W najnowszym numerze...

Agnieszka Tomczyszyn-Harasymowicz

Sławomir Płatek: Czy spotkałaś się już z takim sposobem pisania jak w twoim tomiku „gównazjum”, czy widziałaś podobne tomiki?

Agnieszka Tomczyszyn-Harasymowicz: Ale co masz na myśli, sposób pisania czy formę książki?

S.P.: Ideę książki.

A.T-H.: Nie.

S.P.: Skąd w takim razie ten pomysł?

A.T-H.: Pomysł się wziął stąd, że na moich lekcjach dokumentujemy działania twórcze. Oczywiście nie na wszystkich, tylko na wybranych, kiedy omawiamy lektury. Wiele razy zastanawiałam się nad tym, co zrobić, żeby młodzież czytała. Wiadomo, młodzi ludzie chętniej sięgają po bryki czy filmy do lektur. Długo mnie ten problem pochłaniał, aż w końcu wymyśliłam, że przecież jest prosty sposób.

Zadać uczniom jakąś inscenizację z fragmentu książki. Chodzi o to, żeby wzięli pierwowzór do ręki. I faktycznie to zdało egzamin i ja jestem po prostu ze swoich uczniów bardzo dumna, ponieważ przy każdej lekturze, którą oni bardziej czują sami proponują takie inscenizacje. Przygotowują kilkuminutowe scenki samodzielnie, do tego jest często scenografia, są stroje. Jest to taki trochę pseudo-teatr, ale oni się tym świetnie bawią. A ja oglądam i jestem pod wrażeniem, co młodzież potrafi zrobić. I z takich lekcji robimy fotografie, dokumentujemy. Zawsze jest ktoś w klasie, kto zajmuje się archiwizacją, a później, jak młodzież wychodzi ze szkoły dostaje taką płytę na pamiątkę.

S.P.: Kiedy przyglądasz tym swoim uczniom, to jakie jest twoje wrażenie? Co oni rozumieją z tego co czytają?

A.T-H.: Jest bardzo różnie. To zależy od dojrzałości, no od wielu czynników. Są różnorodne wektory. Ale zadziwia mnie to, że potrafią np. zaprezentować lektury we współczesnej wersji, przełożyć je niejako na swoich warunkach. Dla nich nie jest niczym dziwnym pokazanie np. Antygony we współczesnych realiach. I to jest inspirujące. Nawiązując jeszcze do wcześniejszego pytania, skąd wziął się pomysł warto dodać, że mieliśmy już bardzo wiele zdjęć, kiedy pomyślałam któregoś dnia, że przecież mam też wiele wierszy, które nawiązują do mojej pracy z młodzieżą. Poza tym swoiste apogeum nastąpiło wtedy, kiedy mój syn zaczął chodzić do gimnazjum, kiedy zdałam sobie sprawę, że te problemy, które widziałam u innych dzieci, zaczynają się u mojego własnego. Zobaczyłam swoją bezsilność jako matki, ale też potrzebę pozwolenia dorastania młodemu we własnym języku. Tak zrodziła się idea, zaczęłam pisać na ten temat z płaszczyzny nauczycielki, ale i matki. W szkole prowadzę kółko literackie, w pewnym momencie padło pytanie, czy pani coś pisze o nas? Oczywiście, że piszę. Oni byli tacy bardzo zafrapowani. Powiedziałam, że czasami tak. I wtedy padło pytanie, czy pani nam przyniesie te wiersze? Pomyślałam, że nie mogę ich ukrywać, to byłoby bezsensem. Oni te wiersze zobaczyli i zaproponowali ku mojemu zdziwieniu – proszę pani przecież mamy tyle zdjęć, można by było to razem połączyć, zrobić z tego projekt i w którymś momencie tak się stało, że zaczęłam układać książkę w ten sposób. Jeszcze nie wiedziałam czy coś z tego wyjdzie, jak to będzie wyglądało, ale taki był początek tej drogi.

S.P.: Mówiłaś kiedyś, że nie stawiasz jedynek na koniec roku.

