W najnowszym numerze...

Piotr Król i Układanka

Dorota Ryst: Czy komuś w Polsce potrzebna jest współczesna sztuka? Jeżeli tak, to komu i do czego?

Piotr Król: Przede wszystkim potrzebna jest samym twórcom. Rzeczywistość nie sprzyja powstawaniu sztuki. Wszystko jest przeciw, codzienne realia, znikome zainteresowanie odbiorców, poczucie osamotnienia, wyalienowania. Siła płynie z wnętrza i niezrozumiałej potrzeby tworzenia. To jest więc to pierwotne pragnienie, najistotniejsze – konieczność autoekspresji samego twórcy. Potem pojawia się potrzeba odbiorcy - bardziej letnia, bardziej konsumpcyjna, nastawiona na branie, najczęściej z oczekiwaniem na osiągnięcie stanów przyjemnych. Naprawdę nieliczne jest grono osób pragnących sztuki bezkompromisowej, mówiącej o ludzkiej naturze bez lukru i kokieterii. Ale tak było zawsze i nie dostrzegam w dzisiejszej sytuacji barw jakoś szczególnie czarnych. Sztuka to gest wyjątkowych dla nielicznych.

D.R.: Co to jest wolność w sztuce i czy wolność w sztuce jest w ogóle możliwa?

P.K.: Najważniejsza jest prawda. Niepodleganie nakazom mody, podszeptom krytyków, koniunkturalnym tendencjom. Sztuka to obszar wolności wewnętrznej. W każdym razie szansa na nią, okazja. Utrata suwerenności w sztuce jest hańbiąca. Sztuka bez wolności jest niemożliwa, gdy traci wewnętrzną autonomię przestaje być sztuką, a staje się kontraktem albo ilustracją.

D.R.: Jaki wpływ na malarstwo, a może szerzej - na sztuki plastyczne, mają inne dziedziny twórczości? Czy twoim zdaniem np. malarstwo może istnieć bez literatury i muzyki?

P.K.: Traktując uprawianie malarstwa jako formę uczestnictwa w kulturze można stwierdzić, że malarstwo, literatura i muzyka to jedno. Jednakowa potrzeba ekspresji i unaoczniania pokładów w człowieku najważniejszych, najczulszych, najwrażliwszych. Różny jest sposób wyrażania, różny jest kod, jakim posługuje się artysta. W sensie formy to światy osobne i w dużej mierze hermetyczne. W kwestii znaczeń mówią o tym samym.

D.R.: Skoro różne sztuki wyrażają w swojej istocie to samo, to może warto je łączyć? Może wtedy będzie łatwiej trafić do odbiorcy?

P.K.: Łączyć można tylko przez współuczestniczenie. Nie jest dobrze, gdy te porządki kultury się mieszają, gdy w malarstwie za dużo literatury, gdy wątek anegdoty króluje nad formą jej kosztem. Trzeba cieszyć się z odrębności kodów, co nie znaczy, że różne dziedziny sztuki nie powinny współopowiadać o kondycji ludzkiej natury. Każdy swoim kodem.

D.R.: Jak wychować świadomych odbiorców sztuki?

P.K.: W Polsce praktycznie nie istnieje wychowanie odbiorców sztuki. Propozycja programowa nauki o sztuce jest w polskiej oświacie żadna. Jedna godzina tygodniowo pakietu o sztukach pięknych, muzyce, teatrze i filmie to przerażająca rzeczywistość. Nacisk kładziony na matematykę z całkowitym pominięciem sfery sztuk pięknych wychowuje analfabetów plastycznych. Skąd ci młodzi ludzie maja się dowiedzieć o najważniejszych postaciach sztuki światowej, o formie, o znaczeniu barwy itp. Jak ich wychować? Trzeba zmienić cały system nauczania, wychowywać od najmłodszych lat, przyzwyczajać do dobrej formy. Ale to w obecnej sytuacji utopia. Bezszelestnie świetna polska myśl plastyczna w zakresie plakatu, edycji książek, animacji bajek dla dzieci itp zastąpiona została kopiami anglosaskiej stylistyki. Utraciliśmy kręgosłup estetyczny. Dlatego sztuka współczesna jest tak niezrozumiała dla masowego odbiorcy.

D.R.: System kształcenia artystycznego w Polsce – więcej daje czy zabiera?

