W najnowszym numerze...

Marcin Zegadło

Czerwiec w SL upłynie nam pod znakiem spotkania poetyckiego z Marcinem Zegadło. To dobrze znany autor, piszący w bliskiej mi poetyce, bo jak można nie lubić choćby takiej frazy: „Cóż począć, jeśli dobrze czuje się wyłącznie w obecności drzew?”.

Zdecydowałem się na prezentację wierszy z dwóch tomików Marcina – niewydanego jeszcze piątego i chyba najbardziej lubianego przeze mnie „Cały w słońcu”.

Zapraszam do lektury
Paweł Podlipniak

 


 

Marcin Zegadło, ur. w 1977 r., poeta, autor czterech tomów wierszy: Monotonne rewolucje (Stowarzyszenie Literackie im. K. K. Baczyńskiego, Łódź 2003), nawyki ciał śpiących (Biblioteka Studium, Zielona Sowa, Kraków 2006), Światło powrotne (Wydawnictwo Kwadratura, Łódź 2010) oraz Cały w słońcu (Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, Biblioteka Arterii, Łódź 2014). Publikował m.in. w Studium, Odrze, Kresach, Czasie Kultury, Arteriach, Red, Pograniczach, Portrecie, Gazecie Wyborczej i Chimerze. Wkrótce nakładem Wydawnictwa FORMA ukaże się jego piąty tom wierszy.

 


 

TRANSFER. 27061992

parujący i śniadzi - przybiegaliśmy do jego łóżka. guguły.
owoce strącone przez pierwsze uderzenie lata. mieliśmy
pod paznokciami jaśmin i ślinę. wilgotne ślady. nie wiedzieliśmy,
że to miłość – jej miękki język. byliśmy dziećmi sowy,

które napadły na słońce. rodzeństwo. miał nas na wyciągniecie ręki.
zwinięty i bolesny więzień. chodźcie tu bliżej. do dziadziusia.
pokażcie się dziadziusiowi w świetle. tak bardzo kłuje dziadka
i strzyka. widzieliśmy jak płonął i gasł na przemian – skrzypiący

embrion. święty z buchenwaldów i kopalni soli. złoty chłopak
z ryngrafem zamiast płuc. kochany pan doktor i jego wdzięczni
pacjenci. a wielu było do uzdrowienia. w odmętach, po piwnicach
i klubokawiarniach. furmanki chorych wskrzeszał panu bogu na złość.

może mu teraz pan bóg w zamian, przekłuł kręgosłup, podciął nogi.
tamtego lata przybiegaliśmy do jego łóżka zmęczeni, z promieniem
wibrującym w gardle, mrowieniem w brzuchu. nie wiedzieliśmy,
że to miłość – dziewczyny i chłopcy z osiedlowych ławek,  ich języki –

miękkie jak paraliż.

jest cisza w jasnym pokoju. są nieruchomi w bursztynie:
chłopiec i dziewczynka, jej sukienka i jego pierwszy garnitur;
inni mężczyźni; kobiety -  którzy patrzą.

 

DRUGIE CZYTANIE 1987.

siostrze

jaszczurki więzione w słoikach, polne myszy, akwaria
przejrzyste i jasne jak spacer po rafie. opowieści o rybach,
ich wielobarwnej łusce. sztuczny tropik. woda w płucach.
pierwsze wyjście z bójki, kiedy za plecami ktoś krzyczy:

„chuj, chuj, chuj”. krew zlizywana z warg ma smak metalu
i morskiej wody. zostanie ślad. młodsza siostra, która przychodzi
do niego do łóżka. jesteś moim braciszkiem, więc pogoń
zły sen. licho nie śpi. i goni przez ciemne pokoje strach,

który dzieci zamienia w kamienie. masz braciszku w serduszku
małą żmiję, sowę i ogon lisicy. boją cię ciebie niedobre
dziewczynki i chłopcy, nawet z poprawczaka. kiedyś należał
do jaśminu i głogu. niebo migało pomiędzy i wiło się ziele.

wciąż potrafi rozsypać się, przepaść, a wtedy szukaj wiatru
i głośne wołanie. nic tego nie wróci. tamto miasto, rodzeństwo
śpiące pod przykrywką lata. dom pusty i niczyja wina. pamiętasz
chłopca zimnego jak szkło, który czekał na ojca modląc się

do matki,

zupełnie jak jakiś lewy jezus?

