W najnowszym numerze...

Piotr Gajda - Śruba Archimedesa

Zaczynam się czuć recenzentką towarzyszącą; towarzyszącą serii Białe kruki, czarne owce – bo oto kolejna pozycja z tejże: Piotr Gajda i jego Śruba Archimedesa. O tych książkach jednak nie można nie pisać; są ważne, dobre i nagradzane. A o tej konkretnej książce nie mogę nie napisać ja, należy bowiem ona do pewnego typu poezji, który zdecydowanie mi odpowiada. To twórczość wymagająca, angażująca intelekt, trudna, bardzo mocno intertekstualna, oczekująca konkretnego czytelnika – skupionego, wytrwałego, pogodzonego ze swoją niewiedzą. To wiersze poszerzające horyzonty, zmuszające do poszukiwań, do udzielania konkretnych odpowiedzi. Błyskotliwe, zgrabne – tak, ale niebędące kolorowymi wydmuszkami. Mogłabym podpisać się wszystkimi kończynami pod niezwykle trafnym komentarzem Edwarda Pasewicza: Ilość zabawnych i ilość ważnych pytań, jaka się pojawiła w tej książce, sprawiła, że czytając, miałem ogromną frajdę obcowania z żywą, pulsującą wyobraźnią. Dajmy się zatem wkręcić Śrubie Archimedesa i zobaczmy, co pulsuje głęboko pod powierzchnią okładki.

Książka Gajdy składa się z trzech części, a każdej z nich patronuje kto inny. Pierwszej Dante w kacecie, drugiej Henry Fool, trzeciej zaś Archimedes pomylony. Patronat określonej postaci ma tu duże znaczenie, gdyż wpływa w istotny sposób na konstrukcję tekstów, ich tematykę, metaforykę, język. Podmiot, który wypowiadałby się bezpośrednio, jest tu bowiem raczej rzadkim gościem, stąd zmienność tej liryki, jej dostosowanie do określonego przez autora bohatera. Nie znaczy to jednak, że nie mamy do czynienia ze spójną, przemyślaną całością. Przeciwnie – Śruba Archimedesa jawi się przede wszystkim jako jedność wielości. Zdaje się, że spójność trzech niezależnych osób (czyli części) jest tu zdecydowanie nieprzypadkowa, a jej symbolika dosyć wyrazista. Nie jest to jednak rzecz najistotniejsza w kontekście całości, przejdźmy zatem do próby scalenia tej poetyckiej triady w jedno.

Najważniejszą postacią wydaje się być tytułowy Archimedes, który w całym tomie powraca kilkakrotnie. Autor bawi się motywem śruby Archimedesa, gra z własnymi tekstami i gra z czytelnikiem. Jeden z wierszy zawartych w części Dante w kacecie zatytułowany jest tak samo jak cała ostatnia część – Archimedes pomylony. To także w pierwszej części znajdziemy tekst przybliżający motyw wynalazku przypisywanego temu greckiemu filozofowi i matematykowi. Metafora śruby Archimedesa jest uniwersalna i sytuowana w różnych kontekstach, ale jest w tym duża konsekwencja. Gajda posługuje się słownictwem oscylującym wokół budownictwa, inżynierii, techniki, cywilizacji. Rzeczywistość tych wierszy jest zmechanizowana, w pewnym sensie sztuczna. Poeta konstruuje ją na potrzeby tej konkretnej książki. Tworzy świat niemożliwy, choć jednocześnie solidnie oparty na znanych nam zasadach, będący logiczną konsekwencją rozwoju ludzkości: nieustannego ruchu w przód, a raczej w górę (/…/ wszelki postęp wydaje się obrotem śruby, / wymuszającym ruch do góry). Ta książka nosi pewne znamiona fantastyki poetyckiej, ale zupełnie nie w obszarze dociekań i konkluzji. Te są na wskroś realne, stanowią trzeźwy komentarz rzeczywistości. Gajda po raz kolejny jawi się jako poeta-filozof. Z jednej strony stawia czytelnikowi pytania (znajdziemy ich w książce naprawdę wiele), a z drugiej stawia czytelnika przed niewygodnymi faktami. Jego wiersze to najczęściej opowieści stanowiące pewnego rodzaju parabolę. Swoista poetycka fabuła ułatwia odbiorcy dostęp do najważniejszych kwestii poruszanych na poziomie tekstowym, takich jak: bóg (boskość), duchowość, śmierć, cywilizacja, technika. Gajda nie koncentruje się na jednostce, bo w paraboli nie ma na to miejsca. Pojedynczy bohater może służyć co najwyżej egzemplifikacji, ale wszelkie sytuacje, w których uczestniczy, odnoszą się tak do niego, jak do wszystkich. Stąd też niejednokrotnie zbliżenie do mitu, podkreślanie powtarzalności. Bo nieważne, czy jesteś kapitanem Benjaminem / Willardem czy też porucznik Ellen Ripley, powielasz pewien schemat, wpisujesz się w kontekst (/…/ byliśmy kopią z kopii, / powielaną seryjnie /…/).

