W najnowszym numerze...

Łukasz Jarosz

Wiosna zawitała do nas na dobie i na złe, a wiosnę w „Salonie” witamy wierszami Łukasza Jarosza, autora znanego i uznanego. Przypadkowo jest to publikacja poniekąd urodzinowa, bo 4 kwietnia Łukasz obchodził swoją kolejną życiową rocznicę. Świętujmy więc razem z nim.

A tak na serio, to jedną z najlepiej rozpoznawalnych cech poezji Jarosza stanowią lakoniczność i celność obserwacji stowarzyszone z nienachalnym liryzmem i smutkiem.

Te wiersze nie wymagają szerokiego omówienia – one wymagają uważnego, rzetelnego czytania. Resztę czytelnik wyłowi sobie sam, a jest w nich sporo smaczków, doskonałych fraz, jak choćby ta: „Nie zabija mnie miłość/ nie przeraża śmierć/ Bo sam nimi jestem”.

Paweł Podlipniak

 


 

Łukasz Jarosz - ur. w 1978 roku, poeta, muzyk. Perkusista, wokalista i autor tekstów grup: Chaotic Splutter, Lesers Bend, Mgłowce, Zziajani Porywacze Makowców. Autor dziesięciu tomów poetyckich: Soma (2006), Biały tydzień (2007), Mimikra (2010), Spoza (2011), Wolny ogień (2011), Pełna krew (2012), Świat fizyczny (2014), La forza delle cose (2015, wydanie trójjęzyczne – polski, włoski, angielski), Kardonia i Faber (2015), Święto żywych (2016). Pełna krew została uhonorowana Nagrodą Literacką im. Wisławy Szymborskiej (2013), Świat fizyczny oraz Karonia i Faber nominowane były do Nagrody Literackiej Nike. Jego wiersze tłumaczone były na język chorwacki, włoski, angielski, rosyjski, hiszpański, szwedzki i niemiecki. Mieszka w Żuradzie pod Olkuszem.

 


 

Widzenie

Wiatr szeleści jak tasowane karty. Zbliża się
święto zmarłych, uruchomiono dodatkową
linię autobusową na cmentarz. Na szybie
przystanku wylana z wiadra farba, na obrazie
arkę budują Noe, jego synowie i żółw.

Jestem krwią, okiem, które szarpie nerwowa nitka.
Nic nie nasiąka treścią – droga jest drogą, jabłoń jabłonią.
Owad na podsufitce auta owadem. Zwierzęta chcą swego,
do nikogo nie należą. Wieczorami przy ogniu cudownie
smakuje ich słone, leniwe mięso. Niebo najeżone
gwiazdami. Kosmos nas nie przyjmie.
Kosmos jest pełny.

 

Madame la Mer

Zdania, które mi się nie przydadzą, by opisać
miłość i strach. To, że możesz mnie opuścić,
umrzeć lub ożyć gdzie indziej.

Zdania, które się poddają dniom, wodzie,
wysokim, wściekłym falom,
morzu wywróconemu na lewą stronę.

Zdania, które nie będą nazwami. Nad nami obłok.
W śmierci i rozkoszy. W opuszczeniu i rozłące.
Patrzę na niego uważnie jak przed zdjęciem w atelier
na wyciągniętą nad aparatem białą dłoń fotografa.

 

Memoiren

Piszę, czekam na siebie. Jestem nikłym, słodkim
powietrzem, kością obwieszoną mięśniami.
Piszę. To miejsce, gdzie mogę spokojnie pomodlić się,
poklęczeć. Zrzucam z siebie słowa, zapisuje ścieżkę
jak ślimak mech. Dla kogo, po co wspominam:

całą noc rozmawialiśmy w ciemnościach, kilka razy
włączałem światło, lecz komar znikał. Nad ranem próbowała
mnie czule pożegnać, jednak to nie był pocałunek, ale
przyłożenie do mojego policzka zaciśniętych ust.

 

Małe liczby

Z daleka świszczy pociąg, przez kulisty
chuch na jego szybie oglądałem gasnące
miasto, gdzie mieszkała ona. Z gorącym
grzejnikiem pod siedzeniem, który śnieg
na butach zmieniał w sól.

Z daleka woła pociąg. Co jakiś czas
wydzwaniają obcy ludzie – kończy mi się
umowa na telefon. Przypominają sobie o mnie,
przypominają mi, że jestem.

Z daleka pociąg, a tu, pod figurką,
już drugi dzień uparcie płonie znicz. Szron
pokrywa szybkę. Moja śmierć. Moja miłość
jeszcze nigdy nie była tak wielka.

 

Stworzenia świata

Smak drzewa w jabłku, orzechu. Ziemi
w burakach, marchwi. Powiew wiatru
w kamieniach baszty, do których się przytulam,
by nie spaść w dół między paprocie.

Odmieniam świat: krzyki nad rzeką,
przy fontannach. Śnię stromą górę słońca, czas,
gdzie będą dziać się cuda. Jezusa jako grube,
mało ruchliwe dziecko, którego nikt nie słucha,

potem łysiejącego mężczyznę z kilkoma próchniczymi
zębami. Wyciera chlebem miskę i odchodzi z czekającymi.
Po zboczu, przy skale. A zlekceważona matka
podnosi ręce, woła za nim i szlocha.

 

Zabicie czasu

Na szczęście nieraz zapominam, że jestem.
Na szczęście jest ktoś, kto nie wierzy w moje wiersze.
Pojedyncze, wielokrotne, wśród innych.
Pojedynczy, zwielokrotniony, sam, z innymi czy też
w nie wierzę? Rozrzedzam się, jednoczę nad ziemią,
w piasku ostrym jak szkło. Wieczorem czytam,
fale wiatru nużą. Domem jak łodzią, pokojem
jak kajutą oddalam się od brzegu, gdzie ludzie
żegnają się, kochają, kłócą i krzyczą.

 

Władza

Elektryczne światła przygasły, zaszliśmy daleko.
Pijany księżyc łypał między obłokami. Tam,
gdzie przebiegł pies, las był jak milczący tłum,
na chwilę poruszył się. Paliliśmy mokre gałęzie,
trzymając się za twarde, pełne brzuchy. Nauczyłem
psa kilku trików, z dumą pokazywałem je bliskim.
W nocy odłączyłem się od gromady, przeszedłem
przez zmarznięty staw, kucnąłem na śniegu.
Zamknąłem oczy i z całych sił pomyślałem,
że mogłoby mnie tu nie być.

 

Rozstanie

Jestem tutaj chwilę, leżę na karimacie
nad wodą jeziora mrugającą w gałęziach,
pod słońcem białym i obłym.

(Chciałem oddychać mądrze. Dostrzec żyłki
światła, za które pociągany jest świat.
Myślałem, że gdy kocham, przenoszę się,

a on ustaje, by mnie nie zdradzić. Widzę jednak,
jak mam nieprawdziwe ręce i oczy, kocham
miłością, która mnie pomniejsza i poniża).

Chłodno, wstaję z ziemi
jak ze swojego ciała. Zrywa się wiatr
i zielona topola staje się nagle biała.

 

Gama

Słońce dziurawi chmurę, wylewa się na łąkę.
Wiatr zrywa z powietrza ociężałe ptaki,
w błocie przy brzegu łódź nabiera matowej
wody, w której klaszcze przeszłość.

Nie zabija mnie miłość,
nie przeraża śmierć.
Bo sam nimi jestem.

 

 


fot. Krzysztof Dubiel

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.