W najnowszym numerze...

„Poetów należy z państwa wygnać i nie dlatego, że uczą nieprawdy, ale dlatego, że uczą złego rodzaju nieprawdy” – mniej więcej takie sformułowanie wkłada Platon w usta Sokratesa w jednym ze swoich najważniejszych dzieł, traktującym o filozofii politycznej – w „Państwie”. Horrendalność tej tezy zajmuje komentatorów niemal od momentu jej upublicznienia i po dziś dzień budzi chęci… nie, nie jej uzasadnienia, budzi chęci usprawiedliwienia Platona, żywo widoczne w esejach prowadzących rozważania, dlaczego filozof uznał, że w idealnym państwie, w Kallipolis, o którym traktuje „Polityka”, poeci są nie tylko zbędni – są niepożądani. Tym ciekawsze to, że Platon sam zajmował się poezją.

„Ja, sławna Lais, któram niegdyś tak dumnie szydziła z całej Hellady, ja, u której drzwi zamkniętych zawsze tylu się tłoczyło miłośników –
Oto składam moje zwierciadło w darze dla bogini pafijskiej. Nie chcę widzieć siebie takiej, jaką jestem. Takiej, jaką byłam – już nie ujrzę”.[1]

Trafne, prawda? Trafne i przejmujące. Był zatem poetą niezłym – do czasu, aż spotkał Sokratesa. I tu sprawa się komplikuje. Bo Meletos, który złożył donos na Sokratesa, był również poetą, a popierającym go Anytosowi i Lykonowi też bliżej było do poezji, niż do filozofii. Istnieć musi jakieś drugie dno tej afery, w której spotykamy coś na kształt imperatywu kategorycznego (jest niezbędne, aby pozbyć się…), radykalne odstępstwo, donos poety, śmierć myśliciela. I tak spotykamy Arystofanesa.

Ten, na Dionizja 423 roku starej ery przygotował komedię „Chmury”, a tej przyznano trzecie – ostatnie miejsce w agonie. Dlaczego? Zapewne dobrze ustawieni sędziowie, bo komedia jest przednia i jako niemal jedyna z komedii antycznych do dzisiaj potrafi zapełnić widownię. Traktuje ona o rozziewie pomiędzy wychowaniem młodzieży tradycyjnym, a nowoczesnym, a jednym z głównych bohaterów jest… Sokrates właśnie. I nawet jeśli jurorzy tak, a nie inaczej ocenili dzieło Arystofanesa, nie sądzę, aby ktokolwiek chciał być utożsamiany z Sokratesem z tej komedii. Kilka fragmentów:

Uczeń:

Zdziwisz się kiedy poznasz inny pomysł
Mistrza

Wykrętowic:

No – jakiż? Zaklinam, mów śmiele!

Uczeń:

Pytał go kiedyś Chajrefont Sfetejski,
Jak myśli o tym? Czy ryjkiem gra komar,
Czy też muzykę czyni tyłka końcem?

Wykrętowic:

Cóż mistrz powiedział o komarzym tonie?

Uczeń:

Tak rzecz wyłuszczył: komar ma kiszeczkę
Wąską. Jelitem cienkim wiatr pomyka,
Przemocą party, wprost na dół, do tyłka
Który się kończy podwiniętym lejkiem.
Więc zadek śpiewa, gdy weń dmuchnie komar.

Wykrętowic:

To tak… to zadek u komarów trąbką…
O trzykroć szczęsny bądź, badaczu kiszek!
Jak snadnie taki wykpi się z procesu,
Co na wskróś przeznał jelita komara!

Mocno to prześmiewcze. Ale zjawia się i sam Sokrates. Za nim wchodzi choros Arcychmur i na tle fletów głosi pochwałę myśliciela. Przykład:

Arcychmura druga, do Sokratesa:

Ty zaś, gładkich słów proroku,
Mów! Słuchamy tylko ciebie.

Sokrates (po chwili, o Arcychmurach):

Boć jedyne to boginie,

Arcybóstwa:

reszta brednie!

Wykrętowic (oburzony):

Jako? Na tę świętą ziemię,
Olimpijski Zeus – to nie bóg?

