W najnowszym numerze...

 

Nie ma chyba sensu przytaczać (zwłaszcza w tak krótkim tekście publicystycznym) historii sporu o pojęcie „pokolenia literackiego”. Spierano się w pierwszym rzędzie o to, ile było tych pokoleń i czym się charakteryzowały, a dalej – o to, czy w ogóle można mówić o czymś takim. Skoro dowodzi się, że Rzym nigdy nie upadł lub że renesans był tylko „zepsutym średniowieczem”, spory o to, czy istniało „pokolenie Brulionu” karłowacieją. Żyjemy podobno w kraju poetów i pod tym względem byliśmy zwykle czymś więcej niż prowincją, chociaż obecnie i to zmieniło się na niekorzyść. Polska poezja przestała znaczyć tyle, ile znaczyła dotąd w świecie. Może więc z jednej strony szkoda czasu na akademickie spory o to, w jakim pokoleniu żyjemy obecnie i czy w ogóle w jakimś. Z drugiej – gdyby tak powstał silny i rozpoznawalny nurt – może zbudowałoby to nową świadomość, może by tak powrócić do snów o wielkości?

To nie tylko dywagacje historyczno-teoretyczne. Ta dyskusja wciąż się toczy. Tak naprawdę ostatnie zjawisko o charakterze "epokowym" w polskiej poezji to pierwsza połowa lat 90. Niezależnie od sporów o to, czy istniało „pokolenie Brulionu”, a tym bardziej „pokolenie Nowego nurtu” (różnie zwane) i czy w ogóle należy je rozdzielać – było to jakieś nowe zjawisko, ale było dawno. Niektórzy cały ten okres przełomu rozciągają od zmartwychwstania z kryzysu po Nowej Fali („niebieska” LNŚ, 1986) do ukonstytuowania nowego myślenia o poezji – wiechę na tym budynku umieścili debiutujący twórcy tacy jak Melecki czy Honet oraz inicjatywy takie jak konkurs im. Bierezina. Trwał ów proces około dziesięciu lat. Od tego czasu miałoby się nic nowego nie wydarzyć. Z pewnymi zastrzeżeniami stoję po stronie tej właśnie teorii i byłoby to najdłużej trwające „pokolenie” poetów w naszym kraju od czasów Młodej Polski. Tyle o tym, co „się mówi”, a zgody żadnej na razie nie wypracowano.

Mord założycielski

Istnieje opinia Kazimierza Wyki (rozwijana przez A.K. Waśkiewicza) o tym, że powstanie nowego pokolenia jest nierozłącznie związane z zaistnieniem tzw. „doświadczenia pokoleniowego”. Nie chodzi tu o sumę indywidualnych doświadczeń, a o coś, co zaciąży nad daną generacją. Historia jest ostatnio powściągliwa. Dała nam spokój i dzieje się w gabinetach, komunikuje kanałami dyplomatycznymi, zamienia idee na pieniądze. Traumy zbiorowe przeistacza w indywidualne. Jeśli stracisz pracę – musisz sobie jakoś poradzić. Co innego, gdyby przyszła wojna lub kataklizm. Może przewrót ustrojowy.

Ktoś może tu spytać – czy właściwie na pewno potrzebujemy nowego „pokolenia”? My czyli kto? Trudno stwierdzić właściwie, kto to są owi „,my”. Ale gdybyśmy nie potrzebowali, nie powstałby artykuł Przemysława Witkowskiego zatytułowany prowokacyjnie (tytuł dodała redakcja gazety) „Zabić starych poetów”. Nie byłoby manifestów cyber-poetyckich, neolingwistycznych i innych bardziej lub mniej znaczących – manifest jest próbą zdefiniowania co najmniej ruchu, może i pokolenia. Nie byłoby całego tego hałasu o nowych awangardach (zupełnie zresztą nieuprawnionego z punktu widzenia języka). Nie byłoby w końcu zjawiska, które sprowokowało ten artykuł i do tego zmierzam.

Pokolenie, którego nie było

Ukazał się właśnie kolejny tekst o charakterze manifestu. Czasopismo Inter (poważny i rzetelny periodyk) wydawało dodatek internetowy w postaci „Dwumiesięcznika”, który stał się już samodzielnym pismem. Naczelnym jest Rafał Różewicz (1990). Niedawno opublikowano tam artykuł programowy. Zastanawiający. Parę cytatów:

„to jedyne w Polsce sieciowe pismo literackie poświęcone pokoleniu transformacji ustrojowej”

„mając w pamięci poprzednie pokolenia, m.in. „Współczesności”, „Nowej Fali” czy „Brulionu”, pragnie, wespół z autorkami, autorami i czytelnikami, odpowiedzieć na istotne z punktu widzenia historii literatury nadrzędne pytanie: czy dziś możemy już mówić o pokoleniu postransformacyjnym”

Wprost wyrażono tu przekonanie o istnieniu pokoleń literackich i potrzebę, o której pisałem – pokoleniowego zidentyfikowania współczesności. Dwa przytoczone wyjątki to dwie tezy. Pierwsza co najmniej myląca – urodzeni w latach 90. ani nawet w 80. to nie jest pokolenie transformacji ustrojowej. Kiedy ja chodziłem do szkoły, ciążyła nad nami wszystkimi wielka transformacja roku 1945. Snuła się przez całe dekady i miała na nas wpływ, takie to były czasy. Zdobycie Berlina było mitem założycielskim ówczesnej Polski. Ale nikomu z nas nie przyszłoby do głowy nazwać się pokoleniem zdobywców Berlina. Co innego przełom, który ciąży na kolejnych generacjach, a co innego generacja przełomu. Generacją ostatniego jak dotąd przełomu jest Brulion. Wspomniane roczniki 80. i 90. często nie tylko mało wiedzą o owej transformacji, zwykle nie mają też pewnego kompleksu i zestawu mitów, pozwalających zrozumieć ów przełomowy „rozkrok”.

