W najnowszym numerze...

Kay Ryan

Kay Ryan urodziła się w 1945 roku w San Jose w Kalifornii i spędziła większość swojego dorosłego życia w tym najludniejszym stanie. Przez wiele lat uczyła biedniejszych i gorzej przygotowanych studentów jak pisać wypracowania w College of Marin w Kentfield w Kaliforni. Żyła na uboczu i bez rozgłosu. Pierwszy zbiór wierszy wydała samodzielnie w 1983 roku, korzystając z finansowej pomocy przyjaciół. Krytyka zaczęła zauważać ją i doceniać dopiero w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Uznanie i względna popularność przyszło w 2004 roku, po tym jak jeden z wyborów jej wierszy nagrodzono Ruth Lilly Poetry Prize. Kilka lat później, w 2008 roku, została konsultantką do spraw poezji przy Bibliotece Kongresowej. W 2011 roku Fundacja MacArthur uhonorowała ją zaszczytną nagrodą „dla geniuszy”. W tym samym roku zdobyła nagrodę Pulitzera w dziedzinie poezji.

O jej poezji mówiono porównując ją do Emily Dickinson i Marianne Moore, podkreślając, że czerpie przyjemność z logicznych paradoksów i zabaw z językiem, często rehabilitując na potrzeby poezji nadużywane i wytarte zwroty. Jej poezja obfituje w nieoczekiwane, subtelne rymy, jej wiersze są, by odwołać się do muzyki, jak miniaturki Eric’a Satie. Jej utwory są zwykle dość krótkie, to przykłady niezwykłej kondensacji języka i metafor, które nagradzają czytelników ceniących intelekt, wyobraźnię i kontrolowaną emocjonalność. Choć cechuje je introspekcyjność, Ryan unika konfesyjności na rzecz ironicznych refleksji nad światem, które mogą zostać sprowokowane przez najzwyklejsze z rzeczy codziennego użytku. Przylgnęło do niej określenie komediantki piszącej poważne wiersze, bo jeśli już jest zabawna, nie obywa się bez odrobiny goryczy. Krytycy wyróżniają jej zamiłowanie do rymów wewnętrznych jako najbardziej charekerystyczną, formalną cechę jej utworów, a sama Ryan, świadoma tego aspektu swojej twórczości, mówi, że są to rymy „rekombinacyjne”. Mam nadzieję, że da się je zobaczyć w moich tłumaczeniach.

Dla mnie jako oddanego czytelnika amerykańskiej poezji wiersze Kay Ryan były niezwykle satysfakcjonującym odkryciem, zmuszającym do prób odszyfrowania niezłych językowych zagwozdek. Ryan jawi się jako poetka na pół lingwistyczna, na pół metafizyczna. Byle tylko o większej ilości poetów można było mówić w taki sposób.

Janusz Solarz 

 


 

Żółw

Kto chciałby być żółwiem gdyby mógł wybierać?
Będąc mało ruchliwym hełmem o czterech wiosłach,
ledwo co zdobywa się na ryzyko, które musi podjąć
by wiosłować w kierunku traw, które lubi jeść.
Jego chód jest niezdarny, tak jakby ktoś ciągnął
ciężary z miejsca na miejsce, i prawie każde zbocze
krzyżuje jego skromne plany, nawet te bardziej
praktyczne gdy często grzęźnie aż po osie po drodze
w stronę czegoś co się da zjeść. W optymalnych
warunkach udaje mu się ominąć rów, który zamieniłby
jego skorupę w głęboki talerz z jedzeniem. Egzystuje
poniżej poziomu szczęścia, nigdy nie wyobraża sobie,
że jakiś totolotek nada płetwom kształt skrzydeł i lotek.
Jego jedyną lekkomyślnością jest cierpliwość,
Zajęcie dla tych naprawdę skarconych przez życie.

 

 

Po części Midas

W tym rzecz by być
Midasem po części — mieć
gdzieś wewnątrz przycisk,
który da się pstryknąć gdy
najdzie nas chęć. Wdzięcznie
się ośmielić by ozłocić kielich
albo przemienić psa sąsiada
w cenny posąg lub dodawać
sałacie kruchości —
wprawiać się w swawolnych
gestach przebiegłości, w za-
szczytnych harcach przy stole —
by w potrzebie zwolnić
na dobre nim puchary
poczną mnożyć czary.

 

Postać na torach

Wyobraź sobie
postać na torach
złożoną z mgnienia
za mgnieniem z tego
co widać między
wagonami, każdy
kadr nazbyt krótki
by dorzucić szczegół
lub wzbogacić tło: to
mógłby być kapelusz
jeśli to osoba
jeśli to osoba
jeśli to osoba.
Tak czy inaczej
skąpa informacja
wymierzona w czasie
by dodać identyczną
skąpą informację.

 

To życie

Skórka z ogórka, to życie.
Nawet dokręcone tak że ledwo ciurka,
lecz w strużce unosi się każda komórka
zdolna wywołać wojnę na ogromną skalę:
być miniaturowym znaczy być połkniętym
przez małe płetwale. Zenon znał zasadę,
która i nam znajoma: niezależnie od tego
jak starannie pomniejszona, sztafeta
bywa tylko pół-skończona tam gdzie meta;
potem dzielona bez końca na połowy reszta —
opóźnione zbliżanie się do taśmy, daremne
zachęty trenera o rumianej gębie.

 

Przycięte na miarę

Wycięte
tak jak
konie od
cięte od
tabunu. Od
klejone, ale
bardzo dawno
temu. Teraz
takie wyczucie
dla sposobu
w jaki przystają
i zlewają się
w jedno, ten
zachwyt kiedy
ruszają w galop.

 

Atlas

Przy najwyższym wysiłku
nawet dla osiłków
brakuje pomocy,
przekonał się Atlas.
Kiedy się zmienia
dogodny stosunek
ciężaru do ramienia,
nieliczni mogą
strugać bohaterów:
nie da się obronić
wyciągnięcia dłoni
do Brazylii
bez wdepnięcia nogą
w Peru.

 

Wielkie myśli

Wielkie myśli
nie karmią
małych myśli
jak rodzice dzieci.

Tak jak eukaliptus
obracają ziemię pod
stopami w jałowy grunt.

Stać na baczność
w ich gąszczu
nie przystoi.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2018 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.