W najnowszym numerze...

Mieliśmy już jeden artykuł o filmie Paterson, ale poezja jest tak rzadko przedmiotem zainteresowań twórców kina, że warto jeszcze kilka zdań dopisać. Zwłaszcza, że w nieco innym tonie, jak sądzę.

Po pierwsze nie chciało mi się żyć życiem tej pary bohaterów. Oboje są nudni jak flaki z olejem. Mają zainteresowania, ale ani śladu pasji i ani śladu namiętności. Ich dialogi brzmią jak dialogi z bardzo złych filmów. Sprawiają wrażenie osób, które nie mają sobie nic do powiedzenia. Wiodą nudne i monotonne życie, z dniami podobnymi do siebie jak (i tu pada oklepane porównanie, uważane za poetyckie). Oboje są... artystami. Tak, artystami.

Pierwsze pytanie, jakie zdaje się stawiać Jarmusch to kwestia „etosu” poety tradycyjnie wiecznie nieszczęśliwego lub wiecznie wniebowziętego, lub wiecznie pijanego, itd. Paterson pisze wiersze, ale czy jest poetą? Chyba jest, gdyż na końcu, z wahaniem odpowiadając, że nie jest, robi tak tylko dlatego, że pies zniszczył jego jedyny notes z wierszami. To zaprzeczenie tradycyjnemu wizerunkowi wierszoklety jest jednym z fundamentów obrazu, zresztą i tak nie do końca. Okazuje się bowiem, że poeta, który nie wydał książki nie jest jednak poetą, jest co najwyżej kierowcą autobusu (choć to „bardzo poetyckie”, a i sam zawód pożyteczny), kierowcą, który nie umie nawet naprawić swojego pojazdu. Weźmy choćby moment, kiedy Paterson po zniszczeniu notesu patrzy na półki, a na nich stoją książki tych, którzy je wydali zamiast trzymać w ukryciu. Jest też nieudacznikiem, a kiedy pewnego razu próbuje zdobyć się na bohaterstwo, jest to bohaterstwo jak u Munka – niepotrzebne i groteskowe w swej istocie, bo zagrożenie także jest pozorne i groteskowe.

Co więcej, poeta nie ma żadnych problemów (pomijając utratę wierszy...). Wszyscy ludzie dookoła niego – mają, i to jak najbardziej realne. Życiowe, ludzkie, mniej lub bardziej dokuczliwe, czasem tragiczne. Paterson ma denerwującą skłonność do kpienia z tych cudzych problemów. O czym więc pisze filmowy poeta? O zapałkach. I o tym, że mu dobrze, bo nie jest mu źle. Ma w domu, jak sam pisze, „mnóstwo zapałek”, ale nikt tam nie pali papierosów.

Czy Jarmusch przemyca pogląd, że poeta jednak musi cierpieć za miliony? Kto go tam wie. Jednak w jednym z wywiadów reżyser przyznał się do swoich ulubionych poetów. Dante był pierwszym z nich – człowiek dotknięty ciężkimi skazami na biografii i nieszczęśliwą miłością, skazany na śmierć, wypędzony, zmagający się z niedoskonałością raczkującego języka włoskiego. Nawiasem mówiąc zestawianie Dantego z hip-hopem z powodu „języka ulicy” jest bzdurne, ówczesny volgari toskański i co, co z nim robili poeci dole stil novo ma się nijak do hip-hopu. Ale idąc jednak dalej i nie brnąc w dygresje – kolejni idole Jarmuscha (Rimbaud, Stevens, O'Hara) także nie przypominali Patersona ani w życiorysie, ani w stylu, ani wreszcie w jakości wierszy. Bo i to trzeba powiedzieć, że utwory z filmu Paterson są po prostu słabe. Najgorszym z nich (absolutnie fatalnym) jest ostatni napisany przed zniszczeniem notesu. Natomiast pierwszy (i jedyny) napisany w nowym notesie jest lepszy niż wszystkie wcześniejsze razem wzięte. Może więc pies, trochę stetryczały, trochę wredny, a trochę przyczajony – nie jest taki głupi. On rozumie co się dzieje i jest to sugerowane przez cały film. Może ten pies wie, że nie tu jest istota rzeczy i mówi do swego pana: „wywal tę grafomanię, weź się za siebie i zacznij pisać coś porządnego. Nie umiesz? To ja to zrobię za ciebie. Zacznę od zrobienia porządku z notesem, w którym zapisujesz to g***o”.

No i ostatecznie to pies zaciąga go w miejsce, gdzie w przyszłości spotka Japończyka, który trochę mu poukłada w głowie.

Może więc nie jest to ciepła opowieść o miłym poecie i jego dziewczynie. Może Jarmusch o poezji ma więcej do powiedzenia niż się wydaje.

Interesująca jest też obsesja bliźniąt prześladujących głównego bohatera (naliczyłem w czasie projekcji pięć wzmianek, a może jest ich więcej). O co może chodzić? Nie wiem, jest w tym być może coś gnostyckiego, do czego niekoniecznie chcę próbować dotrzeć. Symptomatyczne jest natomiast, że dziewczyna artysty nic nie robi, siedzi w domu, przymierza kiecki, czasem gotuje obiad, czasem zamawia pizzę, maluje zasłonki i sukienki w paski. Jednak pewnego dnia zaczyna żyć pełniej. Uczy się gry na gitarze (pilnie), planuje występy, piecze babeczki na festyn, zostaje gwiazdą tego festynu i zarabia własne pieniądze. Co w tym momencie dzieje się z Patersonem? Traci dorobek swojego życia, staje się – jak sam mówi – nikim. Symboliczne?

Tak, podobnie jak wpuszczenie psa, który siedział za karę w garażu. Wpuszcza go do domu sam poszkodowany. Poeto, jeśli czasem ci nie idzie, posłuchaj dobrej rady kogoś mądrzejszego. Może to być nawet twój brzydki pies.

Sławomir Płatek

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.