Sokrates:

Zeus? A jaki? Cóż ty breszysz?
Zeusa nie ma.[2]

Zdaje się, że mamy zajączka. Co prawda ucieknie on jeszcze nie raz, ale teraz trzymamy go mocno. Oceńmy zajączka tak, jakim on jest – bez drążenia. Na Dionizjach w 423 roku Arystofanes, w swojej komedii, przedstawił Sokratesa (piszę na podstawie całości) jako osobę deprawującą młodzież, głoszącą poglądy antypaństwowe i szerzącą bezbożność, pomijając już to, że opisał go jako brudasa. Teraz bardzo ważne: należy zdać sobie sprawę z realiów 423 roku. Sokrates był obecny na przedstawieniu w Teatrze Dionizosa i zostało odnotowane, że w pewnym momencie wstał, aby publiczność mogła ocenić podobieństwo maski i kostiumu aktora do jego osoby. Aplauzu nie odnotowano. Z drugiej strony Arystofanes poniósł klęskę. Warto zapamiętać oba spostrzeżenia.

Trwała wojna peloponeska, w której koalicja prowadzona przez demokratycznie zarządzane Ateny z różnym szczęściem walczyła przeciwko Sparcie i jej poplecznikom. Sprzeczności pomiędzy obiema polis były nie do pogodzenia – ustrój Sparty do ustroju Aten był jak noc do dnia. Sparta zarządzana była przez wąską grupkę oligarchów, decydujących o życiu zaledwie 25000 rodowitych Spartan, wobec pół miliona niewolników. Ustój państwa, prosty i przejrzysty, nastawiony był jedynie na prowadzenie wojen. Skoszarowana młodzież, patrole obywatelskie zabijające nieznanych i niepewnych, zakaz podróży zagranicznych, nakaz służby wojskowej do 60 roku życia, celowe głodzenie, ćwiczenia w zabijaniu. Muzyka marszowa, poezja patriotyczna, nauka wypowiadania się krótko i zwięźle. Urzędowo realizowano program zachowania sprawności narodu, w którym dzieci były zadekretowaną  własnością państwa i rodzice nie decydowali o ich losie w żaden sposób.

Nie sposób zaprzeczyć tezie, że sokratycy z zasady byli spartofilami i jest to teza dostatecznie udowodniona. Dwa przykłady. Jeden z najbardziej znanych uczniów Sokratesa, Alkibiades, w 415 roku, wracając z wojennej wyprawy na Sycylię, którą dowodził, uciekł z okrętu, którym podróżował do Aten i zaoferował swoje usługi Spartanom – jako strateg. Przypominam, trwała wojna peloponeska. Ksenofont, nie mniej znany sokratyk, po zajęciu Aten przez Spartan, jawnie sympatyzował z okupantami, zaś w kolejnej wojnie – korynckiej – wziął udział po ich stronie, w bitwie pod Koroneją w 394 roku walcząc przeciwko koalicji ateńskiej. Obydwu, wedle stałych przecież po dziś dzień kryteriów moralnych, należy uznać za zdrajców. Obaj wyszli ze szkoły Sokratesa, Alkibiades jest obecny w Sokratejskich dialogach Platona, Ksenofont o Sokratesie pisał. Niewątpliwie obaj byli jednostkami wybitnymi, obaj splamili się zdradą ojczyzny i obaj gdzieś nauczyli się moralności, która, formułując wysoką teorię, praktykę dostosowywała do korzyści egotycznych i niezbyt czystych. Ostatnich słów użyłem celowo, już w kontekście kolejnego fragmentu.

Meletos był tym, który w 399 roku wniósł oskarżenie przeciwko Sokratesowi i był poetą. Pierwsze głosowanie przyniosło wynik pozwalający Sokratesowi wybrać rodzaj kary dla siebie. Ten, w wygłoszonej obronie, nie wolnej od drwiny, proponuje dla siebie utrzymanie na koszt miasta oraz niedużą grzywnę. W drugim głosowaniu przewaga sędziów niechętnych Sokratesowi rośnie do osiemdziesięciu i zapada wyrok, jaki znamy. Istnieją uzasadnione przypuszczenia, że Meletos wnioskował o wygnanie, nie o karę śmierci. Należy zatem wnosić, że Ateńczycy mieli Sokratesa absolutnie dość.

