W najnowszym numerze...

Edward Pasewicz

Na "wielką majówkę" dla czytelników Salonu Literackiego - Edward Pasewicz, autor bardzo dobrze znany i ceniony . Nie tylko poeta - także pisarz, dramaturg i kompozytor. Prezentujemy tu nigdzie dotąd niepublikowane wiersze, które, zgodnie z zapowiedzią autora, ukażą się w nowym tomiku zapewne w 2014 r.

Zapraszam do lektury.

Paweł Podlipniak

 


 

Edward Pasewicz (ur. 1971 w Kostrzynie nad Odrą). Polski poeta, pisarz, kompozytor i dramaturg. Debiutował w 2001 roku książką Dolna Wilda. W 2007 roku wydał swoją pierwszą powieść Śmierć w darkroomie.

2007 został nominowany do Nagrody Literackiej Gdyni za książki Henry Berryman Pięśni i Pałacyk Bertolta Brechta. Jego wiersze były tłumaczone m.in. na niemiecki, angielski, słoweński, serbski, bułgarski, czeski, hiszpański, kataloński, włoski. Wraz z Marcinem Świetlickim, Robertem Makłowiczem, Piotrem Bikontem i Maciejem Piotrem Prusem wchodzi w skład redakcji pisma mówionego „Gadający Pies”. Jest także stałym felietonistą Czasu Kultury i pisma Chimera.

Od 2010 roku mieszka w Krakowie gdzie szefuje Scenie21 Teatru Nowego. Napisał sztuki teatralne: Lamentacje Londyńskie, Trzej Bracia, Cień, Piękny Chłopiec. Pisze muzykę do przedstawień teatralnych (między innymi Werner Kofler Tnazcafe Lerch) a także kameralną (Muzyka na wiolonczelę solo, Trio Waltorniowe, Trio klarnetowe, I Kwartet smyczkowy, Muzyka na Sekstet smyczkowy) oraz orkiestrową (Koncert na wiolonczelę i 18 instrumentów dętych, Naive Symphony) obecnie pracuje nad nowymi powieściami i operą na podstawie Jądra ciemności Josepha Conrada.

Najważniejsze publikacje:

Dolna Wilda (Anima, Tygiel Kultury 2001; Poznań, Wielkopolska Biblioteka Poetów 2006)

Nauki dla żebraków (arkusz dołączony do pisma "Topos" nr 4-5/2003)

Wiersze dla Róży Filipowicz (Wrocław, Biuro Literackie 2004)

th (Kielce, kserokopia.art.pl 2005)

Henry Berryman Pięśni (Kielce, kserokopia.art.pl 2006)

Śmierć w darkroomie (Kraków, EMG 2007)

Drobne! Drobne! (Poznań, WBPiCAK 2008)

Muzyka na instrumenty strunowe, perkusję i czelestę (Poznań, WBPICAK 2010, Wielkopolska Biblioteka Poezji tom 20)

Pałacyk Bertolta Brechta (Kraków, EMG 2011)

 


 

BEZ WSTYDU

Urośnij ślepy
bez znaków, słów i samogłosek
z powietrza wody z gruzowisk i dźwięku
mniejszy niż zwykle już bez
skóry, kości i języka złudzeń
tu w pokoju, teraz i natychmiast
jakbyś się wcielił w pomiętą koszulę,
jakbyś się objawił w starym podkoszulku
pijany nad ranem , skacowany w południe
obecny wyraźnie w zgrzycie zamka,
w rumorze ze stołu spadających sztućców
śmiertelny codziennie, śmierdzący jak zwykle,
mój bez znaków, gestów : biały kiełek być
wciśnięty między nic a nic.