 

GŁĘBOKA WODA

dla Ł.P.

nie skończyło się. trwa jeszcze. ziemia jest miękka
i wonna. w takiej ziemi zanurzą cię kiedyś złożonego
na wznak – mówię – zupełniejakby ojciec raz jeszcze
próbował nauczyć cię pływać. i może wtedy ktoś powie:

całe życie spał na boku, a teraz będzie musiał się męczyć
na plecach. możnaby go odwrócićżeby się nie złościł. i może
zgasi papierosa w suchych liściach klonu, a nad nim będą
burzyć się korony, szumiące w słońcu jak podniebne ule.

wcześniej życia nie nazywaliśmy życiem, ale teraz już tak.
już się nie boimy. ponieważ u nas coraz częściej noc. rzeka
tutaj zawija i nie widać końca. co czuje się mając przed sobą,
już tylko martwych? czyja pięść uderza wtedy i z jaką uderza siłą?

kiedy jesteś tam, jeszcze w ostrym słońcu z gipsem w ustach,
a oni leżą na drodze rozrzuceni jak wodorosty. ziemia jest miękka
i wonna jak głęboka woda i trzeba wszystko posprzątać, pochować.
dzieciom opowiedzieć o miłości i o dobrym bogu, jakby nie było

złych duchów i gazu w puszkach, nie było świata - bez nas. 

 

BIAŁY TYDZIEŃ. 1986

południe. ostre światło – magnezja podpalona przez krwawiących
świętych (siostrzyczki zwęglone w klasztorach, braciszkowie moi,
którym z jelit wiązano kokardy na strzaskanych czaszkach.) święto
opłatka i świec białych. jesteśmy niewinni – w tamtej opowieści,

was braciszkowie moi, siostrzyczki - mamy za najbliższych. i może
pan bóg urządzi tutaj lądowisko. usiądzie na nim ciężko jak tłusta
planeta i śpiewał nam będzie piosenki o umieraniu drzew i o sercach
saren. i przyjdą do nas cisi w papierowych czapkach i opowiedzą

nam o kąpielach w gazie i od drutach. może popłynie prąd przez
korytarze i szatnie. prąd w ogrodzeniach jak koniec powietrza.
braciszkowie moi, siostrzyczki, łagodna będzie nasza służba.
dobre dzieci. waszą krew zmyśloną kładą nam na język – jezus

i jego wesoła kompania. a wszystko jest zapisane na liściach
klonu i korze akacji. płomień zjada dzieci. południe. braciszkowie moi,
siostrzyczki. kto nam pomoże poskładać zabawki. jeżeli nas opuści fart.
ucichnie – siedem melodyjek. kto poprowadzi nas do dziewcząt

i do chłopców. po ich głupie serca. ich krocza.

 

PIOSENKA O UMIERANIU LASU.1987

kołysze się jak płomień: dworzec pęknięty i pusty. akacje
w słońcu, nieostre i lepkie jak sen dróżnika. wczoraj
chowali go w miękkiej ziemi, ciepłej i przestronnej.
wieczorem czekaliśmy na deszcz. a lato było w odwrocie,

bezładnym i nagłym jak umieranie zwierząt. za rzeką,
personel rzeźni palił i pił wódkę. praca i ruchanie. kolejno.
dziewczyny o dłoniach ciężkich i rumianych. pot mężczyzn.
butelki i listy puszczane na wodę: tutaj jesteśmy. na wypizdowiu.

gotowi odejść. wydać się nawzajem. gotowi zapłacić
każdą cenę. wzywamy pomocy. chcemy pić piwo z puszki.
jeść szynkę. ulicą płynął asfalt, transport i łączność. kierowcy
sikający na poboczu. telewizor i śmierć w lesie kabackim.

nocą nie potrafiliśmy zasnąć. pod powiekami mieliśmy
czarno-białe drzewa jakby szedł po nas zataczając się
niedobry tatuś albo inny nakurwiony święty. złe dzieci
podglądają życie. jutro wydłubią lalką oczy i spalą je

w ognisku.