Nie sposób przecenić wartości zachowanej w dialogach refleksji nad dobrym życiem, nad koniecznością poznania pierwej samego siebie, nad obowiązkiem ciągłego dociekania, co dobre i sprawiedliwe. Wyrok, jaki zapadł, jest hańbiący dla Ateńczyków ale, biorąc pod uwagę przedstawione fakty, ja kamieniem nie rzucę. Zbyt wiele zdarzeń, zbyt wiele wątpliwych moralnie kroków osób ponadprzeciętnych z otoczenia Sokratesa mogło zwykłego Ateńczyka doprowadzić do szewskiej pasji. I teraz możemy wrócić do Platona.

Kallipolis, platońskie państwo doskonałe, jest idealizacją Sparty. Miejsce oligarchii militarnej zajmuje oligarchia mędrców, zaraz po nich idą strażnicy pilnujący, aby wszystko toczyło się według zadekretowanych przez mędrców reguł, reszta to plebs – żywiciele, mający uprawiać ziemię i produkować dobra, przy czym jedne i drugie nie mają należeć do nich – mają być dobrem wspólnym – mitycznym, jak zwykle. Należy wychowywać, edukować, ćwiczyć, należy mieć wszystko pod kontrolą. Platońskie państwo doskonałe odziera jego obywateli z indywidualizmu i wolnej woli w sposób doskonały, podporządkowując wszystkie przejawy życia wizji państwa Platona – tworu niemalże ożywionego, którego mieszkańcy mają pełnić zadekretowane role zębów państwa, jego kiszek czy umysłu. Wrócimy jeszcze do tego, tu poprzestańmy na nazwaniu tej wizji totalitaryzmem wysokiej próby.

Muzyki w tak pojmowanym państwie mają być marszowe bądź podniosłe, rymy hołdownicze i panegiryczne, jedne i drugie nacjonalne w najwyższym stopniu – oczywistym jest zatem, że poetów, żyjących drzwi w drzwi z państwem szaleńców, niepokornych, indywidualnych, nieznoszących marszowej muzyki i obleśnych panegiryków – poetów należy się pozbyć, bowiem w przeciwnym wypadku nastanie chaos demokracji, w której najczęściej nie wiadomo, kto rządzi, niektórzy chodzą rano w kapciach po bułki, znane są wypadki wypinania tyłka na widok defilady, ludzie całują się publicznie i dzieje się wiele innych rzeczy pogrążających państwo w niedoskonałości. I nic to, że obywatele dużo się śmieją – śmiech jest jednym z ostatnich celów państwowości, nie tylko zresztą platońskiej, o czym zaświadcza historia.

„Poetów należy z państwa wygnać i nie dlatego, że uczą nieprawdy, ale dlatego, że uczą złego rodzaju nieprawdy” – ile w tym, tak radykalnym sformułowaniu, jest rzeczywistej potrzeby, ile wspomnienia poety Arystofanesa – prześmiewcy mistrza, któremu Platon poświęcił wielką część życia i którego obraz i poglądy utrwalił, ile wreszcie niechęci, by nie powiedzieć nienawiści do poety Meletosa – inicjatora procesu o tak tragicznym finale, tego się już nigdy nie dowiemy. Dla poety, od bogów natchnionego, w Państwie miejsca nie ma – bowiem on jest zagrożeniem dla Państwa śmiertelnym, rozsadzającym jego porządek już samą swoją obecnością, bo przecież zawsze może coś powiedzieć albo napisać, i dobrze, jeśli będzie to satyra, a nie wezwanie do rewolucji. Platon zresztą formułuje uwagę, pozwalającą niektórym poetom na powrót do Państwa, mianowicie po odbyciu niezbędnej reedukacji, po której tworzyć będą wyłącznie utwory panegiryczne i hołdownicze – przyczyniające się do utrwalenia Państwa. Generalnie natomiast należy ich przepędzić – i w tym przepędzeniu mieści się ocena siły poetów. Należy to zapamiętać.

