W najnowszym numerze...

Hanna Janczak - Jeszcze ciszej

Mając w dłoniach książkę poetycką Hanny Janczak odnoszę wrażenie, jakby okładka wstydziła się własnej zawartości. Ani zbyt wiele nie obiecuje, ani nie sugeruje czytelnikowi, co kryje się w jej środku. Tymczasem druga książka poetki mieszkającej we Wrocławiu jest solidnym walcem językowym. Janczak igra z czytelnikiem, gra mu na nosie, przewraca szklankę wody na stoliku, a nawet wsadza palce w imadło; żeby za chwilę usadowić go na krześle i poczęstować porcją sensorycznych opisów przyrody. Przyrody jako sacrum oraz rzeczywistości zastałej jako profanum.

Motywem przewodnim książki jest postępująca technologizacja społeczeństwa oraz jej oddziaływanie na środowisko i na jednostkę, która stale poszukuje swojego miejsca w otaczającym ją świecie. Kanapa to syf, chory kot zwinięty na bejsbolówce, u krów bez zmian/Jedno dziecko wspięło się godzinę temu na huśtawkę i tkwi tam jak grzyb – zakapturzone. (…) Nie wiem, jak powiedzieć, że nie zostawię tej wielopoziomowej struktury/w której nie tylko szyszka na stole ma ślicznie postrzępione łuski/nie tylko dzieci drążą chodniki larwalne, zawzięcie szukając miejsca na przepoczwarzenie się.[1]

Proces uprzemysłowienia i przejmowania sfery społecznej, ekonomicznej, ekologicznej oraz prywatnej – mechanizmy błyskawicznie rozwijającego się kapitalizmu – spotyka się z oporem, buntem autorki, która nie godzi się z postępującą degradacją społeczną i środowiska naturalnego. Jednocześnie próbuje odnaleźć się w otaczającym ją chaosie, wyciszyć od nadmiaru zgiełku, spowodowanego przesytem informacji bijących zewsząd. Znaleźć swój kąt w przyrodzie i zatopić się w niej, mimo świadomości sytuacji, w której została zmuszona być i żyć na podobnych prawach, co reszta społeczeństwa.

(…) uchodźcy wypadają z łodzi jak bile z za ciasnego stołu, jakiś palant wycina drzewa/ale przecież nikt nie puka do drzwi/żadna żydowska kobieta, patrząc w oczy, nie pyta, czy nie przechowam dziecka, /a ja czule kładąc dłoń na głowę mojego syna, nie muszę odpowiadać.[2] Relacja autorki z synem jest tu dosyć interesująca, bliska więź stanowi lekarstwo na relacje społeczne. Są świadkami różnych zdarzeń, mogą się przypatrywać zjawiskom zachodzącym w społeczeństwie tj. alienacja, ksenofobia, podpadanie pod polityczne trendy, natomiast nie muszą brać w tym udziału. Autorka w tym samym czasie poszukuje odpowiedniego rodzaju relacji w świecie, a dziecko jest partnerem, przysłowiowym oknem na świat – umożliwia doświadczanie przeżyć związanych z otaczającą ją rzeczywistością.

(…) pies ujada, w górze tli się oko jak w koszu na śmieci/do którego wrzuciłam rozżarzoną zapałkę, aż dziecko wpadło w zachwyt/każda matka chociaż raz spaliła chatę. Wiem, moja ty formacjo skalna, czerwień jako trzecia trafia do języka/zaś język to jędrna truskawka.[3] Szczególna wrażliwość Janczak nie pozwala przejść obojętnie nad opisami przyrody, ujęte w taki sposób, iż czytelnik odczuwa dosłownie każde źdźbło trawy, promyk słońca czy kroplę deszczu na własnej skórze. Autorka dokonuje swoistej penetracji  pierwotnych odczuć, zmysłów i jednocześnie przypomina, iż wrażenia są ulotne. W każdej chwili mogą zniknąć z oczu, przepłynąć przez ręce i nie pozostawić po sobie śladu. Tak też czyni Janczak – wbija szpilkę pod paznokieć, wyciąga i twierdzi „zdawało ci się, to iluzja”. Niemniej nie traci równocześnie na autentyczności, jej słowa to nie poza, maska mima. Każdy mógłby się utożsamić z jej postawą przedstawioną w drugiej książce. Postawą człowieka, który jest notorycznie szczuty przez betonowe bloki, fałszywe obietnice lepszego jutra i odwieczny wyścig szczurów – ludzi wyzutych z człowieczeństwa.

