W najnowszym numerze...

Nie ma przekonujących dowodów na bezpośredni związek klęski konkursowej Andrzeja Bursy z jego śmiercią, ale faktem jest, że zmarł nagle, zaraz po powrocie z Poznania, gdzie wbrew oczekiwaniom „poległ” w konkursie poetyckim. Wprawdzie cierpiał na wrodzoną wadę serca, ale tylko nieco ze szczyptą kazuistyki można oba fakty powiązać. Nie wydał za życia ani jednego tomiku; już po „spektakularnej” śmierci szybko się uklasycznił. Gdyby jednak po debiucie prasowym (1954 Głos w dyskusji o młodzieży w „Życiu Literackim”) znalazł się jakiś redaktor/krytyk i doprowadził Bursę do książki (jak Karpowicz Wojaczka, Wyka Baczyńskiego, czy – idąc na skróty – Miłosz Dehnela) być może autor Luizy nie przeżyłby choroby, ale zmarłby mniej sfrustrowany, pozostawiając po sobie choćby jeden tomik z autorską korektą. Wniosek? Juwenilia literackie być może nie ratują poetom życia, ale poszerzają i tak wąską perspektywę twórczą, jak witamina C przy przeziębieniu.

I tak, megalomańsko, posługując się przykładem własnej działalności (lepsze bywa zarozumialstwo od fałszywej skromności), postaram się urealnić ważkość „pierwszego kontaktu literacko-krytycznego”. Oto od kilku już dekad (!) prowadzę w zielonogórskim radiu publicznym cykl Radiowych Książek Poetyckich. Istotą tych publikacji jest nie tylko formuła, ale pora emisji (tzw. miejsce w ramówce programowej). Najpierw formuła: tyle wierszy, ile dni roboczych w miesiącu – czyli wychodzi około arkusza wydawniczego. Miesięczna RKP ma winietę dźwiękową (autor i tytuły poszczególnych wierszy), interpretację zawodowych aktorów, starannie przygotowane tło muzyczne – zwykle bez „zharmonizowanej” linii melodycznej (fachowcy nazywają to „muzyką ilustracyjną”). W ten sposób powstają niebanalne (jak twierdzi nawet „konkurencja”), kilkuminutowe „klipy” literackie, brzmiące jako autonomiczne mini produkcje dźwiękowe. Fundamentalnie lokuje się pora emisji: tuż po ósmej rano w porannym magazynie informacyjnym, w czasie największej słuchalności. Niestety od czasów załamania się wpływów abonamentowych, i co za tym poszło podupadłości finansowej radiofonii publicznej (szczególnie tej lokalnej), ilość poetyckich klipów zredukowano do trzech w tygodniu (co daje około 12-13 wierszy w miesiącu) oraz przesunięto porę emisji na godziny późno wieczorne (argumentując tę „obsuwę” sformatowaniem magazynów polityczno-informacyjnych). Obniżono także honoraria (sic!) – a były to do niedawna relatywnie nienajgorsze sumy. I co najważniejsze: lwią część publikacji stanowią/stanowiły debiuty, wprawdzie tylko autorów z regionu. Są wyjątki: jeśli autorzy zostali laureatami regionalnych (lubuskich) konkursów literackich lub brali „twórczy” udział w organizowanych w regionie imprezach (koniecznie jednak z kwantyfikatorem „ogólnopolskie”). W ten sposób swoje wiersze prezentowała w Radiu Zachód przykładowo Marta Kapelińska (Toruń) i Aleksandra Dańczyszyn (Warszawa) – jako wówczas małoletnie laureatki sulechowskiego Konkursu "O Wachlarz Wilhelminy"; swoją Radiową Książkę Poetycką miała też Barbara Kasica-Kołomyjska (Kujawy) – jako aktywna uczestniczka gorzowskich Furmanek.

Radiowe publikacje mają jednak podstawową wadę: są eteryczne. Z tego trywialnego powodu wiele już lat temu pomysł RKP został zdyskontowany papierową wersją w postaci serii debiutanckich arkuszy poetyckich (były to dokładne kopie dźwiękowych wersji). Wieloletnią edycję finansował miejscowy Ratusz. Ukazywały się dwa takie tomiki w roku, promowane z naprawdę stosowną pompą w końcu każdego roku, podczas tzw. Nocy Poetów – imprezie trwającej rzeczywiście do świtu, naszpikowanej koncertami, konkursami i przede wszystkim obszernymi rozmowami z autorami debiutanckich książek. Miałem okazję redagować wszystkie te arkusze (a ukazało się takich debiutów ponad dwadzieścia), opatrując je za każdym razem quasi esejem (rzecz jasna o zawartości rzeczonych tomików).

