W najnowszym numerze...

Maciej Raś

Czerwiec w Salonie Literackim otwieramy wierszem o lecie – no cóż za oknem słońce w zenicie i temperatury wręcz śródziemnomorskie. Autorem wiodącym nas w stronę tej pory roku jest Maciej Raś. Jego wiersze są pełne i nostalgii, i nieoczekiwanej czułości. Raś ma oko do detalu poetyckiego, tworzy takie poetyckie migawki, snapszoty sprytnie i zarazem smacznie lokowane we frazach. Mamy więc do kompletu zestaw całkiem celnych spostrzeżeń zahaczonych o płynne granice liryczności. A może czasem i „poliryczności”.

Dla siebie kradnę dwa małe fragmenciki: „drugiego dnia przerośniemy tureckie i norweskie nieba” i „Przedarłem się do okupowanych miejsc – tych, co to ich nie ma. Są tylko możliwości będące okupowane przez miejscowych i pytanych o zgodę.”

Polecam – bardzo serdecznie.
Paweł Podlipniak

 


 

Maciej Raś - urodzony w 1990, ogłosił tom Pasmo (2013) - książka była nagrodą w V OKP o „Granitową Strzałę”, żyje w Poznaniu i Krotoszynie.

 


 

Lato 2011

tego lata, używając śrubek, grzałek
i blachy, składałem nagrzewnice –

– żółte prosiaki po tysiąc złotych sztuka.
Kilka wyjaśnień na temat lata: byliśmy

zmęczeni, spacerowałaś po wale
i patrzyłaś na Odrę. Wyobrażałem sobie,

że spacerujesz po wale, patrzysz na Odrę
i byliśmy zmęczeni zapętlaniem lata

zwłaszcza kiedy odrastało i powiedziałem ci,
że nie wiem co robić. Wstałem wtedy

o świcie, usiadłem na brzegu namiotu,
patrzyłem w gęste powietrze, łapałem rosę

we włosy na rękach. Wiedziałaś troszkę więcej,
jeszcze nic nie mówiłaś, rozwiązywałaś

zagadki logiczne. Miałaś chłodne ręce.
Leżeliśmy na kamieniach na środku stawu,

skąd wypatrywaliśmy ważek. Wręczyłem
ci lilię i wróciliśmy pociągiem do Poznania.

Pytałaś mnie o trzecią jesień.
Powiedziałem: „Zlikwidowali nasze molo,

nie mamy gdzie spać”. Odwróciliśmy się
od siebie i zasnęliśmy zetknięci pośladkami.

 

Drągwie

wchodzę do wody mimo pierwszych chłodów.
Jezioro jest głuche, światło w miarę jasne,
dobre, wrześniowe. Zaczynam książkę w paśmie

i chciałbym się przejrzeć, więc poruszam drągwie
i znamiona własne. Wiem coś o tym paśmie,
chociaż nie ma miejsca ani w wodzie, ani później

na ławce. Uwiera w głowę, kiedy biorę własne
i podkładam pod słońce – gdy się robią ciasne
wymyślone drągwie i gdy drżą kiedy płynę

i siadam na ławce (słońce jest wrześniowe,
ciepłe, a więc jest w tym paśmie). Mamy
pierwszą jesień, co jeszcze wyjaśnię

 

Necelh ijdara

biegamy po polu przez trzy dni.

Biegamy przez trzy dni i zakładamy,
że drugiego dnia przerośniemy

tureckie i norweskie nieba.
Biegamy po polu rozciągnięci w poprzek

wzdłuż łuku jeziora: wyrywamy trawę -
- trzy źdźbła w kieszeń i reszta z powietrza,

ubrania brudne od wiśni, soczyste rumieńce.

Ostrzegają nas następująco: nie zagnieżdżać w nawias,
omijać szczeliny, bo w szczelinach permanentny

brak, w nawiasach nieprzyjemna chuć.

Widnokręgi znaczą miękkie krańce,
nici daleko ciągnięte. „Z dwóch stron ognia czekamy

które pierwsze wejdzie”

 

Wersja Molly

„my dwoje możemy się wymieniać sobą nawzajem”
Wallace Stevens 

odcienie niebieskiego, te bardziej jaskrawe wersje.
Mówię – spójrz Molly – błonia na dwanaście zapałek,

a każdą chcę podpalić – tylko szukam pretekstu,
wytrychu na dwudziestu chłopa,
sposobu na ich cienkie głosy

i spójrz Molly – cały błękit, całe language barier.

Dalej są hałdy trocin, ale można pokazać
kolejkę wąskotorową, Stevensa łamiącego
się w rytm piosenki. „One hand in my pocket
and the other one”, jak to mówi Stevens

 

Czwarta okoliczność pasma

wyszedł na słońce i kichnął.
Ładne okolice – powiedział – wszystkie we śnie.

Przedarłem się do okupowanych
miejsc – tych, co to ich nie ma.
Są tylko możliwości będące okupowane
przez miejscowych i pytanych o zgodę.

Będziesz odezwą. Faktem

wygłoszonym i spokojnym.
Jakaś inna postać, pasmo

nie do zdarcia. Ślepniemy
w kinie, gdy na naszą tylko prośbę
wyświetlają film raz jeszcze, ponieważ
zdarzyło nam się przespać pewien ciąg:

zbiegamy w pokrzywy, co tam wyrastają

 

Wersja Idy

ta wersja jest o tym, jak siedziałem
na łóżku i piłem lambrusco

i jak Ida siedziała na krześle
i suszyła włosy. Wyobraź

sobie, że z boku, zza kamery,
bierzesz od nas rogalika,

że brzdękasz kieliszkiem.
Opowiem ci o czym

to jest. Następuje cięcie.
W kolejnej scenie

znajdujemy się w kuchni,
przytuleni do siebie,

wpatrzeni w gotującą się
wodę. Nagle Ida postanawia

sprawdzić o czym to jest
naprawdę (ale to już poza

kadrem)

 

Drobne założenia co do śmierci dziewczynki

dziewczynka rozsypuje płatki
w przedziale pociągu.

Drapie się, płoszy obcą

pasażerkę. Mam ochotę
pociągnąć ją za warkocz,
który będzie zjadać.

Wracam z nadgranicznego miasta –
- dokładnie widzę: tak naprawdę

są dwie dziewczynki i obie będą
zjadać warkocz w moim imieniu,

w imieniu mojego dziadka
(z którym się pomylę).

Czy leżąc gdzieś dalej,
gdzie nie widać dziewczynek,
ale gdzie dobrze je słychać,

czy leżąc gdzieś dalej
można zakładać pomyłkę?

Mam na myśli ruchy tak spokojne i miarowe
jak te tutaj. Luźne warkocze,

pola jak te tutaj

 

* * *

idziemy na junikowski cmentarz.
Zmaczasz chustkę wodą i pytasz,
czy ciekną po tobie zmarli.

Nie ciekną po tobie zmarli – mówię.
Wciągam wodę na powierzchnię
aż do bólu w rękach: podlewam zmarłych,
podlewam zmarłych, żeby rośli

byli i uśmiechnięci. Szyszki
spadają nam na głowy.

Zmarli chowają się pod płotem,
równiutko, rocznikami.

Wietrzymy najmniejsze zmiany.
Schniemy w słońcu.

„Jeżeli patrzę na ciebie dostatecznie
długo to nie dość, że masz czarny brzuch
to jeszcze dwa pępki ” – mówisz do mnie

w pewnej chwili

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2018 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.