W najnowszym numerze...

„Stosunek seksualny nie istnieje”, twierdzi Slavoj Žižek. Albo Jacques Lacan. Dziś już trudno jednego od drugiego odróżnić. Dziś Jacques Lacan i Slavoj Žižek są jak Sokrates i Platon. Pierwszy bez drugiego nie istnieje. Podobnie jak ów stosunek.

Zacznijmy ab ovo: „stosunek seksualny nie istnieje”, twierdzi Slavoj Žižek za – jak zaleca Słownik języka polskiego – Jackiem Lacanem. Obaj mają specyficzny sposób formułowania sądów (więc ten pierwszy może od drugiego zrzynał). Powiedziałbym, iż sposób przemyślny. W myśl zasady Johanna Gottlieba Fichtego (więc może zrzynali obaj, a może i sam Fichte zrzynał i tak można aż do Platona, Heraklita, a może i dalej), w myśl zatem zasady, iż nie ma nowej zasady bez przesady. Zupełnie jakbym czytał podręcznik do sztuki autoprezentacji pt. Sztuka autoprezentacji Marka Leary’ego. Albo co najmniej Jerzego Bralczyka Język na sprzedaż, czyli o tym, jak język służy reklamie i jak reklama używa języka.

„Teza Lacana mówiąca, że «stosunek seksualny nie istnieje», oznacza dokładnie tyle, że struktura «rzeczywistego» aktu seksualnego (aktu z partnerem z krwi i kości) jest ze swej natury fantazmatyczna – «rzeczywiste» ciało innego służy tylko jako oparcie dla naszych fantazmatycznych projekcji. Innymi słowy, «wirtualny seks», w którym rękawica symuluje pobudzenie tego, co widzimy na ekranie itp., nie jest potworną deformacją rzeczywistego seksu. Sprawia po prostu, że widoczna staje się stojąca za nim fantazmatyczna struktura” (S. Žižek, Widmo ideologii).

Piękna myśl i można by ją z grzybkami podać, jak mawiał Witold. Ale atłasowa czapeczka ze srebrnym kutasem na czubku dla tego, kto powie, co w takim razie istnieje? Skoro cała rzeczywistość, cały świat przedstawia nam się jako przedstawienie właśnie, a do prawdziwej rzeczywistości i faktycznego świata „z krwi i kości” nie mamy dostępu ni dudu. Chyba że pod postacią „oparcia dla naszych fantazmatycznych projekcji”. I w ogóle wszystko to sublimacje, projekcje i fiksacje na idolach, jak powszechnie twierdzą psychoanalitycy.

Bo czyż można odpowiedzialnie stwierdzić, że naprawdę istnieje taki Jacques Lacan, że istnieje Slavoj Žižek we własnej osobie – czy choćby jako „akademicka gwiazda rocka” – skoro postrzegamy ich wyłącznie wirtualnie, jako projekcje naszych o nich wyobrażeń? Albowiem nikt nie zna takiego Jacques’a i takiego Slavoja jakich znam ja. A i ja, z biegiem czasu i lektur, znam ich coraz inaczej, choć całkiem możliwe, że wcale nie lepiej. Bylibyż istnieli jako ten stosunek seksualny, czyli nie istnieli wcale (ewentualnie jako owo „oparcie”)?

Tymczasem ja swoje wiem, przeszłość – a mam nadzieję, że i przyszłość – seksualną posiadam i zapewniam, że wszystkie moje (wprawdzie nieliczne) partnerki seksualne to były kobiety z krwi i kości co się zowie. I to z jakiej krwi i jakich kości! A nie tylko z krwi i nie tylko z kości, ale i z łydek, ud, brzuszków, podbrzuszy, piersi, a nadto z warg górnych i dolnych. I bodajby jedli psie gówno, którzy myślą inaczej, że pozwolę sobie na zmianę rejestru.

Bylibyśmy się zatem wszyscy – poza Lacanem-Žižkiem – mylili co do natury stosunku seksualnego i w rzeczywistości wygląda on zgoła inaczej, niż sobie dotąd wyobrażaliśmy? Wręcz przeciwnie! Wygląda on dokładnie tak, jak to sobie wyobrażaliśmy, wyobrażamy i będziemy wyobrażać, albowiem jest to jedyna forma stosunku seksualnego, jaką w ogóle znamy, w jaką jesteśmy duszą i ciałem zaangażowani, jaka daje nam spełnienie. A niech tam! Bądźmy konsekwentni: stosunek seksualny istnieje wyłącznie dlatego, że go sobie wyobrażamy! Gdybyśmy go sobie nie wyobrażali, uprawialibyśmy z naszymi partnerkami (a niektórzy z partnerami) coś, o czym tymczasem nie mamy bladego pojęcia. Czego w takim razie nie możemy nazwać stosunkiem seksualnym. Jak bowiem nazywać coś, o czym się nic nie wie. Co bowiem wiemy o „rzeczywistym ciele innego”, skoro służy nam ono „tylko jako oparcie dla naszych fantazmatycznych projekcji”?

Zaprawdę, można się w tym wszystkim pogubić i niechybnie już się w tym gubić zaczynam. Uprawiamy w końcu seks z oparciem czy może z projekcją? Gdzie się podziały rzeczywiste ciała, które nas tak podniecają? Czy wszystkie moje orgazmy były udawane? Czy niniejsze pytania są rzeczywistymi pytaniami, czy tylko oparciami dla pytań wirtualnych, które mogą liczyć tylko na wirtualne odpowiedzi?

I tak oto, za radą Jacques’a Lacana, zrobiliśmy sobie lekkie pranie mózgu i teraz już sami nie wiemy, z kim/czym nam się jeszcze kochać wypadnie, o ile w ogóle wypadnie. O ile w kulminacyjnym momencie nie wyobrazimy sobie np. Slavoja Žižka, jak go Pan Bóg stworzył, uprawiającego wirtualny seks z jakimś oparciem, podstawą albo i podporą.

A swoją drogą, skoro seks jest wyłącznie kwestią wyobraźni, to widzę tu i dobrą stronę tej minety, wróć, monety. Taką mianowicie, iż moglibyśmy go właściwie mieć jak na zawołanie. Moglibyśmy, mamy czy powinniśmy mieć?

Poza tym sądzę, że Lacan powinien być w końcu do końca opracowany i przetłumaczony w całości na polski, a Žižek przeczytany od deski do deski, od oparcia do oparcia, od prącia aż do samej waginy.

Grzegorz Tomicki

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.