A.T-H.: Tak. Staram się tego nie robić. Czasami jest to konieczne, ale tylko w sytuacjach pełnej ignorancji, a takich sytuacji ja raczej nie mam. Uważam za nieporadność pedagoga, kiedy nie może on postawić oceny pozytywnej, kiedy nie jest w stanie ucznia zwerbować, nie potrafi uczniowi zaproponować takiej lekcji, żeby on z tej lekcji nie uciekł. Ja przy tym twardo stoję. Nawet, kiedy trafia się klasa tzw. trudna, a zdarzyła się - chłopcy uciekali z lekcji, ale potrafili przyjść na polski, na siódmej lekcji – jak miałam im postawić jedynki, nawet jeśli nic nie umieli. Przede wszystkim staram się z młodymi ludźmi rozmawiać. Bardzo dużo się od nich uczę, to jest jakby obopólne, coś na kształt symbiozy. Teraz mam dziecko w liceum, wcześniej miałam w gimnazjum, więc czasami wykorzystywałam informacje, które przynosili mi uczniowie dla własnych celów, najzwyczajniej w świecie, pomagali mi nieświadomie wychowywać syna. Wiedziałam, jakie mają problemy, co ich nurtuje, co ich gnębi, czego chcieliby uniknąć.

S.P.: Czy kojarzysz, przypominasz sobie jakieś tomiki napisane przez polonistów? Tomiki, albo wiersze pisane przez nauczycieli?

A.T-H.: Kilku takich znajomych mam, ale czy zwracam uwagę na ich zawód? Chyba nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Wiersze, które czytam mają mieć dla mnie wartość i tyle.

S.P.: Nie masz wrażenia, że poloniści często piszą w sposób, nazwijmy to, tendencyjny, podręcznikowy, że ich rozumienie poezji kończy się gdzieś na późnym romantyzmie?

A.T-H.: Nie, chyba nie. Chyba nie, mówię dlatego, że sama w pewnym momencie dostałam taki zarzut, skupiałam się tylko na tym, co jest w lekturach. Wtedy rzeczywiście zaczęłam myśleć na ten temat, że możliwe, że tak jest i postanowiłam, że po „gównazjum.pl” skończy się odniesienie do lektur.

S.P.: W gównazjum.pl jeszcze masz całą masę przeróżnego rodzaju odniesień, ale chyba takich nienauczycielskich. Jakby widzianych okiem dziecka.

A.T-H.: Tak, w tym tomiku jest jeszcze mnóstwo odniesień tendencyjnych, a wręcz niezbędnych, ponieważ młody człowiek w szkole gimnazjalnej, u którego buzują hormony, narażony na wiele zewnętrznych bodźców, tak intensywnych, że nie jest w stanie skupić się na literaturze – potrzebuje odnaleźć swoje problemy w świecie go otaczającym. Bo jeżeli już się skupia, to tylko na bardzo oklepanych wzorcach i wątkach, więc staram się, żeby one właśnie wybrzmiewały w książce. Te najbardziej znane przez młodzież. Nie wiem, czy tak do końca udało mi się to uchwycić.

S.P.: No właśnie, mam wrażenie, że kiedy próbujemy patrzeć oczami tych dzieciaków, okazuje się, że można osadzić stare toposy literatury we współczesności. W świecie „gównazjum” pojawiają jakieś postaci z mitologii, historii literatury, które siadają za komputerami, mają swoje tablety, wysyłają sobie SMS-y. Czy Twoim zdaniem oni są w stanie literaturę zaadaptować do swojego współczesnego, nowoczesnego życia?

A.T-H.: Oni to robią chociażby na przedstawieniach, o których mówiłam. Robią to na swój własny sposób, współcześnie. Nie boją się tego.

S.P.: Czyli się da? To nie jest tak, że ta literatura się zestarzała?

A.T-H.: Oczywiście, że się da. Nie sądzę, żeby się zestarzała. Są oczywiście takie lektury, których oni nie są w stanie przetransponować na swój kod. Wtedy nie nalegam, że ma to być prezentacja akurat tej lektury. Pozwalam wybrać te lektury, które sami czują.

