W najnowszym numerze...

Na początku nie było Słowa ani nawet słowa. Na początku był Miś. Siedział na słupie bramy przy ul. Męcińskiej i, jak pisze Krzysztof Mich: Milczał. Jak grób milczał. Na Grochów patrzył./ Jak się zmieniał widział. Misiek zniknął, może postanowił pozwiedzać Pragę na własnych pluszowych nóżkach, pojawił się za to festiwal jego imienia.

Oczywiście, nie byłoby żadnego Festiwalu, gdyby nie tworzący go ludzie. Krzysztof Mich i Dorota Ryst, przy współudziale wielu innych osób, zadbali aby wszyscy, tak prelegenci jak i widzowie, pozostali z jedynie pozytywnymi wrażeniami. To głównie dzięki nim cały Festiwal nie tylko został ciepło przyjęty przez widownię (co samo w sobie jest dużym osiągnięciem przy obecnej mnogości imprez kulturalnych w mieście), ale też oddawał charakterystyczny klimat Grochowa i Pragi Południe. Nie byłoby to jednak możliwe bez właściciela Klubokawiarni Całą Jaskrawość, Cezarego Polaka, który nie tylko zapewnił miejsce, ale też z dużym zaangażowaniem pomagał stworzyć całe wydarzenie – nic, tylko życzyć każdemu takiej współpracy.

Jeśli miałabym krótko podsumować dwa ostatnie dni, powiedziałabym: były intensywne. Bo też jak inaczej określić ten zakręcony korowód spotkań, spacerów i warsztatów? W czerwcowym upale (ponad trzydzieści stopni, bagatela!) ludzie wchodzili i wychodzili, znajome twarze mieszały się z obcymi. Sąsiedzi i przyjaciele, widywani od lat na wszystkich spotkaniach, siadali ramię w ramię z tymi, którzy pojawili się po raz pierwszy. Ponoć było ich ponad dwustu, ja wierzę, że było więcej – pełna sala, pomimo dużej rotacji; dzieci z matkami, emeryci, studenci wsuwający się do pawilonu festiwalowego na kilka minut, choćby między jednym piwem a drugim… Grochów dał radę, kultura wygrała.

Dużym zainteresowaniem cieszył się inaugurujący festiwal Turniej Jednego Wiersza. jeszcze przed oficjalnym otwarciem zapisów pojawili się pierwsi chętni do wystąpienia. W momencie ostatecznego zamknięcia listy figurowało na niej trzydzieści pięć osób. Jednak tym, co mnie uderzyło najbardziej, nie była sama liczba uczestników (jakkolwiek imponująca), a ich zróżnicowanie. Rozpiętość nie tylko przedziału wiekowego, ale także stylów pisania jasno pokazywała, że poezja nie jest gatunkiem wymierającym, a nawet – że jest powszechna. Co ciekawe, mimo braku odgórnie narzuconej tematyki utworów, bardzo wiele z nich mówiło właśnie o Grochowie i okolicach, co doskonale wpasowywało się w tematykę Festiwalu, ale też – pokazywało, że twórcy cenią sobie swoje małe Ojczyzny i uważają je za tak dla nich ważne, że aż warte uwiecznienia w wierszu. To budujące, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że przecież i sam Festiwal wpisuje się w obchody stulecia odzyskania niepodległości. W obliczu takiej liczby uczestników oraz tego, że bardzo wielu z nich zaprezentowało naprawdę dobrej jakości utwory, jury pod przewodnictwem Ernesta Brylla obradowało długo i zażarcie. Ostatecznie nagroda główna – statuetka Misia z Męcińskiej oraz 1000 zł – została jednogłośnie przyznana początkującej poetce, czternastoletniej Róży Leszczyńskiej – WYNIKI TURNIEJU.

Po Turnieju nadszedł czas na główny blok festiwalowy czyli panele dyskusyjne. Wydawać by się mogło że upał i weekend nie będą nastrajały pozytywnie do – jak by nie patrzeć – wysiłku intelektualnego. Mimo to frekwencja utrzymywała się na wysokim poziomie. Niewątpliwie, duże znaczenie miał tu fakt, że rozmowy – o Warszawie, muzyce, literaturze i wielu innych sprawach – prowadzone były dowcipnie, żywo i w sposób przyciągający uwagę słuchaczy.

Prawdopodobnie największym zainteresowaniem cieszyła się rozmowa z Ernestem Bryllem, rozpoczynająca cały ciąg spotkań. Poeta barwnie opowiadał o swoich związkach z Grochowem i nie tylko. To właśnie z tego spotkania mogliśmy się dowiedzieć między innymi dlaczego Warszawa była zamknięta dla „słoików” oraz jak na relacje między studentami i lokalnymi mieszkańcami wpłynęło otworzenie żeńskiego akademika na „Kicu”.

Następnie wspomniany już na początku mojej relacji Cezary Polak w krótkiej rozmowie z Dorotą Ryst żywiołowo opowiedział zebranym nie tylko o tym, jak to jest prowadzić silnie związane z kulturą miejsce (okazuje się, że prowadzenie własnej klubokawiarni wcale nie jest tak proste, jak mogłoby się niektórym wydawać), ale też – skąd jego zainteresowanie Warszawą, a szczególnie Grochowem, dlaczego warto się angażować w życie kulturalne i jakie są jego dalsze plany.

