W najnowszym numerze...

Łysy Pingwin 2012 / fot. Arek Łuszczyk

Smutny poeta zwierza się słuchaczom ze swoich najczarniejszych dołów. Oczywiście robi to przy pomocy wierszy. Widownia słucha spowiedzi, jej głównym zadaniem jest współczuć. Oczywiście tysiące ludzi rwą się do współczucia smutnym poetom, bo ludzie po prostu nie mają nic innego do roboty. Wychodzą z takich spotkań szczęśliwi, że pomogli kolejnemu poecie, który potrzebował opowiedzieć. Chyba tylko w taki sposób da się wytłumaczyć to niezwykłe zjawisko, że na spotkaniach z poetami pojawiają się tłumy ludzi, których nie odstrasza nawet wysoka cena biletu. Po te bilety ustawiają się kilometrowe kolejki, chętni biją się o lepsze miejsca, „koniki” handlują wejściówkami, zarabiając na tym fortunę.

Właśnie dlatego wymyślono slam. Chodziło o to, żeby zniechęcić ludzi do poezji. Zamiast fascynujących spotkań z poetami, których rzuciły dziewczyny i z poetkami, które rzucili chłopcy, chcącymi się pociąć i pokochać wampira – wprowadzono formułę, która jest całkowicie pozbawiona atrakcyjności. Źli ludzie postanowili odebrać poezji cały urok. Powiem jak, to wygląda naprawdę:

Pierwszy taki przerażająco nieatrakcyjny slam widziałem w Lublinie. Parę osób czytało wiersze, ale to były wiersze z ikrą, z zadziorem, z zębem. Chwilami nawet dowcipne. Był też gość, który rozsypał kawę na podłodze i coś w niej kreślił, nie powiedział ani słowa. Wszedł facet, który opowiadał, że Tuska trzeba zamknąć do więzienia. Potem jakiś rapowiec zrobił freestyle. Działo się barwnie i intensywnie, nie rozumiem, dlaczego nikt tego nie zabronił. Kto wygrał slam? Walijczyk, który przy każdym swoim wejściu na scenę łaził w kółko z wielkim, sękatym kijem, stukając nim w deski podłogi i wygłaszając jakieś tyrady (czy eposy...?) w języku nikomu nieznanym, może staro-gaelickim, czy coś. I wszyscy na niego głosowali.

Było to coś tak okropnego, że sam postanowiłem robić równie złe wydarzenia około-poetyckie. Na pierwszy slam przy festiwalu Fala Poprzeczna zaprosiłem ludzi, którzy coś skandowali, jeden przyszedł na szczudłach, pojawił się stand-up, improwizowane monodramy i, oczywiście, sporo poezji. Ale takiej, że czasem były brzydkie słowa i sporo świntuszenia. Nie udało się tylko ściągnąć nikogo od freestyle'u. No i pełen sukces. Było na tyle źle, że przy kolejnej edycji slamerzy sami pytali, czy mogą przyjechać. Mogli i znowu było okropnie, nikt nie był smutny. Paru smutnych poetów, obecnych na poprzedniej edycji, po prostu nie pojawiło się. Dokąd poszli, gdzie byli?

Chyba wiem. Wciąż zdarzają się slamy, które prowadzone są naprawdę z dobrymi intencjami. Na tych slamach prowadzący wygląda, jakby odwalał niemrawą lekcję WF, a uczestnicy czytają nasze ulubione smutne wiersze. Publiczność, zafascynowana, zbiorowo współczuje i głosuje jak szalona. Opuszczają miejsce slamu z poczuciem głębokiego duchowego spełnienia. Takich slamów jest niestety coraz mniej. Dominują te z energią, widowiskowe, emocjonujące. Co za czasy...

A zwykłe spotkania autorskie? Na szczęście wciąż są takie, gdzie poeta się zwierza, a publiczność wyrozumiale wysłuchuje. Jednak coraz więcej spotkań z poetami niebezpiecznie zmienia się w rodzaj widowiska poetyckiego z przedziwnym rodzajem energii, a po przeczytaniu tych wierszy, nawet smutnych – nikt nie oczekuje współczucia. Przeciwnie, poeta robi to, żeby ludzie wyszli bogatsi o coś i żeby mieli coś do przemyślenia. Czasem nawet jest dowcipnie!

Zwalczamy takie wynaturzenia.

Sławomir Płatek

 

Fala 2016 / fot. Arek Łuszczyk
Fala 2016 / fot. Arek Łuszczyk

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.