W najnowszym numerze...

Hot spot

Sławomir Płatek

Felietony Sławomira Płatka

O idei konkursów poetyckich pisano wiele i ja też nie raz. Mam jednak wrażenie, że „rzeczywistość artystyczna” to kilka równoległych światów, bardzo do siebie podobnych. Do tej rzeczywistości artystycznej zaliczam także wino, a o winie pisuję regularnie dla „Arterii”. Staram się te artykuły prowadzić dwutorowo – kultura wina i kultura literacka są tam splecione, czasem też inne kultury. I nieuchronnie pojawiają się analogie. Myślę, że jedna z tych analogii może ciekawie zabrzmieć w zestawieniu z nagrodami i konkursami literackimi. Bo wino także bierze udział w konkursach.

Od paru dni „Trampek” rządzi światem. Co ciekawe, zdaje się, że krytyka pod jego adresem jest wspólna dla wszystkich polskich opcji politycznych. Podobno jego wygrana oznacza wszystko, co najgorsze dla Polski. I dla świata. Dziwne, mnie to aż tak nie przeraża, ale zastanowiłem się co to wszystko oznacza dla polskiej poezji?

No to okazało się, że nadal mamy poetów przeklętych. Tak twierdzi śmiały publicysta Rzeczpospolitej[1]. Przynajmniej jednego – to Wojciech Wencel, wielbiciel książek o polskich cmentarzach, przykładny mąż, regularnie chodzący do kościoła, nieźle zarabiający na poezji (wysokie nakłady tomików, nagrody m.in. Mackiewicza i Kościelskich), „outsider” ściśle powiązany z rządzącą obecnie partią i z potęgą Kościoła. Czyli w skrócie komercyjny poeta mainstreamowy. To gdzie właściwie jest to maudit?

Jakiś czas temu ruszyła dyskusja o nowych pokoleniach literackich. Co istotne, sprawa nie zaczęła się „oddolnie”, czyli na podstawie zaobserwowanych zjawisk, a „odgórnie”, czyli postawiono tezę i szukano dla niej argumentów. W dalszej części spróbuję odwrócić tę kolejność.

Czwartek

Lublin, dworzec PKP. Czystość, porządek. Chłodne powietrze. Przed drzwiami wyjściowymi człowiek w barwach narodowych – całkowicie białe włosy i całkowicie czerwona twarz. Mój rodak.