Niemal dwadzieścia wieków później Thomas Hobbes, angielski filozof polityczny, sformułował ideę organizmu politycznego w dziele o tytule „Lewiatan”. Jako bodajże pierwszy rozważył indywidualne chęci i dążenia, i spróbował je pogodzić w owym Lewiatanie – państwie. Hobbes pisze bez zahamowań o ludzkiej bezwzględności, zachłanności, egocentryzmie, próbując z nimi spasować ideę państwa dobrego dla wszystkich. Jest w jego dziele rozdział: „O demonologii oraz innych pozostałościach religii pogan”. Pisze tam Hobbes: „Jak gdyby zmarli, o których oni śnili, nie byli mieszkańcami ich własnego mózgu, lecz mieszkańcami powietrza, niebios czy piekła, jak gdyby nie byli urojeniami, lecz duchami substancjalnymi”. I dalej: „Władcy ustanawiali tę demonologię (w czym szczególnie pomocni i poważani byli poeci, jako główni kapłani religii pogańskiej) dla spokoju publicznego i dla zapewnienia posłuchu poddanych, który jest niezbędny do tego spokoju, przy czym jedne spośród tych demonów miały być dobre, inne zaś złe: pierwsze były bodźcem do przestrzegania praw, drugie cuglami, które powstrzymywały ludzi od ich przekraczania”.[3] Nawet jeśli argumentacja Hobbesa jest wręcz odwrotna, to przecież ostrzeżenie to samo: strzeżcie się poetów w państwie – szerzą oni szkodliwą demonologię, pomocną w utrzymaniu pogańskiej, zatem niewłaściwej władzy. Z której by strony nie patrzeć – poeci są niepożądani.

Jeszcze jeden przykład, bardziej ogólnego, ale też zdecydowanie radykalniejszego  charakteru. W wystawionym w kwietniu 1933 roku z okazji urodzin Adolfa Hitlera widowisku teatralnym Hannsa Johsta o tytule „Schlageter” pada ze sceny sentencja, która też  przechodzi do historii. „Ilekroć słyszę słowo <kultura>, odbezpieczam rewolwer”.[4] Hanns Johst otrzymał z rąk Alfreda Rosenberga ufundowaną przez NSDAP Nagrodę dla Sztuki – tak, tak brzmiała nazwa tej nagrody: Preis für Kunst. Nagroda ta jak klamra spina niemal dwa i pół tysiąca lat, będąc wyrazem tej samej motywacji i dążenia do tego samego celu, nawet jeśli uprzednio sformułowanego bardziej oględnie.

Wnioski:

1. Dbajmy, aby poetów było jak najwięcej.
2. Dbajmy, aby poetów było jak najwięcej.
…………………………………………….
n. Dbajmy, aby poetów było jak najwięcej.

Poeci są tymi, których boją się tyrani. Poeci są tymi, którzy chronią nas przed każdym totalitaryzmem, jaki by on nie był. Poeci są siłą sprawczą radosnego bałaganu, jaki panuje wszędzie tam, gdzie rządzą ludzie, a nie misjonarze i uzurpatorzy. Chwała Platonowi, ponieważ uświadomił on nam, jak bronić się przed państwem według jego wizji. Chrońmy poetów!

Jeszcze jedno, taka wisienka na torcie. Wśród wielu opinii o poetach jedną z najbardziej zdumiewających odkryłem w powieści Gabriela Garcii Marqueza „Miłość w czasach zarazy”. Don Leon XII Loayza, prezes Karaibskiego Towarzystwa Rzecznego, nieszkolony baryton wyciskający mocą swego głosu łzy z oczu biesiadników na weselach i stypach, biedak z forsą (bo wcale nie bogacz – to nie jest to samo), powtarza w pewnym momencie opinię, jaką o poetach głosił Pius Piąty Loayza, ojciec Fiorentina Arizy, głównego bohatera powieści i oczywiście poety. „Nie ma ludzi o większym zmyśle praktycznym ani bardziej zawziętych kamieniarzy, ani zmyślniejszych i niebezpieczniejszych administratorów od poetów”.[5] Czy jest to prawdą – nie wiem, być może wiedział Platon i również tę cechę poetów brał pod uwagę, formułując swą niesławną tezę. Może to być prawdą, ponieważ Fiorentino Ariza, poeta i następca Piusa XII Loayzy, na swą ukochaną czekał przez pięćdziesiąt trzy lata, siedem miesięcy i jedenaście dni, nie licząc nocy. Przy takiej zawziętości Platon to banał.

Jerzy Alski

 



[1] Antologia Palatyńska, Warszawa 1978.

[2] Arystofanes, Chmury, tłum. Edmund Żegota-Cięgielewicz, Kraków 1907.

[3] Thomas Hobbes, Lewiatan, Warszawa 2009.

[4] Cyt. za: Richard Grunberger, Historia społeczna Trzeciej Rzeszy, Warszawa 1987.

[5] Gabriel Garcia Marquez, Miłość w czasach zarazy, Warszawa 1996.

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.