Ilość odniesień do filozofii, kultury, sztuki i literatury, jakie w swojej książce umieszcza Gajda, jest olbrzymia. Pewne tropy są bardzo wyraźne, niektóre jasno wskazuje sam autor. Jedne są czytelne, inne zapewne niezauważalne. Jestem pewna, że znaczna część z nich mi umknęła; tym lepiej – może dadzą się dostrzec w kolejnej lekturze. Jednak tak samo jestem pewna, że część kontekstów to ja narzucam tym wierszom. Są one jednak na tyle pojemne, iż przyjmą je bez problemu. Zaletą poezji, jaką uprawia Gajda, jest to, że jej zawartość w równej mierze zależy od autora, jak od czytelnika. Im więcej wiesz, przemyślisz, sprawdzisz i przeczytasz, tym więcej z tych wierszy wyciśniesz. Te teksty także na poziomie działania zbliżają się do maszyny. Stanowią swoiste perpetuum mobile, samonapędzającą się konstrukcję. Na przykład w wierszu Camera obscura pojawia się postać głupca na wzgórzu. Od nas zależy, czy utożsamimy ją z postaciami świętych głupców, czy skojarzymy z piosenką Fool on the hill lub z książką Matta Ruffa, czy wpleciemy w jeszcze inny kontekst. W Apokryfie możemy poszukiwać nawiązań do książki Piotruś. Apokryf, możemy zastanawiać się nad sposobem istnienia ciała w Śrubie Archimedesa i zestawić to w ciekawy sposób z twórczością Leo Lipskiego lub choćby Amelié Nothomb. Gajda podsuwa tropy, ale daje wolną rękę. Mówi: tu macie Josepha Conrada, ale w innym miejscu poszukajcie go sami. Ta pulsująca wyobraźnia, którą zauważa Pasewicz, dotyczy bowiem nie tylko autora, lecz również czytelnika, który może dać się ponieść fantazji. Tym sposobem dla mnie Śruba Archimedesa w przedziwny sposób stała się poetycką wersją Bajek robotów dla dorosłych. Dużo smutniejszą, lecz tak samo prawdziwą.

Przy tym wszystkim nie można pominąć językowego poloru, jakim błyszczą się wiersze Piotra Gajdy. Pytaniom trudnym towarzyszą zabawne, językowe gry często napędzają poszczególne skojarzenia, nawarstwiają sensy. Autor od samego początku z powodzeniem stosuje tę taktykę – pierwsze frazy pierwszego wiersza brzmią następująco: z pustego w próżne, z próżnego w próżnię, z próżni / w próżność, z próżności w prószenie sekund. Śruba Archimedesa jest też rozrywką, ale wymagającą. Nie jest to książka, którą można przeczytać jednym tchem w wolnej chwili. I dobrze.

Najlepszym podsumowaniem Śruby Archimedesa jest zdanie, które pojawia się w ostatnim wierszu: O czym powinna traktować instrukcja, / odwołująca się do symboli, pojęć, fraz, obrazów i dźwięków, / które opisują ich lot? Książka Gajdy jest właśnie taką instrukcją, ale domagającą się uzupełnienia ze strony czytelnika. Gajda opisuje ten lot (ruch w górę), a to, co wypływa na powierzchnię, wcześniej stanowiło mętny osad, odpad, który osiadł na dnie. Ta książka nie uczyni więc was szczęśliwszymi. W zamian za wytrwałość w poszukiwaniu tego, co niewzruszone, dostajecie zużyte ciecze, / roztwory, koloidy lub zawiesiny, a także odpadowe ciała stałe. I parę fraz do zabłyśnięcia w towarzystwie, na przykład taką: Jeśli niebo zaludnia to, co jest wiekuiste, / piekło musi wypełniać samo pieczyste. Brzmi jak całkiem niezły deal, prawda?

Anna Mochalska

Autor: Piotr Gajda
Tytuł: Śruba Archimedesa
Wydawca: Dom Literatury w Łodzi, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi, Łódź 2016
ISBN: 978-83-62733-95-8

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.