W najnowszym numerze...

Marcin Zegadło - Zawsze ziemia

Na pierwszy ogień po wakacjach idzie Marcin Zegadło i jego Zawsze ziemia – książka, która cytatem stoi. W tych wierszach mówi do siebie wszystko i wszyscy: ludzie, zwierzęta, inne niesprecyzowane podmioty. Tu znaczą słowa już wypowiedziane, który wywróciły świat do góry nogami; słowa, które dopiero zostaną wypowiedziane, ale wiadomo, że zmienią rzeczywistość; słowa potencjalne, ledwie na końcu języka, wkładane do innych jam ustnych i gardeł. W tej książce generalnie mówi się, teksty funduje cudzysłów-znak i cudzysłów-mowa innych. Wśród tych cudzych słów znajdują się takie, którym poeta przysłuchuje się ze szczególną uwagą. Należą do nich m.in. słowa lekarza czy najbliższych, ale do głosu dopuszczeni zostają też księża, mieszkańcy wsi czy Bóg. Co zatem usłyszał Zegadło?

 

„Należy powtórzyć badania, / bez tego nie będziemy wiedzieć na pewno.” (Poczekalnie)

Niekonkretne wypowiedzi lekarza stanowią swoisty refren, zwłaszcza w pierwszej części książki. Mówi on między innymi: „Ja pierdolę, ale pana zgięło, ale / to nic, nie takich stawialiśmy na nogi” czy „Istnieje szansa, że uda nam się panu pomóc. / Pana serce przypomina duszne pomieszczenie, / w którym właśnie otworzono na oścież drzwi i okna”. Niepewność co do stanu ciała prowadzi również do namysłu nad własną kruchością, przemijalnością. Siłą rzeczy na scenę wkracza kosmita Jezusek z Matką Boską, a wiersze – chociaż „zawsze ziemia” – przechodzą w nieco wyższe rejestry, nadal jednak sięgając po ironię, dystans i czułość. „Zawsze ziemia” to przede wszystkim przyjęta na stałe perspektywa tych wierszy, które wychodzą od ludzi, konkretu, widzialnego, w których mowa jest sposobem oswajania rzeczywistości. Podmiot podejmuje nieustanne próby i wysiłki, by wypowiedzieć stany i emocje, których doświadcza. Wysiłki niekoniecznie zwieńczone sukcesem: zamiast własnej mowy jest mowa obca, jeszcze bardziej komplikująca i tak niełatwe zadanie. „Nie mów jej, gdzie byłeś, skąd wracasz. (…) / Ponieważ mamy co do ciebie / pewne plany, więc raczej nie próbuj wyjść z tego cało”. Wszelkie oswajanie rzeczywistości odbywa się tu za pośrednictwem słów, więc podmiot jest na przegranej pozycji: oszukany przez ciało, stłamszony cudzą mową, postawiony w sytuacji, z którą nie wie, jak sobie poradzić. Poszukiwanym przez Jezusa rymem do słowa „śmierć” okazuje się jednak – niespodziewanie – życie.

 

„Czy to jest / koniec, czy naprawdę musimy już iść spać? (…) / Odwołujemy takie zakończenie.” (Układ krążenia)

„Życie, życie”. „Czas, miłość, dom, brak, / obfitość”. Podmiot, postawiony pod ścianą, znajduje w sobie siłę na bunt. To walka z pełną świadomością tego, o co się walczy i co jest do stracenia. Poszerza się krąg osób, których słowa okazują się istotne. To już nie lekarz, ale inni ludzie, którzy doświadczyli śmierci w taki czy inny sposób. To słowa i rozmowy najbliższych – ojca, syna. To słowa, które nagle się przypominają i zupełnie zmieniają perspektywę, dzięki którym bohater wie, że możliwe były inne zakończenia, nieprowadzące do tego punktu. „(…) kiedy masz dziesięć lat i nie wiesz, że / wydarzą się takie rzeczy, że kierowca autobusu, / który wtedy mógł nie zahamować, zahamuje i powie: <<Jak chodzisz, kutasie! Zejdź mi z drogi!>> I wszystko będzie / możliwe. Tak jak jest.” Nie może być mowy o nadmiernym, nieprzystającym do rzeczywistości, optymizmie, a jedynie o uwzględnieniu wszelkich możliwych aspektów, spojrzeniu na świat i wydarzenia, w których uczestniczymy, z różnych stron. Skutkuje to dostrzeżeniem dobrych doświadczeń, przy równoczesnej świadomości, że przemijalność tych doświadczeń i podmiotów, które doświadczają, jest nieuchronna. Chodzi o ogień, o mocny finał. Chodzi o to, żeby nie być biernym, żeby znaleźć słowa w sobie. „Słyszysz?! Wypowiadam.” Więc już nie tylko cudze słowa, ale też własne, które w końcu przechodzą prze gardło, mówione w chórze innych głosów, a wkrótce wypowiadane też samodzielnie.

