W najnowszym numerze...

Bohaterka filmu 2:22, pracująca w galerii artystycznej, mówi do jednego z malarzy „ty nie jesteś artystą, ty tylko sprawiasz takie wrażenie”. Sam film jest średnio ciekawy, żeby nie powiedzieć – właściwie nieciekawy – ale to jedno zdanie bardzo przypadło mi do gustu. Od dawna mam przeświadczenie, że „sprawianie wrażenia artysty” jest kluczem do sukcesu.

Jeśli faktycznie miałoby być kluczem, od razu niejeden chciałby wiedzieć, jak „sprawiać wrażenie”. Cóż, chodzi trochę o wygląd. Wielkie szanse ma np. poeta po trzydziestce, rozczochrany, o oczach mądrego ośmiolatka albo reżyser w tym samym wieku ubrany w za małe ciuchy i z dziwnymi okularami na nosie. To jednak nie wystarczy.

Sięgnę do wypowiedzi pisarza, Kazuo Ishiguro, który był też jurorem w Cannes, kiedy odbył się słynny (korespondencyjny) pojedynek Kieślowskiego i Tarantino, wygrany przez tego ostatniego (co do dziś wzbudza spory). Jestem wielbicielem Kieślowskiego, mam poważne wątpliwości co do Tarantino, ale trudno się nie zgodzić z opiniami jurora co do filmu Czerwony. Zarzucił reżyserowi kalkulację, powiedział też m.in:

„Wystarczy naszpikować film symbolicznymi scenami, pokusić się o opowieść o zagmatwanym ludzkim losie, obudować ją wstrząsająco smutną muzyką i festiwalowy film gotowy. A to, że będzie nudny i ograniczy się do powtarzania banałów, to zupełnie inna sprawa (…), Im bardziej błaha historia, im bardziej nadęty sposób opowiadania, tym większe szanse na gigantyczny poklask u ludzi, którzy w banale odnajdują sztukę”
(cytuję za Newsweekiem).

Chodzi oczywiście o to, ale i o coś nieco więcej. Są twórcy, którzy w swoich dziełach lokują kody odczytu. „Tu jest zachwycająco” (pada odpowiedni kod, np. banał o pachnących łąkach), „tu jest dowcipnie” (pojawia się nieśmieszny dowcip, choć też nie rażąo głupi), „tu jest mądrze” (jakieś puste zdanie o życiu lub śmierci), „a tu jest metafizycznie” (i czytamy jakiś idiotyzm w stylu w rozbitym lustrze znalazłem Boga). Przypomina mi się jedna z pierwszych opinii po ukazaniu się filmu Ogniem i mieczem; pani krytyk po wyjściu z kina oświadczyła, że za każdym razem, kiedy pojawiał się Rzędzian i Zagłoba, cała sala wybuchała śmiechem. Obejrzałem następnie w zdumieniu te sceny – one nie były śmieszne, one były naszpikowane kodem „tu jest śmiesznie”, choć nie było. Po czym pijany Zagłoba rzuca dzbanem i przypadkowo zabija tym dzbanem dowódę Kozaków – to w oczywisty sposób MIAŁO BYĆ śmieszne, ale jedyne co mnie śmieszy, to że można wymyślić coś tak żenującego. Ludzie jednak często reagują zgodnie z kodem i mówią to, co autor chciał żeby mówiono, a nie o tym, co naprawdę mu się udało.

Łatwo się domyślić, że nigdzie ta praktyka nie irytuje mnie tak jak w poezji. Dam przykład z wiersza autora, moim zdaniem modelowo kodującego odczyty. Adam Zagajewski w utworze Wieczorem rozpisuje się o przyjeździe do miasta, które wydaje się jakieś obce (nota bene z tego mógłby być przecież świetny wiersz...), a kończy tak:

Miasto jest otwarte,
otwarty jest wiatr i wahanie;
wszystko, co się wydarzyło,
czeka na ciebie,
twoje klęski nie zapomniały o tobie.
Jest już późno,
milczenie wraca do milczenia,
spróbuj zasnąć.

