W najnowszym numerze...

Pani coś wstrząśnie, coś zmiesza i piwo poproszę.

Jego Ekscelencja Imperator Wszech Lamusa,
Całej Ulicy i Chodnika Też jako Agent 0,7

Mamy początek kwietnia, ciepły, słoneczny dzień, popularne gdańskie lokale przetrwały szczęśliwie pierwszy w tym roku szturm na przestrzeń, która w założeniu zajęta jest przez tzw. ogródek, ja zaś napawam się słońcem, przymierzam okulary znajomych i piszę tekst. Myślę nad zakupem taśmy montażowej, napisaniem recenzji nowego tomiku jednego z czołowych polskich poetów i słucham sobie Fleet Foxes. Jest lepiej niż wczoraj, kiedy to zdarzyło mi się obejrzeć Potop. Ale to nie jest dzień na ekranizacje klasyków.

Bywają takie dni, kiedy nic nie idzie, sklecenie dwóch zdań urasta do rozmiarów problemu egzystencjalnego, a z drugiej strony Krzysztof Krawczyk sam się łączy z pomysłem parodiowania Bondów (w tle leci muzyka zespołu Tempest Moon, o którego istnieniu w zasadzie się dowiedziałem i chyba się wybiorę na koncert, bo przyjemnie grają chłopcy malowani). Parodiowanie Bondów to zresztą już zrealizowana idea, zrealizowana wprawnie i z rozmachem, którego nie powstydziłby się Jerzy Hoffman. Mam tutaj na myśli film zatytułowany Trzech włoskich supermenów, który dane mi było obejrzeć w styczniu, a który posłuży mi jako przykład, ilustracja pewnych, nazwijmy to, schematów.

Proszę sobie wyobrazić – sala audytoryjna gdańskiego NOT, połowa stycznia, na scenę wychodzi doktor Jacek Rokosz i mówi, po tym, jak kończy mówić, rozpoczyna się pokaz. Naprawdę, wszystko, co za chwilę podam proszę sobie dokładnie wyobrazić. Mamy tutaj do czynienia z pomieszaniem konwencji, coś w rodzaju Bondów (tych przaśnych, z Rogerem Moorem) przebranych za Supermana, dodatkowo nakręconych w stylu Gangu Olsena. Piszę o wielu Bondach, bowiem mamy tu trzech głównych bohaterów: jeden wygląda trochę jak Sean Connery, drugi nawet nieco przypomina mocno przypakowanego Rogera Moore'a, trzeciego z kolei można by opisać jako nieco opóźnionego Christophera Reeve'a, który komunikuje się z otoczeniem za pomocą pisków, jęków i różnych konfiguracji skoków (Sean, nazwijmy go dla wygody Sean tłumaczy, że kolega jest głuchoniemy – co nie przeszkadza mu później tańczyć do dźwięków radia). Pierwsze pół godziny filmu opiera się na błyskawicznych zwrotach akcji, dopiero później konkretyzuje się jakiś Główny Zły, którego trzeba załatwić, ale w sumie to niekoniecznie, clou, jak to w filmach klasy Z, tkwi w kiepskich dialogach, wydumanej choreografii walk i ogólnym nagromadzeniu absurdów, które z filmu złego robią film tak zły, że aż piękny i śmieszny zarazem. Po tym seansie bolała mnie cała twarz i głowa, od śmiechu właśnie.

Zaczęliśmy z grubej rury, to może czas na malutką ciekawostkę, która przybliży czytelnikowi nieco naturę zjawiska, które próbuję tutaj opisać (cóż mogę próbować uchwycić w tym tekście, skoro ewidentnie nie chodzi o bryki Krzysztofa Krawczyka, żadnego z Bondów ani nawet Supermenów, a tematu jeszcze nie rzuciłem?). Otóż przy okazji tego samego przeglądu wytrwały widz mógł obejrzeć film zatytułowany Noc zajęcy (na filmwebie można znaleźć ten film pod idiotycznie przetłumaczonym tytułem Noc Lepusa!). Rzecz ogólnie polega na tym, że skutkiem eksperymentów naukowych osobniki całej populacji zajęcy w okolicy ulegają powiększeniu, tak że jeden zajączek ma rozmiary, no w przybliżeniu, małego fiata, i bardzo majestatycznie te zające pod osłoną nocy biegną przez miasteczko, aż prosiłoby się o puszczenie w tle Walkirii Wagnera. Od wspomnianego już wcześniej Jacka Rokosza dowiedzieliśmy się, że scena z tego filmu pojawia się w Matriksie, w scenie pierwszych odwiedzin Neo u Wyroczni w telewizorze widać te słodkie zajączki kicające przez miasto (nawet sprawdziłem, i to nie jest kłamstwo!).

Piszę o tym, ponieważ nie potrafię oprzeć się poczuciu, że żyjemy w świecie może nie zdominowanym, ale zdobywanym przez kulturę remiksu. Można wyrwać chwasta, a kawałek dalej rozpisać esej o smażeniu frytek, mieszać konteksty, nie ukrywajmy, najczęściej na bazie parodii (do śmierci będę pamiętał osadzenie w uniwersum Władcy Pierścieni maskotek z Teletubbies. I to uśmiechnięte słoneczko zamiast Oka Saurona). Można przytoczyć piosenkę Krzysztofa Krawczyka, zestawić to z chęcią sparodiowania Bonda i kilkoma przypadkowymi dygresjami, a całość usprawiedliwić okolicznością, że tytuł tekstu wraz z mottem sformułowane zostały w jednym, tym samym miejscu, na ulubionym krzesełku, w ulubionym miejscu. Można, mamy wszak postmodernizm.

Nie ukrywam, jestem jednym z tych ludzi, którzy metodą remiksu posługują się w swoje twórczości zamaszyście i bez skrępowania, co jednak nie przeszkadza mi widzieć zagrożeń (przez chwilę bałem się, że w projekcie drugiego tomu nie mam ani jednego wiersza, w którym nie miksuję, nie odwołuję się do czegoś z zewnątrz; na szczęście nie jest ze mną aż tak źle, potrafię coś jeszcze napisać, nie tylko składać klocki). Generalnie jestem zdania, że wiersz, w stosunku do swojej przeważnie krótkiej formy, ma ogromny potencjał w zakresie obszerności komunikatu, natomiast tom poetycki ma ten potencjał nieograniczony – wystarczy dobrze porozkładać akcenty i zadbać o intertekstualną stronę przedsięwzięcia, wszak nie żyjemy w próżni (ale, broń Boże, nie bierzcie tego na poważnie, ja tutaj sobie tylko piszę, rozpisuję się). Od razu przypominają się różne anegdoty, sytuacje, których byłem świadkiem, ale zaczynamy wkraczać w temat pisania i układania książki. Obiecałem, że kiedyś o tym napiszę, ale jeszcze nie. Może za miesiąc?

Marcin Kleinszmidt

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.