S.P.: Robiłaś z dzieciakami „Ludzi bezdomnych” Żeromskiego?

A.T-H.: Żeromski, akurat jest lekturą w liceum.

S.P.: Pytam, bo spotkałem się z głosami, że on pisze takim językiem, którego młodzież nie jest w stanie zrozumieć, nie rozumie słów, zdań.

A.T-H.: Żeromski teraz z minimum programowego w gimnazjum wyszedł, ale ja omawiam z nimi mimo wszystko „Siłaczkę” Żeromskiego.

S.P.: I jaka jest reakcja? Czy są w stanie zauważyć coś ważnego w tej książce? Czy jest to kompletnie poza zasięgiem?

A.T-H.: Jest różnie, ale generalnie widzą, że czasami człowiek bywa bezsilny wobec świata, który przychodzi z zewnątrz, bo – mimo, że się siłuje, jak ta biedna Stasia Bozowska, która przypłaciła to zmaganie własnym życiem – nie może w pojedynkę zwyciężyć. Ten aspekt rozumieją, ale język jest dla nich dość trudny, na pewno trzeba im pomóc w interpretacji utworu.

S.P.: Pracujesz w szkole, to jest praca z literaturą. Ostatnio słyszałem zdanie Ewy Białołęckiej, że najnowsze lektury, jakie są obowiązujące w szkołach to rok wydania 1975. Czyli kompletna niewspółczesność, a więc pracujesz z jednej strony ze starymi książkami, z drugiej strony pracujesz z młodymi ludźmi. Czy czujesz, że to cię rozwija poetycko, czy hamuje?

A.T-H.: Ja bym się w ogóle nie zgodziła, że kanon kończy się na siedemdziesiątych latach.

S.P.: To było akurat przejrzenie jakieś konkretnej listy podręczników, na jakimś konkretnym profilu, a rzeczywiście tam chyba „Opowieści z Narnii” były najnowszą książką.

A.T-H.: Teraz jest troszeczkę więcej takich pozycji. Mogę powiedzieć chociażby o książce Emmanuela Schmitta „Oskar i pani Róża”. Uważam, że to jest akurat pozycja, którą warto przeczytać na lekcji. Ja z nimi czytam, uczniowie bardzo mocno przeżywają losy Oskara, i nawet zdarzyło się na lekcji, że chłopiec się rozpłakał, co wskazuje na wrażliwość i ludzkie odruchy.

S.P.: Wracając do pytania. Jak widzisz twój prywatny język poetycki, twój prywatny rozwój pisarski? Co ma wspólnego ze szkołą, z nauczaniem, z kanonem lektur? Czy cię to rozwija, ogranicza, czy przechodzi obok? Czy ma wpływ świadomy, czy nieświadomy?

A.T-H.: Ktoś kiedyś powiedział, że pracując w szkole ma się wielkie szczęście, ponieważ młodzi ludzie dają długo energię do życia i ja się z tym zgadzam. Poza tą energią widzą kwestie, o których być może my – dorośli zapominamy i po trzecie, nie boją się mówić wprost rzeczy istotnych. Jako dorośli zapominamy w życiu o wielu ważnych sprawach. Staram się, żeby to czerpanie przebiegało u mnie świadomie. Bardzo się cieszę i uważam za swój osobisty pedagogiczny sukces fakt, kiedy uczeń dyslektyczny, który był wystraszony w klasie pierwszej gimnazjum, któremu niezbędna była pomoc pedagoga, żeby poradzić sobie w szkole – w klasie drugiej wstępuje na scenę, prezentuje własne teksty, a w klasie trzeciej ma osiągnięcia w konkursach dla młodzieży i sam przychodzi i mówi – proszę pani, ja bardzo chcę wziąć udział w następnym przedstawieniu. Szczególną uwagę zwracam na dzieci piszące, skupiam je wokół siebie, wyłapuję najczęściej właśnie te dyslektyczne, bo uważam, że one mają wielki potencjał, tylko nie do końca daje im się szansę rozwoju. Później z ich tekstów powstaje na spektakl. Uczeń, który miał problemy dyslektyczne i nigdzie nie zagrzał miejsca, ponieważ nie mógł się na niczym skupić, bierze udział w tym przedstawieniu. Mało tego, jego wiersze są wprost niesamowite. Teraz część uczniów odeszła, są w liceach i mam z nimi cały czas kontakt. Mam na przykład ucznia, który do mnie pisze – proszę pani, ja się nie mogę w tej szkole odnaleźć i wtedy czuję się w obowiązku emocjonalnie go wesprzeć.