 

Stoliki się budzą

Stolarska. Ambasada Śledzia. Pani
w nerwowej fryzurze pięknie się dławi powietrzem.
Przed amerykańskim konsulatem
kolejka staruszków – wiem, że się wybierają
do nieba i cali są porośnięci niebem.
Trzecia kawa smakuje najbardziej.
Jest taneczna i lekka i ma spojrzenie
brunecika, który szybuje nad laptopem
i groźnie patrzy w tabelki i cyfry,
o tak, myślę sobie, bądź jak groźne ptaszysko
przelicz mi rzeczywistość.
Nie jestem spokojny, palę zachłannie
jednego za drugim, jednego za drugim.
Siedzę za drutem kolczastym
z samych niedomówień.

 

Piosenka Ekumeniczna

W imię Buddy i Dharmy i Sanghi. Amen.
Łatwo mu się kościołek tka z przeinaczeń,
ma piękna krostkę i pęczniejący zarost nad wargą
i pewnie myśli, że jest głęboki i dowcipny,
ale ma ładne trampki i łydki kształtne niebywale
i głos też i mówię mu bezgłośnie:
a mantruj sobie, mantruj jak chcesz.
Ale mnie nie słyszy, bo się nie słucha cieni,
w kąciku za barem mam jaskinię i z niej nasłuchuję:
że światło jest też i po to
by nas na zawsze przekreślać.

 

Widzenie na Placu Szczepańskim

Ja jestem dodatkiem do ciebie – to już
pewne i zatwierdzone, pani co przybijała
pieczątkę pod drukiem – miała białe usta.

Obawiałem się ran i blizn, ale ich nie ma
jest tabelka i segregator i ja – płomyk
opatrzony cyframi niebieskawy zawijas.

Bezpiecznie każdym nerwem podpięty
do nerwów tych co wraz ze mną tu wiszą,
w nich, w tobie, w niej – powszechny białkopis.

 

Sto wierszy ze snu

Sto wierszy ze snu maszeruje przez Atlantyk
i gaworzą sobie w języku powszechnym, miłosiernym
i nie znającym litości. Tymczasem miasta
wypełniają się milczeniem. Ulice ukorzeniają się
i krzaki tarniny ocieniają place i hale targowe.
Ale pieniądz trwa w najlepsze.
I burzowa chmura trwa i ciężkie krople ulewy,
trwają, chociaż nigdy nie dotkną ziemi
i ty trwasz nieznajomy chłopcze i patrzysz
jak powoli wpełzam na brzeg,
bezradny staruch z sinymi skrzelami.

 

Hala Targowa. Rukola. Bazylia. Szczaw

Twoje oczy sprzedają mi kawę Jacobs
za dziesięć dwadzieścia, wąskie brwi pytają
czy może mam drobne a grzywkę podwiewa wiatr.
Myślę sobie: jasna cholera jestem ugotowany,
twoja matka oparta o blat patrzy na mnie
i mówi do ciebie: i co poradziłaś sobie kochana?
Dłonie masz wąskie i męskie kiedy wydajesz resztę,
a twoja matka mówi: Łukasz zapytaj czy pan
chce coś jeszcze. Myślę o niepotrzebnych
mi rzeczach . Biorę sok i chleb i sól
i miałbym ochotę na wino. On się dopiero uczy,
muszę go przyzwyczaić do klientów, on się płoszy
i trochę jąka, gdy widzi dużych mężczyzn jak pan.
Twój śmiech jest jak religia z wymogami
nie do spełnienia. Religia za dziesięć dwadzieścia.
Potem kasujesz ja płacę. Gawędzę z matką-biskupem,
która ciebie nie strzeże ale wysyła mówiąc:
to idź sobie zapalić. A kiedy wychodzę stoisz
i palisz, stoisz i palisz, bóstwo metr siedemdziesiąt pięć,
w niebieskiej koszulce z czarnymi napisami.

 

COŚ Z CIAŁEM

A to moje płuca
one są tkankami
chłopiec tam siedzi
i charczy nocami
To jest chłopca oddech
płytki i nie ważny
to jego języki
którymi ja mówię
wszystko co tu świeci
jest jego językiem
wszystko czego nie wiem
musi być dotykiem
na tej szorstkiej skórze
na tej najpiękniejszej
skrzy się nic i krzyczy
To jest chłopca oddech
to jego znikanie
śmierć się przeistacza
w drganie, drganie drganie.

