W najnowszym numerze...

Hot spot

Sławomir Płatek

Felietony Sławomira Płatka

Praca organiczna to piękna praca. Nie wszyscy z nas pamiętają pozytywizm, kto by tam pamiętał, co przeżył 130 lat temu. Ale niektórzy pamiętają, jak klasa robotnicza musiała uczęszczać na spektakle lub na seanse kina moralnego niepokoju. Niektórzy może widzieli film Chudy i inni, gdzie pokazano właśnie taką orgię kultury robotniczej – teatr dla mas (bez idealizowania, ale też bez kpiny, po prostu realistycznie). Jeszcze inny obraz zjawiska można znaleźć np. w powieści L jak Lucy, gdzie niejaki Pryszczyk (lotnik, a przed wojną mechanik samochodowy w Warszawie) trafia do teatru na Jezioro łabędzie. Jego streszczenie „po warszawsku” stylizowane przez Meissnera do dzisiaj mnie doprowadza do śmiechu. Pryszczyk zrozumiał treść przedstawienia, ale po swojemu.

Całkiem niedawno polską opinią publiczną wstrząsnęła seria listów otwartych Marcina Świetlickiego, w których opędzał się od nominacji do nagrody Nike.

Koniec akapitu. Tak napisane zdanie – wyobraźmy sobie – trafia do redaktora dużej gazety, który wyrzuca je do śmieci i zleca artykuł innemu dziennikarzowi. Dlaczego? Bo polska opinia publiczna ma w nosie kopanie się poetów z krytykami. Już co innego życie erotyczne, ale tu też Dunin i Karpowicz nie mają szans z przygodami np. Justyny Steczkowskiej; walory wizualne z pewnością mają niemałe znaczenie.

 

Nie ma chyba sensu przytaczać (zwłaszcza w tak krótkim tekście publicystycznym) historii sporu o pojęcie „pokolenia literackiego”. Spierano się w pierwszym rzędzie o to, ile było tych pokoleń i czym się charakteryzowały, a dalej – o to, czy w ogóle można mówić o czymś takim. Skoro dowodzi się, że Rzym nigdy nie upadł lub że renesans był tylko „zepsutym średniowieczem”, spory o to, czy istniało „pokolenie Brulionu” karłowacieją. Żyjemy podobno w kraju poetów i pod tym względem byliśmy zwykle czymś więcej niż prowincją, chociaż obecnie i to zmieniło się na niekorzyść. Polska poezja przestała znaczyć tyle, ile znaczyła dotąd w świecie. Może więc z jednej strony szkoda czasu na akademickie spory o to, w jakim pokoleniu żyjemy obecnie i czy w ogóle w jakimś. Z drugiej – gdyby tak powstał silny i rozpoznawalny nurt – może zbudowałoby to nową świadomość, może by tak powrócić do snów o wielkości?

Nie ma już dzieł sztuki, są tylko sytuacje artystyczne. To treść nalepek, którymi wyklejono wnętrze toalety w Centrum Sztuki Współczesnej w Toruniu. Miejsce średnio kojarzy mi się z „sytuacją artystyczną”, pomimo że pierwsze skojarzenie – przyznają Państwo – to dadaizm. Fekalne doświadczenia pogrobowców dadaizmu (w rodzaju Totartu czy Pomarańczowej Alternatywy) nie weszły (bo nigdy nie wchodzą) do kanonu. Ich rola zawsze, tylko i wyłącznie, ogranicza się do iskry zapalającej nowe idee, te które są właściwymi „sytuacjami artystycznymi” lub „dziełami sztuki”.

Nagroda „Browar za debiut” pojawiła się w 2013 roku jako alternatywa dla oficjalnych nagród literackich. Jej zapleczem jest, jak twierdzą twórcy, brak zaufania do wyroków tych wielkich kapituł, a nagrodą – piwo. Pozornie jest to zabawa, ale ta zabawa dzieje się głównie wśród młodych ludzi z roczników 90. Niewykluczone, że to ich gusta i ich środowiska za paręnaście lat będą decydować o kształcie polskiej poezji i tutaj żarty się już kończą. Rozumie to chyba wielu biorących udział w owej „zabawie”, bo zabiegają o głosy i naturalnie nie ma w tym nic złego. Przeciwnie, wiadomo, że „zabawa jest źródłem kultury”, „zabawa uczy”, itd. Bawmy się, to podnosi aktywność.