(Za portalem Pisarze.pl)

Już na pierwszy rzut oka taka puenta brzmi po prostu banalnie, ale rozwińmy, żeby nie ograniczać się do intuicji. „Miasto jest otwarte” to zdanie, które sugeruje jakieś głębsze znaczenie, którego jednak nie da się zinterpretować inaczej niż fakt, że to podmiot jest otwarty i projektuje siebie na miasto. Odkrywcze? Raczej nudne. Można też dodać, że „otwarte” nie jest warowne, ale jak zaraz zobaczymy ta figura brnie jeszcze dalej w banał. „Otwarty jest wiatr i wahanie” – dlaczego akurat wiatr? Nic przed tym wersem ani po nim nie uzasadnia użycia słowa wiatr, nie gra on tu żadnej roli, równie dobrze mógłby być „bezruch powietrza” i milion innych rzeczy nadających pozornej głębi, mogło by też nie być żadnego słowa, to klasyczne pustosłowie. „Wiatr” jednak potocznie uchodzi za słowo „poetyckie”. Wahanie za to jest na miejscu, choć napisano już milion wierszy o tym samym wahaniu.

Dalej mamy fragment, w którym poeta mianuje się wieszczem. Te trzy wersy nie dotyczą osobistych dylematów podmiotu lirycznego, gdyż kawałek wyżej pisze on o królach, biskupach, bitwach i podręcznikach historii. We fragmencie „wszystko, co się wydarzyło,/ czeka na ciebie,/ twoje klęski nie zapomniały o tobie” podmiot utożsamia się z sędzią całej historii, a „przegrane bitwy” bierze na klatę. Życie podmiotu lirycznego jest tu emanacją jakieś niesprecyzowanej Iliady, a miasto pogorzeliskiem jakiejś niby-Troi. Nie może się on przy tym nadziwić, że to miasto jest dlań obojętne, skoro on po mickiewiczowsku (a dokładniej po dziadowsku) toczy spór twarzą w twarz z całą historią świata, jak niegdyś Konrad spierał się z Bogiem.

Po tej „wędrówce bohatera” przez czasy i światy następuje prosty warsztatowo trik, zejście z poziomu alegorycznego eposu do poziomu zwyczajności i konkretu. Tani chwyt, który można dobrze rozegrać, ale... wówczas nie zawierałby kodu. Rozegrany jest więc ponownie z przesadą i emfazą, „milczenie wraca do milczenia”, a banał do banału.

Co tu w sumie dostajemy? Zestaw zakodowanych komunikatów, np.: „jestem mędrcem”, „rozumiem świat”, „przerastam duchem przeciętnego człowieka”, „osądzam historię”, „ten wiersz to czysta potęga”, ale także „jestem bohaterem tragicznym, po latach bohaterskiej walki z mojego świata zostały zgliszcza, znoszę to po stoicku” i w końcu „jestem autorytetem”. Dodajmy do tego odruch przecięgnego czytelnika, identyfikującego autora z postacią literacką, zwłaszcza kiedy mówi w pierwszej osobie. I jeszcze hmm... szczegół. Nie ma w tym utworze nic interesującego ani o historii, ani o jednostce. Są tylko wielkie słowa.

Przeprowadźmy teraz jeszcze jedną syntezę. Siedem kodów z powyższego akapitu sprowadźmy do dwóch. Będą one brzmiały: „mamy do czynienia z wybitnym autorem, który napisał wybitny wiersz”. A skąd ostatecznie o tym wiemy? Otóż to on sam w tym wierszu napisał (zakodował), że jest wybitnym autorem, a jego wiersz – wybitnym dziełem.

Niewiele znam takich przypadków w polskiej poezji (na szczęście), ale co ciekawe, zwykle przekładają się one na sukcesy za granicą. Co prawda nie dała się na takie zagrywki nabrać ani komisja w Cannes w przypadku Czerwonego Kieślowskiego, ani kapituła Nobla w innych przypadkach. Zwykle więcej jest takich, którzy się nabiorą. I dlatego właśnie napisałem, że „sprawianie wrażenia artysty” jest kluczem do sukcesu.

Sławomir Płatek

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.