Nie przeceniając owych publikacji, sądzę, że w kilku przypadkach, te skromne juwenilia (co by nie mówić: zwarte!) wprowadziły autorów w rewiry… liczącej się literatury. Oto w 2000 roku ukazał się arkusz Konrada Wojtyły Z dwojga złego wybieram miłość (oczywiście jako „poplon” RKP). Wojtyła (ur. 1979) był wówczas nikomu nieznanym studentem Uniwersytetu Zielonogórskiego. Wieńcząc posłowie jego pierwszego tomiku pisałem: „Osobliwym wyznaniem wiary (…) przewartościowującym literackość, zmysłowość i mistycyzm, jest wiersz Klatka z żeber: Wierzyłem/ W nie bo wstąpienie/ I nieba jęzor niebieski dostojnie oddalony/ Że być albo nie być/ W głaskanie telefonu/ Cztery pory roku// W konfesjonał smutny/ Grzechów zagubienie/ Tęczę betlejemską/ Że żyć albo nie żyć. Jest w tym wierszu wszystko, co w poezji Wojtyły ważne, co powoduje, że mamy do czynienia z poezją już ukształtowaną, dojrzałą. Jeśli tylko jeszcze autor (…) nauczy się polifonicznego dystansu do własnej twórczości, postrzeże ją z jakiejś bliżej nieokreślonej perspektywy – będziemy mieli do czynienia z poetą liczącym się w literaturze”. I oto po dziesięciu latach (wydając „może boże” w Instytucie Mikołowskim; książka „otarła” się o nagrodę Kościelskich) przy okazji promocji tego tomu Wojtyła cytował ów passus o „polifonicznym dystansie” – jako bodźcu do istotnej weryfikacji swojego myślenia o poezji. Dziś Wojtyła wydaje kolejne książki (w tym w prestiżowej oficynie WBPiCAK w Poznaniu – choćby Czarny wodewil) i realnie jest autorem „liczącym się w literaturze”.

W serii papierowej RKP w 1993 roku ukazał się arkusz anonimowej wówczas licealistki Agnieszki Kopaczyńskiej Ze światłem w kieszeni. Redagując książkę miałem świadomość, że większość wierszy powstała na długo przed jej złożeniem (więc niektóre autorstwa nawet piętnastolatki). To był absolutny fenomen. Ale incipit jednego z ostatnich wierszy arkusza Dopalam się w ostatnich słowach/ już nie tworzę/ ale jeszcze nie milczę – okazał się w pewnym sensie proroczy. Kopaczyńska (dziś dwojga nazwisk Kopaczyńska-Moskaluk) długo milczała. I mimo, że jeden z późniejszych tomików (lokalny) był nawet nominowany do regionalnej nagrody Wawrzynu Lubuskiego, poetka nie „błysnęła”, jak choćby Wojtyła. Zaistniała natomiast w literaturze… pośrednio, jako współtwórczyni (z Beatą Patrycją Klary) dwóch prestiżowych inicjatyw (Potyczki Literackie i Furmanka). I na pewno nie „wymilczała” ostatniego słowa. A i każdy choć trochę zorientowany w bieżącym życiu literackim wie, kto to jest Kopaczyńska-Moskaluk.

W 1996 roku ukazał się arkusz siedemnastoletniego wówczas (ur. 1979) Macieja Zdziarskiego Nie dbam czy ktoś zgadnie dlaczego tak robię. Tomik gęsty, intertekstualny, niemal „palimpsest”. Z jednej strony błyskotliwy, z drugiej spektakularnie wtórny. Pisałem takoż w posłowiu: „Jeśli więc w słowach Zdziarskiego – odkrytych i przytoczonych – jeśli w echu zasłyszanych i przeczytanych oryginałów, jawi się właściwa metafizyka literatury, to Zdziarski jest poetą już wybitnym. Jeśli jednak są to tylko operacje na nieprzytomnym ciele literatury – to ten skromny tomik, wszak pierwszy, może być ostatnią książką siedemnastolatka”. Do niedawna wydawało się, że zwycięży to drugie „jeśli”. Maciej Zdziarski poetycko doszczętnie zamilkł – wybrał… karierę dziennikarza politycznego (w stosownym czasie prowadził główne rozmowy polityczne w I programie TVP). Jako wyznawca literackiej wiary zaufałem jednak pierwszym słowom wiersza młodocianego Zdziarskiego dedykowanego Z. Łączkowskiemu Tak – świat jest świątynią, a życie – ofiarą, które zwiastowały jakiś powrót do literatury; bo skoro jest ofiara, to musi być zbrodnia, a zbrodniarz zawsze wraca na miejsce zbrodni. I oto Maciej Zdziarski na razie pojawia się od roku jako laureat ważnych i mniej ważnych konkursów literackich. A że jest niezwyczajnie ambitny być może skończy się to ważną książką poetycką.

Już po wygaszeniu papierowych wersji RKP (około 2009 roku) swój debiut w radiu (przypomnę: zielonogórskim) miała ówczesna studentka tutejszego Uniwersytetu Paulina Korzeniowska. Dotarła do redakcji nieco sfrustrowana; jej debiutancki tomik nie uzyskał akceptacji w niszowym wydawnictwie WiMBP w Zielonej Górze o nazwie Pro Libris. Przeczytałem teksty, zaniemówiłem. Puściłem w eter i poradziłem wysłać jakimś sensownym ludziom mającym pojęcie o poezji. Tak ukazały się Usta Vivien Leigh (2011 wyd. Bramasole), które najpierw „wycałowały” – przypominam – eter Radia Zachód. Byłem absolutnie przekonany o wysokiej jakości tych wielce kameralnych tekstów. Życie szybko potwierdziło moje diagnozy: Usta Korzeniowskiej wąsko nominowano do Silesiusa 2012.

Mógłbym jeszcze nużyć innymi mniej błyskotliwymi przykładami opłacalności poważnego traktowania pierwocin literackich. Ale ważniejszy jest wniosek: prosty jak haiku. Nie jest sztuką krytyczną „liczenie heksametrów” u genialnego Herberta, ale sylabizowanie wartości u anonimowego debiutanta. Najlepiej byłoby obie czynności/umiejętności posiąść oburącz albo równolegle. Najważniejsze żeby ten „pierwszy raz” odbyć z wszelkimi szykanami: grą wstępną i pieszczotą po wszystkim. Niezauważony w odpowiednim czasie i miejscu talent może opłacić czyjeś zaniechanie niezwyczajnym, bo OPATRZNYM (nawet) milczeniem.

Czesław Markiewicz

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.