 

„Czy to prawda, / że nam się właśnie przytrafia dobre życie albo przynajmniej / całkiem smaczny koniec, których podchodzi nas jak kot, / trochę się do nas łasi, a za chwilę każe się szukać w ciemności?” (Wysokie niebo)

Kaleta, stara Cieślakowa, stare kobiety. To postacie przewijające się przez trzecią część książki. To bohaterowie, którzy ze śmiercią mają coraz więcej wspólnego, coraz więcej o niej wiedzą. „Żywe nie chce umierać” – konstatuje Cieślakowa. Chciałoby się dodać: „nie chcem, ale muszem”, bo rzeczywiście ta konieczność staje się coraz oczywistsza i wyrazistsza. Życie okazuje się dalekie od Pisma czy Bajki. Uświadomienie sobie tego z całkowitą jasnością prowadzi do rozpaczy, złości, rezygnacji, ale też do afirmacji i zrozumienia, przy czym żadnemu z tych uczuć podmiot nie daje się ponieść dłużej niż na chwilę. Oswajane dzięki słowom, wszelkie doświadczenia okazują się znośne; nie łatwe, ale właśnie znośne. Dochodzi się do takiego punktu, w którym kłócenie się ze światem nie przynosi żadnych rezultatów. Nie sposób też pojąć mechanizmów, jakie rządzą nami i rzeczywistością, więc od słuchania i mówienia przechodzimy do patrzenia („przyglądasz się drzewom, w których koronach / światło urządza taki kosmos, że / wstyd tam nie być”) oraz ciszy, może nawet oniemienia („Przez resztę wieczoru przestawiamy przedmioty, nie mówimy.”). Zamiast odpowiedzi mamy same pytania, a rzeczy po prostu nam się przytrafiają. Jeśli nawet jest w tym logika, to nie umiemy jej pojąć.

 

Zawsze ziemia, tylko ziemia?

Radosław Kobierski pisze w blurbie: „Jest w tej liryce (…) ważny zarówno żywioł prywatny, jak i historyczny. Jest w niej miejsce równocześnie na autoironię i powagę oraz ciemność i afirmację ojcostwa.” I rzeczywiście – Zawsze ziemia to tom bardzo pojemny, oprócz śmierci zawierający życie, skupiony na jednostce, ale dostrzegający społeczeństwo, skoncentrowany na pojedynczym dramacie, lecz uniwersalizujący doświadczenia, jakie są naszym udziałem. To książka bogatsza w wątki, niż mogłoby wynikać z tej recenzji. I choć autor mocno deklaruje, że „zawsze ziemia”, to są to też wiersze o niebie. Może ono po prostu wyglądać inaczej, niż byśmy się spodziewali.

„Narwij nam, dziadku, ogórków z ogródka!” – mówią
dziewczynki. Słońce w ich włosach jak miód
albo złoto. Sok kapie im po brodach. Dziadek
kroi ogórki w cienkie listki. „Najlepiej smakują
z solą, dziadku!” – mówią dziewczynki.
W związku z tym powtórzmy tę scenę raz jeszcze.”

Anna Mochalska

 

Autor: Marcin Zegadło
Tytuł: Zawsze ziemia
Wydawca: Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi, Dom Literatury w Łodzi, Biblioteka ARTERII, Łódź 2018
ISBN: 978-83-62733-77-4

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2018 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.