W najnowszym numerze...

Warto posłużyć się już na wstępie dość trywialną „prawdą”, iż gwarantem/imperatywem rozwoju literatury (kultury?) jest tzw. ciągłość. Co to znaczy w praktyce – ano tyle, że pewne „formuły i modele” powinny z zasady obowiązywać od starożytności po współczesność (jakkolwiek tę współczesność będziemy kwalifikować w kontekście uniwersalnego „tu i teraz”). Tak, zdaje się, należy traktować „funkcjonowanie” wyborów/zbiorów/almanachów – słowem publikacji „grupujących” w jednym miejscu reprezentację określonych poetyk, zbiorowisk twórczych, wreszcie „tematyki” literackiej i około literackiej. Tak też można traktować konkursy literackie. Być może w bieżącym życiu literackim taki stan rzeczy istnieje. Z łatwością trafiamy na wpływowych portalach w zakładki „autorzy”, gdzie publikowane są wybrane teksty w jakiś tam sposób „kwalifikowanych” poetów. Z grubsza można takie „zakładki”/prezentacje ponazywać „antologiami” (godząc się z opinią, „że to tylko zmiana technologii/propagacji”). Konkursy możemy sobie podarować w każdej dyskusji. Bo są. Od tych starożytnych te „nasze” niczym się nie różnią, budząc te same niezdrowe/zdrowe/fałszywe/prawdzie etc emocje; pełnią te same funkcje urozmaicając przede wszystkim tzw. życie literackie, dość rzadko albo wcale nie wzbogacając literatury o nowe wartości. I tyle.

Z antologiami i almanachami sprawa jest o wiele poważniejsza. Praktycznie te „papierowe” zdechły (pomijając owe „wiecznie żywe” – parafialne – opiewające w niewyszukany sposób Absolut; a także te „pokonkursowe” – chociaż z wyjątkami, o których na końcu). Mowa o znaczących, prowokujących choćby dyskusję, poza ich oczywistymi walorami historyczno-literackimi. A już starożytni Chińczycy jednak bardziej sobie cenili papier, niż nawet jedwab. Nie przekonuje argument, że (wrócę do „technologii/propagacji”, posługując się dygresyjnym przykładem) nie ma różnicy między wirtualnym portalem randkowym, a „naturalną” i podobnie anonimową „selekcją”, jaka odbywa/odbywała się w przedziałach kolei państwowych, (starsze statystyki notują ogromną ilość związków, które powstały wskutek wspólnego podróżowania…). Łatwiej i prawdziwiej (mimo wszystko) otworzyć bryk z wierszami jakiejś „formacji”, pokolenia, niż przerzucać zakładki „autorów”; łatwiej wziąć numer telefonu od panienki w pociągu, niż weryfikować np. jej płeć w Internecie.

Zresztą nie rzecz w technologii, bo nawet w Internecie bezskutecznie poszukiwać przemyślanych antologii, w klasycznym ich rozumieniu. A już dokładnie w połowie 1983 roku we wstępie do antologii „Poeta jest jak dziecko. Nowe Roczniki” autorzy wyboru (M. Chrzanowski, Z. Jerzyna, J. Koperski) trafnie określili potrzebę wydawania „kwalifikowanych” antologii: Brak jest antologii grup literackich, antologii ukazujących pewne szkoły poetyckie, tendencje literackie, brak jest wreszcie antologii małych okresów literackich. Nie ma więc np. do tej pory solidnej antologii pokolenia „Współczesności”, brak jest antologii „Nowej Fali”, etc. etc.” – pisali. Dodajmy, że stan opisany wyżej trwa do dzisiaj, dorzucając brak „wyboru” poezji wszystkich formacji „ponowofalowych”. Wydaje się, że być może samym twórcom, a nawet krytykom, takie antologie nie są do niczego potrzebne (bo pewnie byłyby „tendencyjne”, „koteryjne” i „subiektywne”). Inaczej, i chyba nie bez racji, twierdzili autorzy w/w antologii, poszerzając diagnozę o „walory dydaktyczne”. Pisali: Tymczasem, jak się zdaje, są one (antologie – przyp. C.M) potrzebne. Nie tylko profesjonalistom, ale przede wszystkim nauczycielom, studentom, młodzieży licealnej. W przeciwnym wypadku skazani są oni na antologie szkolne, z trudu zaś poszukiwania w setkach tomików (w komplecie dostępnych jedynie w największych bibliotekach) z reguły rezygnują.

