W najnowszym numerze...

No to okazało się, że nadal mamy poetów przeklętych. Tak twierdzi śmiały publicysta Rzeczpospolitej[1]. Przynajmniej jednego – to Wojciech Wencel, wielbiciel książek o polskich cmentarzach, przykładny mąż, regularnie chodzący do kościoła, nieźle zarabiający na poezji (wysokie nakłady tomików, nagrody m.in. Mackiewicza i Kościelskich), „outsider” ściśle powiązany z rządzącą obecnie partią i z potęgą Kościoła. Czyli w skrócie komercyjny poeta mainstreamowy. To gdzie właściwie jest to maudit?

Szyk zdania, co powtarza na okrągło każdy prowadzący dobre warsztaty, jest rzeczą ważną. Znamy niezawodny przykład używany przy takich okazjach: „tak mi dobrze” i „dobrze mi tak”. W przypadku Wencla reguła się potwierdza. Czym innym bowiem jest „ten poeta przeklęty” i „ten przeklęty poeta”. I na tym można by skończyć, nie rozpisując się, gdyż Wencel szkód raczej nie czyni. Że sprzedaje więcej tomików niż pierwszy lepszy laureat Silesiusa, to bez znaczenia. Te tomiki kupują ci sami ludzie, którzy kupują plastikowe maryjki i wisiorki z papieżem (w tym samym celu zresztą). Ich wiara w „zamach smoleński” nie drgnie w żadną stronę – z Wenclem czy bez. Wencel nie szkodzi, Wencel nie wpływa, Wencel jedynie irytuje, zwłaszcza tam, gdzie schowany za tłumem lub za monitorem gwałtownie nabiera cywilnej odwagi. Ciekawsze jest co innego.

Chodzi mianowicie o owo „przeklęcie”, „wyklęcie” – jakkolwiek zwać te anatemy. Gdzieś za tym wszystkim siedzi ukryta fascynacja. Dla przykładu: zawsze intrygowało mnie z jaką pasją pacyfiści opowiadają o wojnie. Jaka ta wojna jest bardzo zła i dlaczego pokój jest lepszy – po czym następują serie „dowodów” na to, że wojna jest zła. Z błyszczącymi oczami opowiada jeden z drugą o wszelkich potwornościach, o jakich naczytali się w dziesiątkach książek pożeranych przez lata. Z sadystycznymi szczegółami przytaczają okoliczności śmierci. Niewiarygodnie precyzyjnie rozwodzą się o typach broni i jej działaniu. Ze łzami w oczach snują historie ludzi, którzy zginęli za swoje ojczyzny lub w mniejszych awanturach (ale koniecznie z patriotyzmem na ustach). Po czym wracają do tezy, że wojna jest zła i powinien być pokój. Nigdy nie widuję większej fascynacji wojną niż fascynacja pacyfistów. Zmierzam do tego, co robi druga strona. Prawicowa ideologia to rodzina, uczciwość, modlitwa, inne podobne wartości. Co chwilę jednak wracają gorączkowo te „przeklęcia” i „wyklęcia”, jak nie poeci, to żołnierze, jak nie żołnierze, to kibole. Kim bowiem jest „poeta przeklęty”? Nerwusem, nihilistą, nałogowcem, zadymiarzem, rozpustnikiem, niekiedy samobójcą (bywa, że wielokrotnym). W sercu szczerego katolika nie ma miejsca nie tylko na takie czyny, ale nawet na takie fascynacje. A tu – proszę, im bardziej gorliwy wierzący patriota, tym większa fascynacja „przekleństwem”.

Wspomniany Wencel niestety nie nadaje się. Lubi co prawda opowiadać obszernie i z lubością o swoim życiu przed nawróceniem (ach, te długie zwierzenia o wódce, nocnych klubach i innych rozróbach... brrr, samo zło, ale co za lubość w tych opowieściach, jaka skłonność do rozwlekania ich i brnięcia w szczegóły!). Przyznaje się też, że jest alkoholikiem[2], tyle że podobno już niepijącym. „Niestety”, Polska jest krajem milionów pijących i niepijących alkoholików, i trudno na tym tle się wyróżnić. Żadnych innych cech poety przeklętego Wencel nie posiada. Jako niepijący uzależniony mógłby być równie dobrze hydraulikiem przeklętym lub komornikiem przeklętym. Lub kimkolwiek przeklętym, jeśli nie chodzi o nic innego niż o alkohol.

Co więcej: przeklęcie i klątwa mają ten sam źródłosłów. Nie muszę dodawać, jaka organizacja jest najlepiej znana z przeklinania ludzi. Gorliwy katolik dumny z noszenia klątwy (dowolnej) to jakiś absurd. Chyba, że jest to znana strategia wielu hipokrytów – sprawca przedstawia siebie jako ofiarę. Bywa to skuteczne propagandowo, a przy okazji nieźle czyści sumienie.

Przynosi też inne zyski. Poeta przeklęty jest albo modernistą, albo się przebiera za kogoś. Namnożyło się pozerów i cwaniaków udających tragedię. Naiwne dziewczęta lecą na to stadami, a potem przez długie lata próbuje taka „matka polka” ratować swojego nieszczęśnika, podczas gdy on zalicza wszystkie koleżanki narzeczonej (równie naiwne). To już nie te czasy, kiedy rozczochrane włosy brały się z nieuczesania, a dziury w spodniach – ze znoszenia. Teraz fryzjer robi „poetę przeklętego”, a spodnie z dziurami kupuje się w korpo-sieciówkach. Wystarczy odłożyć półtorej wypłaty na image, a będziesz wyglądał jak biedny i głodny poeta. Dołóż do tego zagubiony wyraz twarzy i opowiedz że twoja matka umiera. Przywrócisz światu wiarę w poezję, a przy okazji pomiętosisz jakąś lalę.

Zastanawiam się czasem, czy prawdziwymi poetami przeklętymi nie są przypadkiem ci, którzy mają w nosie ratowanie ojczyzny lub ślimaków winniczków. Nie ci, którzy chlają (wszyscy już chlają, nawet niepijący alkoholicy), nie ci, którzy ostentacyjnie zabijają lub umierają, bronią patriarchatu lub promują matriarchat, lansują się bogactwem (a inni – ubóstwem i żarciem selera), ale ci, którzy po prostu wierzą w poezję i piszą wiersze. Dobre wiersze. Tacy właśnie mają teraz najgorzej.

Stoję po stronie poetów przeklętych, bo poezja od wieków jest na straconej pozycji. Poezja jest przeklęta.

Sławomir Płatek

 



[1]Wojciech Wencel: Poeta wyklęty, poeta wyklętych”, Wojciech Kudyba, Plus Minus, 18.08.2016

[2]Fronda”, Nr 33, s. 34

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.