bibliotekarz informuje go, że Bóg jest zawarty w jednej z liter jednego z czterystu tysięcy tomów. Hladík sięga po atlas który nic nie jest wart, dotyka jednej z liter na mapie Indii, jakiś głos mówi: „Czas na twą pracę został ci przyznany”. Dzień egzekucji jest szary i nijaki, pełen bezsensownych gestów i pojedynczych słów. Pluton formuje się, pada komenda, spływająca po policzku Hladíka kropla deszczu zatrzymuje się, czas staje. Zamiera wszystko wokół: pluton z wycelowanymi karabinami, uniesione ramię  sierżanta, pszczoła rzucająca cień na płytę podwórza – teraz nieruchomy. Nie nieruchomieje umysł pisarza, po początkowym oszołomieniu przystępujący do pracy i teraz tworzący heksametr za heksametrem. Akt drugi, za nim dokończenie trzeciego, przeróbka pierwszego. Znajduje ostatni przymiotnik, kropla podejmuje swą wędrówkę, pada salwa, pisarz umiera.

El hacedor – Twórca. To tytuł zbioru poezji, opowiadań i esejów Jorge Luisa Borgesa i nie o zawartość chodzi, a o tytuł, nawet jeśli wnętrze tomiku w wielu miejscach prezentuje tematykę zbliżoną do tutaj podjętej. Istnieje jakiś twórca i pozostaje go zidentyfikować. Zatem kto?


Czarnocin 2018

Chaotyczne, nieme i aż do przesady anonimowe ricoeurowskie doświadczenie próbujemy przekuć my sami – bo któż inny? Jestże tam ktoś oprócz nas – nie, a co najmniej nie wiem. Chaotyczne – bo w zgiełku jarmarcznego placu świata, nieme – bo głos jego ginie w szumie miliardów głosów wokół nas, anonimowe – bo jedynymi, którzy odróżniają, wyróżniają nas z reszty jesteśmy my sami i nikt inny. My wprowadzamy ciągłość w skwantowany, poruszający się od punktu do punktu czas. Czas Augustyna, w którym ta chwila już nie jest, tamta chwila jeszcze nie jest, a obecna jest nieuchwytnie zawieszona między tą, a tamtą. Wprowadzamy ciągłość przypominając sobie, przeżywając na nowo, opowiadając. Wychodząc z bezczasowej, bezrefleksyjnej chwili obecnej, wchodząc w czas – w jego płynną ciągłość. W ciągłość poruszającą się nie od punktu do punktu, a płynącą nieustannie, raz szybciej, raz wolniej, raz spadającą z wysokości, rozpryskującą się na miriady okruchów porzucanych potem albo zbieranych ze staranną czułością, innym razem  wznoszącą się kaskadami ku górze, przechodzącymi w tęcze nie przeżyte nigdy, ale przecież wyobrażone, zatem możliwe do przeżycia. Jak?

Tajemny cud Jorge Luisa Borgesa jest ilustracją czasu opowieści w czasie opowieści – poprzez tragicznie skrajne okoliczności dostatecznie wymowną i wyrazistą. W realnym czasie opowieści historycznej, w której pewien poeta zostaje skazany na śmierć przez rozstrzelanie i, otoczony banalnymi realiami więziennych cel i korytarzy, oczekuje egzekucji po tysiąckroć rozważając ból umierania, w realnym czasie tej opowieści dokonuje się opowieść inna – przeżywana. Poeta tworzy w sobie dar czasu, czy też otrzymuje go, co w gruncie rzeczy jest nieważne, bo to on ten dar przeżywa w samym sobie, zatem jest on jego własnością niezależnie od tego, skąd przybył. Dar ten wykorzystuje dobrze, w ciągu imaginacyjnego roku opowieści tworząc heksametrem dramat przejścia postaci fikcyjnych w postacie rzeczywiste. Po upływie imaginacyjnego roku kropla deszczu na jego policzku ponownie podejmuje wędrówkę – poeta umiera chwilę później, zaś dramat jest ukończony. Jeżeli „jest” zatem gdzieś jest, gdzieś pozostaje i dla jego trwania nie ma znaczenia śmierć poety. On jest „gdzieś” – z całą pewnością.

Zatem to my tworzymy czas – my sami, dzięki umiejętności tworzenia opowieści, bo w nich właśnie zawarty jest czas, ten dla nas prawdziwy. Ten, w którym niektóre chwile potrafią trwać wiecznie, inne zaś przebiegają zaledwie zostawiając ślad, że były. Nie jest nawet specjalnie ważne, że niektórzy opowieści opowiadają jedynie samym sobie, inni przy biesiadnych stołach, inni jeszcze spisują je i przedstawiają innym – wszyscy oni tworzą czas, tworząc w ten sposób daleko więcej niż czas tylko. A co? O tym, być może, następnym razem.

Czy jest różnica pomiędzy historią doznaną, a opowiedzianą? Niewielka, z dwóch co najmniej powodów. Jeżeli w doznawanej, przeżywanej historii, czas wewnętrzny każdego z nas biegnie w opisany sposób, to w dobrze opowiedzianej historii czas biegnie podobnie, w ten właśnie sposób oddając indywidualność bohaterów, indywidualność każdego z nas. Bo każdy z nas mógłby trafić do jakiejś innej historii, być może tej właśnie teraz opowiadanej, przeżywając ją w taki właśnie sposób – bo czemu nie, jeśli została dobrze opowiedziana. Zaś drugi powód? Opowieść doznana jest w gruncie rzeczy tym samym, co opowieść wyobrażona. Obecnie obie nie istnieją, albo też istnieją w ten sam sposób – jako czas.

Jerzy Alski

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2018 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.