Z dzisiejszej perspektywy porażająco brzmi powyżej cytowana wiara w zainteresowanie kogokolwiek „nurtami”, szkołami”, „pokoleniami” słowem „wszystkim” opatulonym kwantyfikatorem „literackie”. Tak czy owak interesująca jest „kariera” samej antologii Poeta jest jak dziecko. Powstawała w okolicznościach trwającego stanu wojennego. Z początku wydawało się, że będzie owocem prac określonego środowiska, akceptującego tylko „swoich”. Niektórzy autorzy pojawili się weń bezwiednie, co znaczy, że opublikowano wiersze bez ich zgody (mowa o Sergiuszu Sternie-Wachowiaku i Bronisławie Maju). Osobiście też nie byłem „zainteresowany”. Do dziś przechowuję korespondencję z J. Koperskim, pełną jednostronnych inwektyw, jakobym miał zobowiązania „środowiskowe” (debiutując wcześniej w serii „Pokolenie, które wstępuje”). Do zgody na publikację przekonała mnie umowa wydawnicza, ze stosownym (relatywnie wysokim) honorarium.

Determinacja (również światopoglądowa!) wydawców tej antologii nie zwiastowała niczego dobrego. Jednak już po kilku latach, a dziś już całkiem – antologia Poeta jest jak dziecko okazała się najbardziej reprezentatywną dla ówczesnego „pokolenia młodych”. Protagoniści tej antologii sporo ryzykowali: publikowani autorzy w większości mieli w dorobku po jednej, góra dwie książki; reprezentowali przeróżne środowiska (nie wyłącznie terytorialne); wielu łączy/łączyła jedynie obecność w tej antologii. A jednak jest to pozycja jednoznacznie wartościowa: pokazuje bowiem, po upływie kilku dekad, jak trafne były „typy” autorów antologii. Któż dziś zakwestionuje „obecność” w literaturze polskiej takich autorów, jak B. Maj, S. Sterna-Wachowiak, U. Benka, M. Bieńkowski, K. Brakoniecki, S. Esden-Tempski, W. Gawłowski, S. Gostkowski, A. Janko, T. Jastrun, Z. Joachimiak, A. Jurewicz, T. Lebioda, K. Lisowski, L. Majewski, K. Nowosielski, A. Pawlak, K. Soliński, P. Sommer, W. Zawistowski? Nie wspominając o tzw. świadectwie swojego czasu – jak lubili się pastwić quasi aksjologicznie „liderzy” wydawniczych akcji spod znaku spółki Koperski-Waśkiewicz.

Ale warto było.

