W najnowszym numerze...

Teresa Radziewicz i Paweł Łęczuk w Patefonie

Paweł Łęczuk: Właśnie ukazała się Twoja druga książka. Wczoraj z tej okazji miałaś spotkanie autorskie w Łodzi. Powiedz jak było?

Teresa Radziewicz: Nigdy za bardzo nie pamiętam swoich spotkań, nie pamiętam co mówiłam, wiem tylko, że czytałam (śmiech). Spotkanie bardzo miłe, zwłaszcza, że przyjechałam, zobaczyłam książkę, której druk skończył się kilka dni wcześniej – bardzo estetycznie wydana. Cóż więcej mogę powiedzieć o wieczorze poetyckim własnym (śmiech)?

: Czy widzisz jakieś różnice w pracy nad książką pierwszą i drugą? Na czym one polegają?

TR: Jeżeli chodzi o pierwszą książkę, to przede wszystkim musiałam wybrać teksty. A nie było tak, że najpierw napisałam pierwszą książkę, potem drugą. Nie. Teksty, które są w „Soni” i teksty, które są w „Lewej stronie” powstawały mniej więcej w jednakowym czasie. Tyle że mówiły o czymś innym. Teksty na twardym dysku podzieliłam sobie na pierwszą książkę, drugą, a z pozostałymi nie wiedziałam co zrobić (śmiech). W przypadku pierwszej książki praca trwała krócej, teksty były dość szybko zaakceptowane przez moją redaktorkę ze Stowarzyszenia im. K.K. Baczyńskiego. Natomiast w przypadku tomu „Sonia zmienia imię” praca redakcyjna z Piotrem Groblińskim trwała trochę dłużej. Mailowo dyskutowaliśmy, czasem zgadzaliśmy się, czasem nie, wreszcie dochodziliśmy do konsensusu. To trwało trochę w czasie, ale nie było trudne. Dodatkowym pomysłem wydawniczym było zilustrowanie książki obrazami łódzkiej malarki – Magdaleny Moskwy. Piotr zaproponował mi takie rozwiązanie i ja się zgodziłam. Na ile one pasują do moich wierszy, to czytelnik już oceni.

: Pierwsza Twoja książka otrzymała prestiżową Literacką Nagrodę Prezydenta Miasta Białegostoku im. Wiesława Kazaneckiego dla twórcy związanego z Podlasiem. Jak to przyjęłaś i jak Ciebie przyjęto w Białymstoku?

TR: Zawsze byłam daleko od wszelkich środowisk literackich w Białymstoku. Dopiero po wydaniu książki jeden z krytyków literackich dowiedział się o mnie, zorganizował spotkanie w Książnicy Podlaskiej i zgłosił książkę do nagrody. Później książka znalazła się w piątce pozycji nominowanych, dla mnie to była rewelacyjna przygoda. Rozstrzygnięcie odbyło się dopiero po prezentacjach na uroczystej gali. Oczywiście byłam bardzo zaskoczona, do tego stopnia, że powiedziałam, iż z wrażenia „zapomniałam języka w gębie” – do tej pory się śmieję, że zawsze muszę coś głupiego powiedzieć w takiej chwili (śmiech). Było to zaskoczenie również dla środowiska w Białymstoku, że nagle znalazł się ktoś taki jak ja, kto w zasadzie jest tam od zawsze, choć trochę z boku, na końcu świata. No i cóż, to wszystko było dla mnie ważne, pojawiały się zaproszenia na spotkania itd…

: Właśnie, bo Ty tak sobie żyjesz spokojnie z dala od wszystkich i wszystkiego, jeździsz po konkursach, jesteś nagradzana i bardzo lubiana…

TR: Czasem nagradzana (śmiech). Lubiana… Powinnam się zastanowić, czy mnie zapraszają ze względu na wiersze, czy dlatego, że jestem lubiana (śmiech)?

: Zauważyłem w trakcie czytania „Soni”, że niektóre teksty mają na końcu fragment kursywą, taki jakby refren: urodziłaś się, urodziliśmy cię itd… Z czego wynika ten zabieg?

TR: Dobrze, że zauważyłeś. To znaczy, że mój pomysł działa. Te teksty zostały napisane później, a właściwie - dopisane. Są trochę głosem z przeszłości, powrotem do korzeni Soni, a jednocześnie stanowią coś w rodzaju łącznika pomiędzy pierwszą książką, a trzecią, która ukaże się jako nagroda w konkursie im. K. Ratonia w Olkuszu.

: Przed prezentacją wierszy wspomniałaś o cytacie (z komentarza na portalu literackim), który posłużył jako motto do Twojej książki. Powiedz może, jak oceniasz cały ten proces publikowania w portalach literackich? Warto, czy nie warto?

TR: Chyba warto. To znaczy, wtedy, gdy ja publikowałam, było warto (śmiech). To, że zaczęłam gdziekolwiek publikować, to faktycznie zasługa pierwszych portali literackich. Za namową przyjaciół zarejestrowałam się w jednym z nich i zostałam na dość długo. Wtedy to się dopiero zaczynało. Dla mnie samej było nowością, że ludzie czytają, komentują, dyskutują. Teraz blog spełnia dla mnie funkcję portalu. Wszystko zależy od podejścia do publikowania. Jeżeli chcemy się czegoś dowiedzieć, a nie tylko czekać na pochwały, na pewno warto.

: A może masz jakieś ulubione miejsca, środowiska literackie w Polsce?

TR: Takie miejsca zawsze wiążą się z ludźmi, których się początkowo zna wirtualnie, a później nawiązuje przyjaźnie. Przede wszystkim Poznań, gdzie miało miejsce moje pierwsze spotkanie autorskie. Na pewno Łódź – wiadomo – tam się ukazały obie moje książki, także z uwagi na konkurs Bierezina i ciekawych ludzi, którzy w Łodzi tworzą. Niedawno byłam w Gołuchowie koło Kalisza, wcześniej w Radomiu – bardzo fajni ludzie i bardzo fajne spotkania. Ale najważniejsze dla mnie miejsca to Poznań i Łódź – zawsze się śmieję, że Łódź mnie bardzo lubi i dopowiadam:  z wzajemnością (śmiech).

 

* fragment wiersza T. Radziewicz: „wiersz który nie może mieć tytułu” („Sonia zmienia imię”; Wydawnictwo Kwadratura; Łódź 2011)

 

Paweł Łęczuk rozmawia z Teresą Radziewicz, Klubogaleria Patefon, Warszawa 26 lutego 2011

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.