P.K.: To palący problem, który obserwuje na bieżąco. Zgadzam się z opinią, że ASP to "rzeźnia talentu" Coś niewytłumaczalnego dzieje się z moimi uczniami, gdy zdają na ASP. Rozpływają się, stają się mydlani, szarzy, tracą wyrazistość. Stają się przeciętni. W ASP nie ma pasji – przede wszystkim pozbawieni jej są profesorowie, traktujący uczenie jak dopust boży, a tym samym pasję tracą i studenci stopniowo przyzwyczajający się do tumiwisizmu. Ogólna olewka panoszy się na korytarzach ASP. Efekty widać gołym okiem. Brak indywidualności, brak różnorodności, brak odwagi w pracach. Kiedyś, gdy mój uczeń dostawał się do ASP miał poczucie, że chwycił pana boga za nogi i nie wracał, od kilku lat wracają do mojej pracowni, mówiąc, że nie mają w ASP pomocy, że nie wiedzą co dalej, że stoją w miejscu itd. To smutne. Sztandarowy jest dla mnie przykład mojej uczennicy Katarzyny Jabłońskiej. Przygotowywałem ją do egzaminu na ASP. Była świetna, kapitalnie rysowała. Nie dostała się. Jej rysunki tak nieprzychylnie przyjęte przez łódzkie ASP wysłaliśmy parę lat później na American Art Awards w Los Angeles. Na 700 prac z całego świata Kasia zajęła 4 miejsce i teraz robi karierę w Wielkiej Brytanii. Te same prace, które dla łódzkiego ASP okazały się niewystarczające do zdania egzaminu zrobiły furorę w Hollywood! Wynika z tego, że teraz powinienem życzyć swoim uczniom, aby nie zdali na ASP. Niestety z reguły im się to udaje i w każdym dostrzegam proces zszarzenia. Wierzę w małe szkoły, w relacje mistrz -uczeń. W Japonii istnieją małe, prywatne szkoły różnych rzemiosł i tajniki zawodu przekazywane są na poziomie mistrzowskim od wieków z pokolenia na pokolenie.

D.R.: W takim razie, jeśli nie ASP, to co?

P.K.: Nie mówię, że absolutnie nie ASP. Ale tam trzeba iść ze świadomością, siłą i odpornością, czyli być gotowym. Przejść jak Wergiliusz drogi piekielne i wyjść mocniejszym. Powierzyć się wyłącznie ASP, to stać się artystą ksero. Kolejnym i żadnym. Ale walczyć o siebie można, nawet tam. Jak wspomniałem wierzę w mistrzów, w przewodników. W XVII-wiecznej Francji były dwa rodzaje szkół fechtunku. Jedną prowadzili teoretycy, znawcy, którzy nigdy nie trzymali w ręku szpady, za to znający teoretyczne podstawy i zasady. W drugim typie szkół uczyli weterani wojenni, ludzie, którzy przeżyli ze szpadą u boku lata na froncie i poznali zasady sztuki w praktyce. Wierzę w tylko takie szkoły, w relację mistrz praktyk - uczeń. Popatrz, co robi twój nauczyciel, dopiero wtedy będziesz wiedział czy możesz czegoś się od niego nauczyć. W mojej szkole uczę tylko tego, co sam umiem i uczniowie wiedzą, że nie teoretyzuję, biorę pędzel lub ołówek do ręki i pokazuję, mogę nauczyć tylko tego, co sam zdobyłem przez lata swojej artystycznej pracy. Pracę nauczyciela porównuję do wspinaczki wysokogórskiej. Nauczyciel trzyma linę i pokazuje jak wchodzić, jest silniejszy, pokazuje drogę, którą sam przeszedł, gdy nauczyciel stoi u podstawy góry a jego mięśnie od lat nie zaznały wspinaczki jest hochsztaplerem i takiemu nauczycielowi się nie wierzy, bo sprowadza na manowce.

D.R.: Dobrze, sztuka to potrzeba ekspresji, ale co zrobić, żeby jednak dotrzeć do odbiorcy, podzielić się nią z innymi? Trudno powtarzać dziś za romantykami, że „was, zjadacze chleba w aniołów przerobi”, ale może jednak warto próbować choć trochę świat ulepszyć... Może właśnie przez sztukę?

P.K.: Spotykać się, tworzyć okazje do kontaktu, nie liczyć na masowy odbiór - sztuka to kontakt intymny, kameralny, co nie odbiera temu znaczenia i rangi. Anioł tworzy się w odbiorcy, gdy widzi bliskie mu dzieło sztuki, ale także w artyście, gdy widzi, że jego sztuka w kimś ma taki rezonans. Wierzę w spotkania z nielicznymi ważnymi, nie potrzebuję tłumów - tłum ma zły gust.

D.R.: Może więc można i należy wytworzyć alternatywny „obieg sztuki” – galerie? pisma? szkoły?

P.K.: Nie ma innej drogi. Oczekiwanie, że ktoś coś załatwi za nas jest skazywaniem się na bycie poza. Poza swoim spojrzeniem na sztukę, na to, co w niej istotne. Dlatego założyłem swoja szkołę rysunku i malarstwa, dlatego tworzę Galerie Luna i wraz z przyjaciółmi wydawnictwo Parergon, żeby pokazywać co jest mi bliskie w sztuce, co uważam za ważne. Powstaje wiele inicjatyw i to jest piękne, ta wielopoziomowość sztuki, aktywność małych przedsięwzięć, prywatne pola ekspresji.