Są też antologie, które przez swoje ułomności stały się głośne, choćby z tego powodu, że jednych oburzały, innych dziwiły, niektórych satysfakcjonowały – ale z pewnością ożywiały obumierające (jak zawsze i od zawsze)  tzw. życie literackie. Legendarni i tragiczni Jana Marxa – to nie tylko wybór poezji sześciorga „poetów przeklętych” (A. Bursy, H. Poświatowskiej, R. Wojaczka, S. Grochowiaka, E. Stachury, K. Ratonia), ale także dość niewybredny „dodatek” eseistyczny redaktora antologii. Marx prowokuje, upatrując sukcesu Stachury, będącego skutkiem oryginalności jego poezji, w niedostatecznej znajomości języka polskiego autora Się. Poezję Ratonia uznaje za kompletnie nieczytelną. Grochowiaka dyskwalifikuje za pogubienie się w stylizacjach. Poświatowską uznaje za patologiczną neurasteniczkę. Dodatkiem do I tomu (bo Marx „poszedł za ciosem” i opracował II tom „przeklętych” poszerzony o bardziej współczesnych „samobójców”) jest obszerny esej o wpływie narkotyków na twórczość (choćby Baudelaire’a) z dokładnym opisem specyfików, skutkami ich działania i formami występowania w naturze. Poczytność obu tomów „Przeklętych” jednych przerażała, innych satysfakcjonowała. Pojawiały się peany o „szczerości i odwadze” Marxa. Jedno jest pewne: byli tacy, którzy sięgali po „Przeklętych” bo tylko tam mogli znaleźć w jednym miejscu dość obszerne wybory poezji powiedzmy ulubionych autorów; byli też tacy, którzy znaleźli w esejach Marxa potwierdzenie swojej niechęci do poezji jako takiej; i byli też i tacy, którzy z tej „antologii” czerpali wiedzę o w/w „specyfikach”. Jednemu z moich znajomych, którzy sięgnęli po „Przeklętych” zabrakło w ostatniej części I tomu adresów dealerów. Jedno jest jednak przekonywujące, nawet przy okazji „Przeklętych”: potrzeba rynkowa owych antologii, jako takich, właśnie! Bo „przeklęty” Marx świetnie się… sprzedawał. Zręcznie wypełnił lukę, nie psując rynku, zepsuł poczucie dobrego smaku. Gdyby przed nim ktoś wpadł na pomysł „Przeklętych” – bez prowokacji, „szczerości” i „odwagi”, ale z godną nudą akademickiej prezentacji?

Sukcesem wydawniczym była również dwutomowa antologia Od Staffa do Wojaczka w opracowaniu dwóch panów B.: Drozdowskiego i Urbankowskiego. Z pozoru „rzecz”, jak Bóg przykazał. Nawet z wartościową kwalifikacją A. Osieckiej i W. Młynarskiego do grona poetów. Nie do przecenienia jest publikacja wyboru wierszy K. Wojtyły – tych akurat najbardziej pasujących do „międzywojennych” okoliczności twórczych Papieża-poety. Jest jednak w tej antologii coś, co budzi podejrzliwość. Choćby umieszczenie obszernych wyborów wierszy samych autorów antologii (Urbankowskiego jest więcej albo tyle samo, co np. Stachury, podobnie z Drozdowskim w konfrontacji choćby z Wojtyłą). Że przy okazji? Ale nie zawsze okazja powinna czynić… Poza tym, komu z miłośników poezji – a zakładam, że tacy głównie nabywali tę antologię – przyda się znajomość wiersza o Stalinie autorstwa Broniewskiego, bez wiedzy o okolicznościach jego powstania? Dlaczego znakomitego Mieczysława Jastruna „demaskować” wierszem opiewającym walkę z analfabetyzmem via nauka czytania „Trybuny Ludu”? Pytanie: czy panowie antologiści wybierali najlepsze wiersze autorów, czy – no właśnie: jakie? Niby to tylko wybór, ale jednak wybór. Szkoda, bo można było sporządzić jednoznaczną antologię wierszy opiewających socjalizm, ZSRR i wszystkich świętych, dołożyć trochę „tych” wierszy Szymborskiej, Borowskiego, a może i też… własnych? Dlaczego akurat o tym mówię – bo to mogła być naprawdę dobra antologia, szczególnie w końcówce, dotycząca nazwisk nam (czytelnikom choćby SL) bliższych autorów, którzy mieli szczęście urodzić się w lepszych czasach i nikt nie musiał tłumaczyć się z okoliczności w jakich powstawały ich wiersze. Teza Od Staffa do Wojaczka zniszczyła antologię. Znowu szkoda, bo z całą pewnością wielu, bardzo wielu ludzi czerpało zeń wiedzę o poezji współczesnej, często jedyną wiedzę – niestety fałszywą.

Ale i ta antologia potwierdza po raz kolejny potrzebę redagowania antologii, jako takich.

Antologie „z tezą” wcale nie muszą się autodyskwalifikować. W 1986 roku Jan Sochoń, wcześniej aktywny poeta, później czynny duchowny (z doktoratem świeckim) opracował antologię wierszy religijnych Spalony raj. Rzecz wydana w Wydawnictwie Archidiecezji Warszawskiej. Słowem: teza powinna gonić tezę. Tym bardziej, że posłowie napisał ks. Jan Twardowski. Z jakimż więc zdumieniem odnalazłem tam wiersze wybitnych i wybitniejszych poetów współczesnych, niekoniecznie „uduchowionych” zgodnie z podtytułem antologii; choćby S. Barańczaka – poety, który nie wiem ile psalmów by nie  przetłumaczył nie otrzepie się z wczesnomłodzieńczej fascynacji filozofią niejakiego Marksa.