 

Wiersz dla Piotra Śliwińskiego

Sen taki, że na każdym kwarku litera,
maszyneria jest czysta i prosta.
Z tarć, brzmień i blasków rodzi się chęć
by czytać, chociaż nieludzkie to jest
a języka nie znam, któremu postawiono nagrobki.

W mieszkaniu zimno, grzałka w piecu pękła
i jedna z zasłon się strzępi.
Chłopiec śpi z podkuloną nogą
i ciężko oddycha, jakby to on w ruch
wprawiał starą skrzypiącą maszynę
do czytania świata.

Świta , samochody warczą,
na chodniki wylewają się turyści z hosteli.
Biegną do synagog i starych kościołów,
na szybkie śniadania i podwójne espressa.
Gdy otworze oczy nic się nie zmieni,
zostanie tak jak jest taniec na elipsach,
ciężki oddech wrzask przewodnika:
nie rozpraszać się proszę, proszę w moją stronę.

 

ŻYLIŚMY Z PLANSZ I GAZETEK

Pijany upiór pisze do pijanego człowieka:
do żaby na szosie mówię: och żabo
i jest ludzko, sino i deszcz pada rzęsisty.
Idzie się jakby we mgle, ale jej nie ma,
są ulice, chodniki, są fasady kamienic
i ludzie, jakby inni ale nie za bardzo
bez twarzy, chociaż rozumiem ich doskonale
chciałbym ich ust i języka, a tu nic, list
bez adresu i człowiek który utyka
chociaż prosto zmierza ku skończoności.

Jak głupio to brzmi, muzyka tkanek,
zrzędliwy dźwięk drobin tłuszczu i cukrów.
Pada, jakby szczęście można zmierzyć linijką
i szkło uznać za diament. Później drzwi,
łóżko, senny ornament, nad ranem wrzask
szczurów przepędzanych ze śmietnika.
Dzień dnieje jakby gliwiał i próchniał,
ale sza o tym. Kropka na końcu zdania
przecież nigdy nie znika.

 

Mała droga

Dla wszystkich sklepów otwartych
dwadzieścia cztery na dobę
odartych z resztek ciszy dzięki, dzięki , dzięki.

Dla willowych dzielnic, dzielników i linii
co prowadzą ku niczemu:
dla facetów z wąsami i żon z niedzielnym ciastem,
dla ich dźwięków, dźwięków, dźwięków
słowiczego jazgotu nocą i nad ranem
dla zastrzelonych przy ladzie, gdy chcieli wziąć resztę
i tych co maja tą samą krew jak ci
co stracili ją rankiem:
dźwięki, dźwięki, dźwięki.

Dla dzieci co noszą poczerniałe kurtki,
nie od snów lecz zwykłego ognia.
Te wszystkie zawsze otwarte okna, butelki,drzwi,
mówią wam, że pył nie jest językiem.
I może zabrzmi to źle ja też się temu przychylę:
nie, nie jest językiem jad co przed ciszą się skrył
i chłepce przyszłe słowa,
chociaż one się jeszcze nie wysłowiły.

 

MUZEUM NIEWOLNIKÓW

Z beczek wypływają ryby
co martwe mogłyby innego robić?
Soli się nawet sól.
W martwych miastach tylko mewy krzyk
wyznacza naturalny dystans,
między był a jakby jest.

Historia zna i końce światów;
różowy nylon halek, pończoch
gruby szew i liter tkanie
a też i taniec koszul
i tkanin tkliwy jęk.

A jednak to zapomniane
rządzi i nadchodzi nocą:
ty jeszcze śpisz lecz ono już wie,
jak ciebie złowić.
Cieszy się dziecko gdy wyciąga sieci.

Nic między nic wplątało nieistnienie.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.