W najnowszym numerze...

Ludwik Ernhart i Jerzy Waldorff już cztery dekady temu debatowali nad tym, czy muzyka nadaje się do oglądania. Drugi z nich napisał wówczas, że „zależy kto gra i jak to robi”. Myślę jednakże, iż cytat ten należy uzupełnić o stwierdzenie, że zależy również, jak ten ktoś wygląda.

Od kilku lat obserwuje się w Europie swego rodzaju rozluźnienie muzycznych obyczajów modowych. Co chcę przez to powiedzieć? Że publiczność coraz rzadziej przychodzi do sal koncertowych w strojach wieczorowych. W moim odczuciu jest to szalenie smutny, przykry i niepokojący trend.

Z czego wynikały obowiązujące wiele lat zasady galowego stroju w filharmonii, operze czy teatrze? Z szacunku i kultury osobistej. Bo teatr to święto. Ludzie przez dziesięciolecia ubierali się odświętnie do kościoła, a także przygotowywali się w ten sposób do obcowania ze sztuką wyższą. Uczestnictwo w koncercie czy przedstawieniu dla wielu było luksusem, który należało w pewien sposób docenić i uszanować. Ponadto strojem wyraża się także szacunek dla artystów, którzy włożyli mnóstwo pracy i niewątpliwie serca, w przygotowanie spektaklu, który cieszy oko i ucho, i jest swoistym balsamem dla duszy.

Od pewnego czasu, prawdopodobnie za sprawą (r)ewolucji obyczajowej, następuje jednak pewne rozluźnienie w obcowaniu z kulturą. Coraz częściej możemy bowiem obserwować panów przychodzących na koncert nie garniturach, a jedynie w sztruksowych marynarkach; panie w sukienkach – nie zaś w sukniach. Niestety równia jest pochyła i do filharmonii zawitały także jeansy. Warto w tym miejscu napomknąć o ich pochodzeniu, bo może nie wszyscy są świadomi, że jeans jest wynalazkiem amerykańskim – materiałem bardzo wytrzymałym, początkowo wykorzystywanym do szycia… ubrań roboczych. Jednakże to nie koniec nieszczęsnej awangardy. Pomimo obiegowej opinii pochwalającej poszerzanie grona odbiorców sztuki o coraz to nowe „klasy” społeczne, kiedy podczas koncertu w Filharmonii Narodowej widzę na głowie (!) jednego z „dżentelmenów” kapelusz typu panama (słomiany) zastanawiam się, co poszło nie tak…

Ale jest też druga strona medalu, która martwi mnie jeszcze bardziej: że ów przykrą modę sukcesywnie zaczynają przejmować także muzycy. Muszę się poprawić – to mnie nie tyle martwi, ile przeraża.

Tradycyjnie muzycy orkiestrowi winni ubierać się na czarno. Panowie z muszką pod szyją, panie zdecydowanie bardziej ZAkryte niż ODkryte. Do płci pięknej w gruncie rzeczy skierowanych jest o wiele więcej wytycznych dotyczących wyglądu na scenie, niż do mężczyzn. Nie mniej jednak oczekuję znajomości przynajmniej podstawowych zasad. A więc przede wszystkim długa spódnica – a tymczasem niekiedy można odnieść wrażenie, jakoby skrzypaczki nie zdawały sobie sprawy (albo może właśnie wykorzystywały nadarzającą się okazję?), że publiczność w pierwszych rzędach siedzi zazwyczaj nieco niżej od nich; zazwyczaj jest to różnica podobna do odległości dzielącej biodra od ramion. Natomiast jeśli idzie o ramiona – w większości sytuacji powinny być jednak zakryte. Jeszcze milszym dla oka jest  obserwowanie orkiestry, w której panuje zgodność w aspekcie długości rękawa. Niestety, o dopuszczalnych sposobach upinania włosów pamięta się coraz rzadziej…

Wróćmy jednak do sedna sprawy. Nikogo nie zaskakuje obecnie widok solisty w czarnej koszuli, którego ruchów nie może krępować marynarka czy frak. Ale czy ktoś zastanawia się nad komfortem śpiewaczki ściśniętej gorsetem z fiszbinami…? Jednakże kiedy na scenę wychodzi Maestro przyodziany w spodnie nijak nie dające się sklasyfikować do jednej kategorii z „takimi garniturowymi”, w połączeniu z t-shirtem (w prawdzie czarnym i dopasowanym, ale jednak wciąż jest to t-shirt), to sprawy absolutnie nie ratują lakierowane buty ani tym bardziej sportowa marynarka. Można się nawet pokusić na rozważenie sensu włożenia owej marynarki, skoro tuż po zajęciu na scenie właściwego miejsca przez solistę, jej rękawy zostają niechlujnie (tak, właśnie „niechlujnie”) podwinięte.  

To jest ten moment, kiedy zaczynam się gorączkowo zastanawiać czy wszystko ze mną w porządku, czy może świat stanął na głowie? Bo skoro solista wyglądający jakby wpadł na scenę w ramach przerwy w zakupach, gra koncert dla słuchacza niemalże wyrwanego z kurortu wypoczynkowego, boję się dalej rozglądać. Chyba, że w panicznym poszukiwaniu wyjścia ewakuacyjnego, którym mogłabym się wymknąć niepostrzeżenie, nie łamiąc przy tym obcasów i nie zaplątując szpilek w kreacji. Może haust zimnego powietrza byłby w stanie mi wyjaśnić, czego nie rozumiem? Bo z tej nowej mody to ja już nic nie rozumiem…

Jowita Opyd

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.