Obrazu dopełnia drugi cytat. To jest już jawna deklaracja, którą „z polskiego na nasze” trzeba by przetłumaczyć mniej więcej tak:

„dłużej w takiej nijakości nie da się żyć. Mamy dość nieokreśloności, rozłażenia się na boki, tworzenia poezji bez twarzy. Nie ma wrogów ustroju, pola do buntu, kontrapunktu, kręgosłupa. Chcemy być kolejnym wielkim <<pokoleniem literackim>>, a jak dotąd łączy nas tylko to, że urodziliśmy się w nowym ustroju i ponowoczesnej kulturze. Niechże coś się wydarzy!”.

Mnie to wzrusza. Polska poezja i polscy poeci domagają się „doświadczenia pokoleniowego” tak bardzo, że są gotowi identyfikować się z przełomem, który dokonał się wtedy, kiedy ich nie było nawet w planach. Próbują także wyciągnąć jakieś nadrzędne wnioski z przytoczonej "posttransformacyjności", która jest ich wspólnym doświadczeniem. Czy coś więcej ich łączy?

Łączy nas to, że nic nas nie łączy

Rozmawiałem niedawno z Marcinem Kleinszmidtem, który zajął się kolekcjonowaniem dorobku wspomnianych roczników. Niewiele tego na razie jest i daje się objąć w jednym szerszym opracowaniu. Jak się okazuje, poszukiwanie cech wspólnych to poszukiwanie igły w stogu siana. Być może na poziomie fundamentów natrafimy na uniwersalne dogmaty postmodernizmu, typu nieoznaczoność, autoteliczność, intertekstualność, pastisz, zorientowanie na język. Jeżeli cokolwiek jest ponad tym – chyba nie rządzi się żadnymi prawami. I najwyraźniej trudno jest ten stan wytrzymać niektórym młodym twórcom czy krytykom, którzy chcą nie tyle doświadczyć narodzin nowego pokolenia, co wymusić je. A z braku własnego (za Waśkiewiczem) „doświadczenia pokoleniowego” adoptują cudze, lub przypisują cechy takiego doświadczenia zjawiskom, które ich nie posiadają. Warto dodać, że książka, którą trochę żartobliwie zacytowałem w obrazu powyżej ukazała się w roku 1987, około dziesięć lat po zaistnieniu zjawiska (pokolenia), które opisuje. Bieżące "nowe roczniki" w większości nawet nie zdążyły... zadebiutować. Trudno więc o jakiś obraz.

A może właśnie marazm jest doświadczeniem pokoleniowym? Brak wroga zewnętrznego, demotywacja, lęk przed... doświadczeniem pokoleniowym? Przypomina się Orientacja Hybrydy, w której programie także deklarowano „doświadczenie odwrócone”, mianowicie nie fakt tego co przeżyli, a fakt, tego, czego nie przeżyli (wojny). Jeśli jest to trafiona analogia, to źle wróży współczesnym poetom. Pokolenie Hybryd (jeśli było "pokoleniem") przepadło i pomimo znakomitych często wierszy, są to raczej zapomniani twórcy. Niektórzy w ogóle dziwią się, że istniało takie pokolenie (lub negują), a był to w swoim czasie ogromny i ciekawy ruch, ich nazwiska były w środowiskowym obiegu znane - może nawet tak, jak obecnie Bargielska czy Podgórnik.

Sam cierpię z powodu miałkości i jałowości czasu, w którym żyję. Z całą wrodzoną energią i optymizmem, chcąc – nie chcąc – dołączam do tych, którzy mówią o upadku krytyki, załamaniu wszystkich „polskich szkół”, marnowaniu szans. Tak samo, jak młodsze generacje czekam na przełom. Czekam i nie czekam. Kiedy czytam wieści z Ukrainy zastanawiam się, czy nie wolę tego marazmu, który mamy tu na co dzień. Doświadczenie pokoleniowe może mieć różną skalę i niektórych z tych doświadczeń nie chciałbym zobaczyć na własne oczy. A euforia panująca – nie tylko w polskiej poezji, ale w całym narodzie – od przewrotu na Majdanie, to chyba właśnie jeden z objawów tęsknoty za takim doświadczeniem. Braku poczucia, że żyje się w jakimś pokoleniu, w jakimś punkcie historii, że się coś znaczy.

Chińczycy mawiali – złorzecząc bliźnim – „obyś żył w ciekawych czasach”. Może jestem utopistą. Chciałbym wielkiej poezji w czasie spokojnym.

Sławomir Płatek

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.