W najnowszym numerze...

Tomasz Hrynacz - Noc czerwi

Miron Białoszewski w tekście Mówienie o pisaniu (cytuję za: Miron Białoszewski, Proza stojąca, proza lecąca, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2015, s. 380) zasygnalizował:

Zaczęło się wszystko od mówienia, a nie od pisania. Chociaż niektórzy ludzie czy ludy miały podane do wierzenia, że zaczęło się od pisma – z nieba – od Boga – nawet że jest oryginał pisma, ten prawdziwy, jedyny – tam w niebie. I dziś niektórzy uważają jeszcze, że to, co napisane, to prawdziwe. Nawet w gazecie. Ale to dlatego (tamta wiara w ów oryginał), że pisania było malutko. Co pisane, było święte, bo samo pisanie było święte, ze swojej rzadkości.

Dzisiaj słowo pisane (drukowane) spowszechniało, ale dobry wiersz zawsze będzie ważniejszy niż gazeta, ponieważ stawia pytania, nie oczekując odpowiedzi, nie narzuca woli, nie grzeszy pychą i omnipotencją.

Czym jest poezja? Czym jest wiersz? Jak każda forma literacka bez wątpienia pełni funkcję sygnałów informacyjnych (ostrzegających?) o stanie duchowości osoby piszącej, piszczącej o uniesieniu w dół i upadnięciu w górę. Bo tekst poetycki nie może, a przynajmniej nie powinien być oczywisty, przezroczysty, jednowymiarowy. Najnowszy zbiór Tomasza Hrynacza Noc czerwi spełnia te doraźne kryteria: „Znów zamienię górę na dół” (s. 34). Jego liryki nie płyną w naszą stronę, lecz zdają się sączyć, przeciekać przez kartkę papieru dzielącą naszą percepcję od tkanek wierszy.

Tomasz Hrynacz ma nam do opowiedzenia historię swojej wyobraźni, przeczuć, doznań i „uznań” chwilowych objawów rzeczywistości, bo ta nie jest dana w homogenicznej postaci, lecz w wielu kształtach na raz, w widokach nakładających się na siebie lub przenikających się: „wszystko jest na chwilę / wszystko jest być może” (s. 53). Prowizoryczność i iluzoryczność, tu – nie-tu i tam – nie-tam, wszędzie i nigdzie. W wierszu Koniec (paradoksalnie rozpoczynającym tom) czytamy:

Kiedy nastanie taki czas że słowa
ostatecznie obrócą się przeciwko tobie
potopu przyczajona woda przekłuje fałdy

brzegów całun szorstkich liści okryje nas
(s. 9)

Powyższy obraz przewiduje szkodliwe dla rodzaju ludzkiego usamodzielnienie się słów. Mowa coraz częściej przestaje być posłuszna człowiekowi, ponieważ ten traktuje ją lekceważąco, marginalizując, odchodząc od źródła – mowy czystej. W Zwidzie znajdziemy urywek: „Przyszły słowa / przeszłe. […] / szczerzą / kły” (s. 15). Ciągi liter są więc jadowite, nieprzyjazne, groźne i zagrażające: „Słowo za słowo. Wojna / przeciw wojnie” (s. 20). Słowa sprawiają ból, użyte z perfidną premedytacją krzywdzą: „Zabierz ze sobą ślady ran resztki / krwawych słów” (s. 16). Niedocenienie potencjału słowników i związków frazeologicznych doprowadzi do buntu maszyn semantycznych i definitywnego zniszczenia dobrego samopoczucia człowieka zapatrzonego w przedmiot jako gadżet, a nie w jego nazwę. Pamiętać należy bowiem, że słowo kryje moc sprawczą, dlatego nasi przodkowie nie nadawali imion pewnym, ich zdaniem, groźnym zjawiskom, by zaprzeczyć ich istnieniu.

Wiersz Tomasza Hrynacza Koniec wprowadza również apokaliptyczną wizję potopu, siły niszczącej, ale może również oczyszczającej. W Bielmie nie pojawia się potop, lecz pospolita nazwa żywiołu: „A woda się wścieka / i przecieka” (s. 33). Gdy zburzony zostanie dotychczasowy system komunikacji, człowiek będzie mógł zbudować go od początku, na solidniejszych, trwalszych podstawach. Autor zamknął Koniec dwuwersem: „Nie daj sobie wmówić, że to koniec: słuchaj! / Bowiem wciąż śpiewa przez ciebie twój duch” (s. 9). Czy brzmi to jak zapowiedź nowego świata, nowych idei? Z Introdukcji chyba wywiedziemy właśnie taki znak: „Włączyć światło o czasie / by mówić z czasem głosem jasnym / i przejrzystym” (s. 17).