D.R.: Jaka jest Galeria Luna?

P.K.: Galeria jest miejscem, w którym stawiam na intensywność spotkań. Jestem zwolennikiem wystaw weekendowych - trzydniowych imprez, na których obok wernisażu będzie można spotkać się z poetą, posłuchać muzyki, porozmawiać. Widzę zapotrzebowanie, chęć obcowania ze sztuką, wierzę w odbiorcę nieuprzedzonego, odwiedzającego galerię z tęsknoty za pięknem.

D.R.: Kiedy patrzę na twoje obrazy, przypomina mi się zdanie Modiglianiego: „Pejzaż malować? Nie rozśmieszaj mnie, pejzaż po prostu nie istnieje”. Malujesz ludzi, a może raczej człowieka. Czego szukasz w swoich obrazach?

P.K.: Ktoś kiedyś powiedział, że moje portrety są jak pejzaże. Pejzaże psychiki. Malując muszę czuć się zaangażowany. Malować albo o czymś mi bliskim, albo o czymś, co uznaje za istotne w danej chwili. Sympatyczne kładzenie farby ku ogólnemu zadowoleniu nie bardzo mnie interesuje. Lubię myśleć o obrazie jak o ołtarzu. Chciałbym, aby podobną rolę spełniał, aby był w obrazie niemal sakralny kontakt z wyższą naturą. Marzy mi się odbiorca poruszony, odbiorca, w którego wrażliwość moje obrazy weżrą się na zawsze. Obraz powinien opowiadać o ludzkiej kondycji, o ludzkim losie, błahostki malarstwu nie przystoją.

D.R.: I jeszcze jeden cytat przychodzi mi do głowy w odniesieniu do twojego malarstwa: „Wolę brzydotę, jest bliżej krwioobiegu”. Tak widzisz ludzi? Czy to rodzaj karykatury? Prowokacji?

P.K.: Maluję wiele twarzy. Twarz to we współczesnej kulturze temat tabu. Żyjemy w stylistyce photoshopa - wygładzonej, sztucznej koncepcji ludzkiej twarzy towarzyszy wygładzona, sztuczna koncepcja ludzkiej natury. To maska popkultury, twarz handlowa. Malując twarz myślę o śladach myśli, o spojrzeniach, które na tę twarz padały, pozostawiając swoje drobiny na jej strukturze, o czasie jaki płynie, o wietrze jaki wieje w te twarze, o słońcu jakie je pali. Twarz ulega formowaniu czasem i losem. Nie może być gładka, ponieważ czuje. Gładka jest maska. Moje obrazy nie są naturalistyczne, to realizm wnętrza, realizm psychiki. Wiec błąd popełnia ten, kto traktuje te portrety dosłownie.


Piotr Król urodził się w 1973 roku. W latach 1993-1999 studiował w Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi, gdzie z wynikiem bardzo dobrym obronił dyplom  z zakresu malarstwa, rysunku i drzeworytu. W 1999 r został laureatem Konkursu im.Władysława Strzemińskiego(otrzymał Medal Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych za cykl drzeworytów). W 2006 r zwyciężył w międzynarodowym konkursie malarstwa -"Artysta i jego dzieło" - organizowanym przez "Contemporary Painting". W 2007 r został stypendystą  szkoły fresku w Treglio prowadzonej przez jednego z najwybitniejszych włoskich malarzy Vica Calabro. Swoje prace wystawiał na licznych wystawach w kraju i za granicą. Jego prace znajdują się w kolekcjach prywatnych m.in. w Szwecji, Szwajcarii, Argentynie, Włoszech, Meksyku, USA, Niemczech oraz oczywiście w Polsce.
W latach 2005 - 2010 pracował jako wykładowca w kilku szkołach policealnych. Od 2010 r prowadzi własną Szkołę Rysunku i Malarstwa. Piotr Król uczy z pasją i oddaniem, znany jest też ze stawiania swoim wychowankom wysokich wymagań, co przynosi świetne wyniki. Wśród jego wychowanków są obecni uczniowie King Edwards's School w Wielkiej Brytanii oraz Instytutu Le Rosey w Szwajcarii oraz studenci: Metropolitan University BA(Hons) Interactive Arts w Manchesterze (Wielka Brytania), Akademii Sztuk Pięknych (Wydział Grafiki i Malarstwa), Wydziału Wzornictwa na Politechnice Łódzkiej.


Piotr Król - Vir Melancholicus
Piotr Król, Vir Melancholicus

 

Piotr Król - Sprzedawca balonów
Piotr Król, Sprzedawca balonów

 

Piotr Król - Układanka
Piotr Król, Układanka

 

Szkoła Rysunku i Malarstwa Piotra Króla
Szkoła Rysunku i Malarstwa Piotra Króla

 

Szkoła Rysunku i Malarstwa Piotra Króla
Szkoła Rysunku i Malarstwa Piotra Króla

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.