Wartość tej antologii polega na odnalezieniu w „religijności” zwątpienia, a także usytuowanie poezji polskiej (każdej poezji, nawet tej najbardziej świeckiej, agnostycznej – lecz nie obrazoburczej) w obszarze wielosetletniej kultury chrześcijańskiej, która (chciał nie chciał) kształtowała każdego z nas, bez względu na tzw. okoliczności „doraźne”. Stąd tytuł Spalony raj. Dlatego nie dotknęła mnie supozycja pewnej pani profesor, która w encyklopedycznej publikacji, napisała o moim wierszu „Modlitwa oszukanych” z antologii Sochonia, że korzystam z topiki chrześcijańskiej do wyrażania treści nie do końca religijnych. Dlaczego o tym piszę? Bo można było inaczej: jak w antologii Od Staffa do Wojaczka, jak z Broniewskim i Jastrunem. Sochoniowi chodziło jednak o coś innego: zapytanie o „funkcję okoliczności w tworzeniu idei”. Nawet, jeśli te „idee” bywają nam obce, niezrozumiałe, bądź nieprzyswajalne. Tak zrozumiałem „tezę” Jana Sochonia. Księdza. Oczywiście Spalony raj nie zrobił takiej kariery, jak antologie Marxa i panów Drozdowskiego i Urbankowskiego.  Ale w kontekście powracających dyskusji ideologicznych akurat przypomniałem sobie tę mądrą antologię i tego mądrego księdza, który (mam nadzieję) nie tylko z filozoficznego obowiązku przyswoił sobie teorie K. Marksa.

Na koniec o antologiach pokonkursowych. Czyli ulotnych drukach dokumentujących przeobszerny poplon niepoliczalnie niezliczonych konkursów poetyckich. Mam dostęp do ponad trzystu pięćdziesięciu takich „almanachów”, opublikowanych tylko w minionych piętnastu latach.. Dostęp podręczny, papierowy – więc organoleptycznie prawdziwy. Chociaż prawdy tam niemal żadnej nie znajduję, poza zgodnością tego, co wydrukowane, z protokołem przeróżnych komisji jurorskich. W całej swojej masie antologie pokonkursowe niczego specjalnego o literaturze nie mówią, ale są prawdziwym obrazem piśmiennictwa, czyli świadectwem „aktywności literackiej” szeroko pojętego środowiska pasjonatów literatury. Są jednak prawdziwe antologie pokonkursowe, które dokumentują nie tylko „kondycję” oceniających, ale także zaświadczają doraźną sprawność już literacką obszernej grupy poetów. Mowa np. o antologii z I Konkursu „Mój list do Świata” z 2008 roku organizowanego w Sieradzu, ale „prokurowanego” jurorsko i wydawniczo przez środowisko okołołódzkie (!). I jeszcze dwa bardzo dobrze zredagowane i wartościowe almanachy z I i III Konkursu „Przeciw poetom” organizowanego w Sosnowcu przez środowisko okołomikołowskie (!). To, że akurat te środowiska (z pełną znajomością rzeczy) wydały sensowne antologie nie jest bez znaczenia – to sygnał, że i taką, z pozoru skromną, okazję można wykorzystać.

Pointa z rozważań na temat antologii (jako takich) jest jedna: nie ma zgody na ich zmierzch, a jeśli są niepotrzebne, to może byłoby sensownym opracowanie antologii ich zmierzchu; np. antologii wierszy „Przełomu” – od Jacka Kaczmarskiego po Jarosława Marka Rymkiewicza z Marią Peszek w środku, jako tekściarką uznaną za poetkę (wzorem A. Osieckiej i W. Młynarskiego) Że bez sensu?! Ale ile obszaru do – nazwijmy to eufemistycznie – dyskusji!

Czesław Markiewicz

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.