W swojej książce dokonuje również weryfikacji otoczenia, wypłowiałego ze spontanicznych reakcji, uczuć; spłaszczonego do wymiaru kalki architektonicznej. Żadne świątynie wznoszone na planie prostokąta z kolumnami/zwyczajne mikrozetknięcia z elementami światła.[4] Naturalistyczne podejście do rzeczy przyziemnych nie prowadzi w przypadku autorki do zubożenia warsztatu literackiego, wręcz przeciwnie – w drugiej książce jest pełno gier słownych, mocnych tąpnięć. Wulgaryzm użyty w tomiku „Jeszcze ciszej” nie stanowi przecinka, spełnia funkcję użytkową.
Narracja podjęta w wierszach jest wielopoziomowa, zaś kontekst nigdy nie jest jednoznaczny. Tym samym wiersze Janczak można z różnych stron „ugryźć” i wielorako interpretować, choć to ona jako ostatnia pociąga za sznurek.

Podsumowując: jest to pozycja warta przeczytania. Rozwój warsztatowy Janczak jest dość intrygujący. Kiedy w tomiku Zimna książka Marty Podgórnik można zaobserwować tendencję do agresywnego obnażania się autorki przed czytelnikiem, tak w Jeszcze ciszej Hanny Janczak można zauważyć coś kompletnie odwrotnego – autorka stawia się w roli obserwatorki, która nie zgadza się na zaistniały stan rzeczy i dzieli się własnymi obserwacjami z czytelnikiem. Jej słowa są przemyślane i autentyczne, a sam proces twórczy konsekwentnie realizowany, do stawienia kropki nad i. Poetycki szlif nie uciekał z rąk Hanny Janczak, z drugiej książki nie wychodzi chorobliwa emocjonalność czy pozoranctwo, gra słowna obnaża mankamenty rzeczywistości zastałej, obecnej.

Kontastuje w swoich wierszach, rozmawia z odbiorcą (czasem gorzko), ale nie ujmuje mu w jakiś sposób godności. W debiutanckim tomiku Lekki chłód autorka poszukiwała własnej drogi, była w opozycji do świata zewnętrznego, jednakże ten świat ją przytłaczał, co można było to odczuć w wierszach z pierwszej książki. (…) drzewa, które się oplatają korzeniami w ciemności potrafią cicho krzyczeć na ptaki/strojenie ciszy w trawie.[5] Chaos, zbyt duża kondensacja fraz, natłok wątków czyniły wrażenie otwartych drzwi – autorka czuła potrzebę uwiecznienia przeżyć, rozważań, chęci polemiki ze światem, jednak zostawiała sprawy niedomknięte lub komplikowały się na tyle, iż zabieg „zamknięcia drzwi” został uniemożliwiony. Druga książka jest pod tym kątem bardziej przejrzysta i czytelna, autorka wykłada karty na stół, nie boi się powiedzieć co ją niepokoi lub denerwuje, wchodzi również w dialog z odbiorcą, co uważam to za bardzo istotne. Zaskakujące puenty, treściwe frazy, poruszenie istotnych tematów powodują to, że czytelnik z chęcią wróci do tych wierszy, by ponownie wejść w dyskurs z autorką.

I cóż mogę powiedzieć, że dzień był naprawdę zwyczajny, a półmrok/stapiał się powoli, trzymając nas, jak wosk, ale w żelaznym uścisku.[6] I tak tym zakończę.

Natalia Dziuba

Autor: Hanna Janczak
Tytuł: Jeszcze ciszej
Wydawca: Wydawnictwo WBPiCAK w Poznaniu
Seria wydawnicza: Biblioteka Poezji Współczesnej, tom 155
ISBN: 978-83-65772-30-5



[1] Fragment pochodzi z wiersza „Deszcz pada od rana, więc nie wybieramy się taczką po drewno”, str. 13.

[2] Fragment pochodzi z wiersza „Kilkadziesiąt lat później”, str. 28.

[3] Fragment pochodzi z wiersza „Szłam po autentycznym lodzie”, str. 5.

[4] Fragment pochodzi z wiersza „Wielkie odkrycia przyciągają ludzi”, str. 33.

[5] Fragment pochodzi z wiersza „Tutaj na tym”, str. 11.

[6] Fragment pochodzi z wiersza „Patrz, jakie zimne liście”, str. 20.

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2018 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.