S.P.: Czyli traktujesz polonistykę jako rzecz dynamiczną, nie jako akademicki kanon zabytków literatury?

A.T-H.: Literatura idzie swoją drogą, ale ja mam jeszcze jedną rzecz do zrobienia z tymi dziećmi. Mam ich troszeczkę do życia przyzwyczaić.

S.P.: Rozumiem, ale nawiązuję jeszcze do twojego osobistego języka poetyckiego, jak on zyskuje na twojej relacji szkolnej. Można podejść do tego tak, że tutaj mamy „Słowacki wielkim poetą był”, mamy szereg pomników, a z tego co mówisz wynika, że te pomniki u ciebie chodzą, mówią, żyją. Siedzą u ciebie w ławkach razem z tymi dzieciakami. Czytając twoją książkę miałem wrażenie, że to wchodzi w interakcję z twoim własnym myśleniem o pisaniu, twoim pojmowaniem języka poetyckiego. Czy mam rację?

A.T-H.: Możliwe, nigdy tego tak nie odbierałam, nie analizowałam. To przychodziło i było jakie było. po części związane jest z moją wiedzą na ten temat, ale staram się, żeby mi ta wiedza nie przeszkadzała. I tyle. „Gównazjum.pl” było z założenia bardzo mocno osadzone w kanonie lektur, w zachowaniach młodzieży w tym wieku, w tym, co czują, jak mówią. Wystarczyło posłuchać. Stawiam sobie za cel nauczyć tych młodych ludzi pewnych kanonów klasyki literatury, ale istotniejsze jest to, żeby nauczyli się siebie, odkryli siebie, dojrzeli, zaczęli być siebie świadomi, bo jak będą siebie świadomi, to dopiero wtedy mogą odkrywać literaturę. Inaczej nie znajdą nic w literaturze, przeczytają i nie zrozumieją.

S.P.: Ty sama jesteś taka trochę siłaczka.

A.T-H.: Może...

S.P.: Czy wygrywasz?

A.T-H.: Nie wiem, czy wygrywam? Chyba tak.

S.P.: Chyba tak. Z tego co opowiadasz, z tego co widzę, byłem u ciebie w szkole, rozmawiałem z twoimi uczniami, czytałem twoje wiersze, to ma sens, to działa.

A.T-H.: Teraz mnie pocieszyłeś. To jest najpiękniejsze zdanie, jakie ostatnio usłyszałam. Dziękuję. Jeżeli to ma sens, to jest to dla mnie najważniejsze.

S.P.: Ma sens, jeżeli ty nie wiesz, to ja ci mówię. To działa.

A.T-H.: No i to jest najistotniejsze, ten sens. Bo widzisz, ostatnio przyszła do mnie uczennica z liceum i powiedziała, że brakuje jej rozmów o życiu na polskim. Jak sam widzisz, nauczanie to dla mnie rodzaj zobowiązania na dłużej niż trzy lata.

Agnieszka Tomczyszyn-Harasymowicz
Agnieszka Tomczyszyn-Harasymowicz na lekcji poetyckiej w jednej z kruszwickich szkół (fot. Dorota Ryst)

 


 

Rozmowa z Agnieszką Tomczyszyn-Harasymowicz - poetką, nauczycielką w gimnazjum (osławiony "trudny wiek") o rozumieniu przez dzieci książek i szansach dotarcia do nich z wiedzą o literaturze.

Agnieszka Tomczyszyn-Harasymowicz jest autorką trzech zbiorów poezji. Najnowszy z nich "Gównazjum.pl" został zrecenzowany tutaj.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.