 

Wiersze z tomu Cały w słońcu

 

L.ŚNIENIE

Lipiec. Warszawa. Hotel. On został posłany, żeby doskonalić
umiejętności, żeby się rozwinąć. Ona została sama z chłopcem,
niespełna dwuletnim. Nikt się specjalnie nie przejął, nikt
nie pyta, co u niej. On został posłany, żeby się rozwinąć,
nabyć umiejętności. Lipiec. Warszawa. Hotel. Ona została
sama z chłopcem, psem i mieszkaniem pełnym bezładnie
rozrzuconych przez chłopca przedmiotów. Chłopiec budzi się
nocą, nie pozwala jej zasnąć. Ona telefonuje do niego. Lipiec.
Połączenie z Warszawą. Hotel. Ona mówi: Jestem zupełnie sama.
Nikt się specjalnie nie przejął, nikt nie pyta, co u mnie. A on się
obudził w nocy, płacząc. Nie potrafiłam go uspokoić. Coś
w niego wstąpiło. Myślałam, może Diabeł albo inne Niedobre.
Nie chciał misia i nie chciał na ręce. Lipiec. Warszawa. Hotel.
On w ciemności słucha jej głosu w słuchawce telefonu, ciemność
go przeciągnęła już na swoją stronę. Wcześniej wiedział na pewno,
a teraz już nie wie, kto za tym głosem stoi, stroi miny, napina się
i wymaga. Wcześniej wiedział na pewno, a teraz już nie wie,
co jeszcze jest wspólne, niepodzielne i pewne. A on się obudził
w nocy, nie potrafił się uspokoić. Coś w niego wstąpiło.
Może Diabeł albo inne Niedobre. Nie chciał misia. On słucha
jej głosu w słuchawce telefonu. Powinien mówić słowa
miękkie i wilgotne jak usta. Powinien powiedzieć: potrzebuję
ciała, więc je biorę, potrzebuję miłości, więc ją czuję. Mężczyzna
w obcym mieście, rozmawiając z żoną, powinien mówić o ciele
i o miłości. Tym bardziej, że ona została sama z chłopcem
niespełna dwuletnim. Nikt się specjalnie nie przejął, nikt nie
pytał, co u niej. Lipiec. Warszawa. Hotel. On mówi: Ten kształt
w pościeli jest twoim parującym biodrem.

Teraz cię dotknę.

 

KTOKOLWIEK CZYNI W TEN SPOSÓB,
NIE ZAPRZE SIĘ SIEBIE PO TRZYKROĆ

Cóż począć, jeśli dobrze czuje się wyłącznie w obecności
drzew? Osiedle umiera na masową skalę. Sąsiad z parteru
zrywa boazerię, jakby nie wierzył, że wystarczy drewna na
solidną trumnę. Wiosną ciało martwej kobiety przeleżało
pod klatką schodową kilka godzin. „Ten zapach” –
mówi on, kiedy ona podaje dziecku liść wierzby. – „Zapach
słodki jak brud, czy my także będziemy nosić go na sobie,
na dnie zmarszczek, czy otworzy się w nas wtedy kościół
jak zimne powietrze?”A drzewa? Wciąż ich ubywa
po kolejnych wybrykach pogody. Na pierwszym piętrze
radio modli się za sąsiadkę. Szum owadów w ogródkach
działkowych, szum w koronach jak próba koncertu.
Ruch, a po chwili wszystko urywa się, zatrzymuje.
Nikt nie zbiega po schodach z krzykiem lub ze śmiechem.
Nikt nie tłucze po nocach, próbując udowodnić, że nigdy
nie umrze. „Rzeczy nieustannie należą do nas” – mówi ona,
kiedy dziecko rozciera w dłoniach liść wierzby. – „Jest coś
o tym, w tych twoich książkach?” A po chwili dodaje: „Masz w sobie
więcej szkła niż żywicy” – i wsuwa dłoń pod jego koszulę.
„A teraz, teraz spróbuj być ostry – misiu”.