W tekście Wyspa podkreślono osamotnienie istoty ludzkiej: „Jest mój duch / pustelnik” (s. 13), i jest to raczej izolacja i manifestacyjne odseparowanie się od innych, na co wskazywałby tytuł – ziemia otoczona zewsząd wodą to ziemia odcięta od kontynentu, gdzie żyje większość. Bohater tych liryków dokonuje rachunku życia, śledzi kolumny osiągnięć i spraw niezałatwionych. Dochodzi do wniosku: „Nie zapomniałem / pamiętam. Chciałem coś / zmienić ale nie zmieniłem // nic” (s. 14). A kilka stronic dalej mamy rozłożone z bezradności ręce, potwierdzenie i przyznanie się do własnej małości: „Początku nie widać. / Nie słychać / końca” (s. 18). Wszystko dzieje się naprawdę, bez środków znieczulających, na pulsujących sercach, wyjętych z wnętrza organizmów. Tak trudno zmienić nawyki, tak trudno zaprzeć się swoich złych myśli i uczynków, które spełniają się zgodnie ze schematem, cyrkulacją uprzedzeń, nietolerancji, lęków, histerii, ale i obojętności, odrzucenia, bierności: „Wyrzec się / bezdomnych pobudek / nagłych niespodziewanych pożegnań / wymuszonych słów i gestów” (s. 45). Człowiek idzie drogą wśród osuwisk, przepaści, skarp: „Przede mną nikt. Za mną nic. / Wolne cienie” (s. 40). Więcej rzeczy dzieli niż łączy: „Rozdziela nas / szum” (s. 23). Być może to szum wody między wyspą a lądem kontynentalnym albo jazgot niezrozumiałych dialogów, monologów, półzdań i ćwierćwyrazów. Jeżeli „Nie ma żadnego / dzisiaj. // Nie ma / jutra. // Nie ma / wczoraj” (s. 23), nasze istnienie, a tym bardziej porozumienie jest wątpliwe. „Znika droga ale pozostaje ślad” (s. 38) – to mimo wszystko pociecha, struna promienna, która wyprowadzi z ciemności: „W ciemności pikuje / błysk. Jeden // po drugim / aż do wygaśnięcia” (s. 32). Na razie błysk znika, ale po burzy wychodzi słońce: „Niechaj / się przejaśni / wyjaśni” (s. 36). Nawet fakt, że „Dzień na trwałe jest cieniem” (s. 37), potraktujemy jako działanie światła, odbicie, w jakimś sensie drugie, ciemniejsze (?) oblicze danej rzeczy.

W zbiorze dominują dwa obszary semantyczne: zasygnalizowany już wątek akwatyczny i zbieżny z nim – ognisty. Wśród wyrazów wodnych wymieńmy następujące układy: wspomnianemu potopowi (duża woda) tylko pozornie przeciwstawia się kropelka (woda mikro), bo i w niej mieści się cała prywatna galaktyka. Są również: „zatrzęsienie szronu” (s. 26), „złotawe zacieki” (s. 27), mgła (s. 29) oraz… łza (s. 35). Stany skupienia płynnego żywiołu najpełniej ujmuje Głód: „Chmury. Niebieskie niebo. / Szukać. Wąchać. Woda. Lód. / Albo odwilż” (s. 25). Życie wokół nas paruje, skrapla się, innym razem ścieka, zacina, a może tylko to, co odcieknie, jest coś warte. Na zasadzie uzupełnienia zasygnalizujmy motywy ignistyczne w ich „przetworzonych” formach pyłu, popiołu, czyli krajobrazów po-ogniowych: „Niech będzie że biel / jak bezpieczny dym” (s. 18), „Spopielała noc na dobranoc” (s. 20), „Jak pył. / Jak popiół czyśćca” (s. 33). Gdy strawiona ogniem przestrzeń osypuje się w nicość (noc-ość), to tylko na moment, albowiem dym jest sygnałem dla błądzących, zagubionych.

Cokolwiek by nas nie ograniczało, cokolwiek nie oszukiwało, ostatecznie ochroni nas miłość (wiersz Origami):

Potajemnie i po cichu.
Znienacka. Bez wątpliwości
czy zbędnych pytań. Zawzięcie. Przeciw
bolesnym ranom. Duchom złym
oraz przepowiedniom.

Miłość czynić od nowa
(s. 63)

„Miłość czynić od nowa” to nie tylko dobroduszne wezwanie „Kochajmy się”, lecz szansa. I wiersze Tomasza Hrynacza pozostawiają wybór: albo będziemy dążyć „wygodną” trasą znanych zachowań, albo odszukamy w sobie współczucie wobec siebie i bliźniego.

Arkadiusz Frania

Autor: Tomasz Hrynacz
Tytuł: Noc czerwi
Wydawnictwo: Wydawnictwo FORMA, Szczecin-Bezrzecze 2016, Seria „piętnastka”
ISBN: 978-83-64974-64-9.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.