Zainteresowaniem widzów cieszyły się też przedpremierowe prezentacje dwóch książek 44 odbić Warszawy Pawła Łęczuka i Krzysztofa Micha oraz mojego debiutanckiego tomu Oddawanie zimna. Mimo ścisłych ram czasowych, udało się nam opowiedzieć o swoich książkach to, co wydawało się najważniejsze a nawet przeczytać kilka tekstów.

Moją uwagę przyciągnęło szczególnie wystąpienie „Zbrodnia na Grochowie”, czyli rozmowa Krzysztofa Micha z autorem powieści kryminalnych Tomaszem Konatkowskim i dziennikarzem śledczym Krzysztofem Spiechowiczem. Widzowie mogli się z niej dowiedzieć nie tylko o tym, jak pisze się książki kryminalne, ale też– która mafia miała swoje wpływy na Pradze Południe, czy policja i dziennikarze naprawdę się nie znoszą, jak mają się prawdziwe wydarzenia kryminalne do książek albo do czego może się pisarzowi przydać Excel. Wyłaniający się z tego wystąpienia obraz Grochowa i Pragi rzucał nowe światło na wspomniane okolice, które wielu mogą się kojarzyć głównie ze spokojem, zielenią i ciszą. Po raz kolejny okazało się, że nic nie jest takie, jak może się pozornie wydawać, czy to w literaturze, czy w życiu.

Zamykająca cykl spotkań rozmowa z Andrzejem Ignatowskim, Muńkiem Staszczykiem i Joanną Vorbrodt stanowiła niejako wstęp do ostatniego punktu programu. Żywa rozmowa o tym, jak napisać dobrą piosenkę w ogóle oraz – konkretnie – dobrą piosenkę o Grochowie przeplatana była licznymi anegdotami z życia twórców. Zwłaszcza historie Staszczyka o jego życiu na „Kicu” dobrze uzupełniały się z wystąpieniem Ernesta Brylla, dając zainteresowanym jeszcze pełniejszy obraz tego owianego już legendą miejsca.

Pierwszy dzień Festiwalu zakończył się koncertem piosenek Agnieszki Osieckiej w wykonaniu Julii Pawłowskiej. Klimatyczne utwory, przez wielu znane i lubiane, cieszyły się ogromnym zainteresowaniem, tym bardziej, że wykonanie stało na naprawdę wysokim poziomie. Mimo późnej pory sala pękała w szwach. Ze swojego miejsca doskonale widziałam ludzi przystających na moment w wejściu, wsłuchujących się, zaciekawionych, rozmarzonych…

Mimo oficjalnego zakończenia dnia, nawet dwie – trzy godziny później ciągle jeszcze można było ujrzeć poetów (i nie tylko) jak chłoną wczesnoletnią, festiwalową atmosferę, dyskutując, czytając nowonabyte książki lub po prostu miło spędzając czas w gronie znajomych.

W porównaniu z pierwszym, głównym dniem Festiwalu ten drugi uderzał znacznie spokojniejszą i bardziej kameralną atmosferą. Nie oznacza to bynajmniej, że był on przez to mniej ważny lub wartościowy. Po dniu pełnym wydarzeń i energii trochę spokoju zasługuje na uznanie i pozwala do końca przetworzyć przyswojone informacje. Poza tym, gorąca czerwcowa niedziela to idealny czas na wzięcie udziału w dwóch ostatnich festiwalowych wydarzeniach.

Pierwszym z nich był literacki spacer po Grochowie prowadzony przez Dorotę Ryst. Mimo upału (temperatura konsekwentnie utrzymywała się powyżej trzydziestu stopni!) spora grupa chętnych zebrała się i uczestniczyła w ponad dwugodzinnej trasie rozpoczynającej się pod Pomnikiem Budowy Szosy Brzeskiej. Wytrwali uczestnicy mogli się dowiedzieć między innymi gdzie mieściła się prawdziwa kwatera Chłopickiego w czasie Bitwy o Olszynkę Grochowską, gdzie mieszkał Stachura i dlaczego brat Witolda Gombrowicza zaczął doceniać jego twórczość.

Niestety, każda impreza, nawet najlepsza, musi kiedyś dobiec końca. W tym przypadku końcem były warsztaty literackie prowadzone przez Sławomira Płatka. Czternastoosobowa grupa ochotników przez bite trzy godziny rozmawiała o tym, czy poezja diagnozuje społeczeństwo, czy wiersz jest tylko ładnym przedmiotem i czy rzeczywiście pisanie wierszy po Auschwitz jest barbarzyństwem. Żywiołowa dyskusja w doborowym towarzystwie, okraszona wierszami współczesnych poetów, okazała się bardzo satysfakcjonująca, nawet jeśli nie we wszystkich kwestiach udało się dojść do jednoznacznych konkluzji. A może właśnie dlatego? Przecież chodzi chyba właśnie o to, by rozmawiać.

Zakończył się pierwszy Festiwal im. Miśka z Męcińskiej. Jestem zmęczona, bo z której strony by nie patrzeć były to bardzo intensywne dwa dni. Z tego samego powodu jestem też całkowicie usatysfakcjonowana. Idzie lato, proszę Państwa, wokół mnie szumi i pachnie zielona Saska Kępa – nie Grochów wprawdzie, ale przecież nie jest on wcale tak daleko. Literatura weszła w miasto, przyszła do ludzi i została przez nich przyjęta z otwartymi ramionami. To duże osiągnięcie, zwłaszcza gdy czas coraz szybciej leci do przodu.

Zaraz lato, zaraz jesień, zaraz zima… A za rok – kolejna edycja Festiwalu. Oby.

Anita Katarzyna Wiśniewska

 

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2018 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.