 

KOBIETA MÓWI: ŚLINA

Nie jestem z tego miasta. Wysiadam. Ty zostajesz. Z psem,
z mieszkaniem, z kartą do bankomatu. Zostajesz i może
wyrzucą cię z pracy, może przestaną się do ciebie odzywać
ci, którzy teraz do ciebie się odzywają. Może mgła blada
jak powrót, zmieni się w tobie w jasne światło. Dzień
jak kolęda zaskoczy cię w brudach i bez święceń. Będzie
dużo zabawy ze skórą i językiem. Zostaną po tym ślady.
Wiem, że śnią ci się inne sutki, inne biodra kołyszą się
wokół twoich bioder. Nie jestem taka święta. Mam ciało,
które do mnie mówi różne świństwa. A teraz spróbuj
obronić to w wierszu. Żeby nie było wstydu. Mogłabym
pisać listy i pić wódkę. Palić i pisać listy kompletnie pijana,
w bieliźnie. Mogłabym się dotykać. Wiem, że śnią ci się takie,
które się dotykają. Mogłabym, ponieważ nie jestem
z tego miasta. Wysiadłam. Ty zostałeś. Wciąż bawią cię
takie przystanki. Chciałabym, żebyś połknął moją kroplę potu.
Żebyś się zaraził.

 

LŚNIE.NIE

Ona musiała wyjechać. Jest teraz potrzebna w innych miejscach.
Innym ludziom musi udzielić pomocy, podjąć opiekę i okazać troskę.
Matkę musi nakarmić w innym mieście. W innym mieście matce
będzie parzyła herbatę. On został sam z chłopcem niewiele ponad
dwuletnim. Specjalnie się tym nie przejął. Nie pyta, co u niej. Chłopiec
biega i rozrzuca przedmioty. Chłopiec przymierza się do nocy. Czarne
koty łowi na obrazkach. Ona musiała wyjechać. Jest teraz potrzebna
w innych miejscach. Matkę musi nakarmić. W innym mieście matce
musi zaparzyć herbatę. A on się bez niej jeszcze bardziej boi,
żeby mu ten chłopiec nie umarł. Chociaż wie doskonale, że nie ma
takich chłopców, którzy żyją wiecznie. Boi się, że nie będzie chłopca.
Ona telefonuje, on mówi: Wiesz, chciałbym, żebyś wiedziała, że
zasnął i że zaglądam do niego często, sprawdzam. Ona wie, że on
bez niej jeszcze bardziej się boi, żeby mu się ten chłopiec nie wymknął.
Ona mówi: Jestem teraz potrzebna w innych miejscach. Muszę
udzielić pomocy. Podaję leki, realizuję recepty. Wrócę. Będziemy
łowić czarne koty na jego obrazkach. Będziemy z nim igrać
jak z ogniem. Ona mówi: Jestem. On jest z chłopcem niewiele
ponad dwuletnim. Marzec ich nie chce tej nocy kołysać. Tłucze się
za oknem, nie śpi. On wszystko przygotował. Przymierzył się do nocy.
Wodę, światło, powietrze wymieszał i schłodził. Marzec zerwał się
ze smyczy i kąsa. Żeby mu ten chłopiec nie umarł, wszystko zaplanował.
Oswoił. Będą mu posłuszne. One mu będą posłuszne,
kiedy tamta wróci.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.