W najnowszym numerze...

Piotr Gajda i Paweł Łęczuk

Paweł Łęczuk: Mieszkasz w Tomaszowie Mazowieckim. Geograficznie bliżej masz zatem do Łodzi, niż do Warszawy. Czy dlatego właśnie Twoja działalność literacka związana jest ściśle z ośrodkiem łódzkim?

Piotr Gajda: I tak, i nie. W Warszawie oczywiście bywałem, że się tak wyrażę „w celach poetyckich”. Dwa lata temu jako laureat „Prawego brzegu”, od kilku lat jestem obecny  na „Manifestacjach Poetyckich”, no i ostatnio miałem u was wieczór autorski - na Twoje zaproszenie zresztą. Natomiast w Łodzi jestem związany z tamtejszym środowiskiem literackim skupionym wokół kwartalnika artystycznego „Arterie”. Ale nie tylko. Moje „łódzkie” kontakty” to także Piotrek Grobliński i Wydawnictwo „Kwadratura”, Robert Rutkowski, czy Przemek Dakowicz, ale też Wiesiek Przybyła i Tomasz Cieślak - obaj związani ze środowiskiem akademickim. Autorem blurba umieszczonego na moim debiucie był na przykład Jerzy Jarniewicz, poeta, tłumacz i krytyk literacki. Oczywiście z Łodzi.

: A co było zanim powstało pismo?

PG: Pisałem wiersze, jak każdy maturzysta. Później, przez prawie dwadzieścia lat w zasadzie tylko okazjonalnie pochylałem się nad jakimś tekstem. Trochę pisałem do lokalnej gazety. Pochłaniało mnie wykonywanie „lichych prac na lichych etatach” i życie rodzinne - te wszystkie powszednie rzeczy, które spotykamy na naszej drodze. Dopiero w roku 2000 napisałem kilka wierszy i wysłałem je na lokalny konkurs, który odbywa się od prawie trzydziestu lat w moim rodzinnym mieście. Zdobyłem w nim I nagrodę, a po latach zostałem przez chwilę jednym z jego jurorów. I praktycznie tak wyglądał mój pierwszy „comeback poetycki”.

: Spodobało się?

PG: Spodobało, tym bardziej, że kilka lokalnych konkursów wygrałem niejako „pod rząd”. W pewnym momencie spotkałem Krzyśka Kleszcza (mieszkaliśmy na tym samym osiedlu), który jest ode mnie trochę młodszy (może dlatego nie znaliśmy się wcześniej) i od tego momentu nasze drogi poetyckie przebiegają jakby „równolegle”. Rozmawiamy o poezji, oceniamy swoje wiersze, w tym samym 2008 roku wydaliśmy obaj swoje pierwsze książki, itd… To właśnie Krzysiek zaprosił mnie w imieniu Zdzisława Jaskuły do Łodzi, na pierwsze, założycielskie spotkanie koła poetów skupionego wokół łódzkiego SPP.

: mŁódź literacka?

PG: Dokładnie tak. Przy Andrzeju Strąku i Zdzisławie Jaskule, którzy byli takimi naszymi „praojcami”, stworzyliśmy ją w kilka osób.

: Nie zamykacie się za bardzo we własnym gronie?

PG: Nie wydaje mi się. Wręcz przeciwnie. Kłócimy się we własnym gronie, zwłaszcza to ja kłócę się z „łodziakami”, z którymi często dzieli mnie znaczna różnica zdań na pewne tematy. Wychodzimy z „łódzkiego getta”, które tak naprawdę nie jest tym, czym się wydaje. Jeździmy z Przemkiem Owczarkiem po okolicy. Na przykład w ostatnim numerze „Arterii”, tym, który Ci podarowałem (z moją książką) jest materiał o Tomaszowie i o Tarasce. Staramy się, żeby to nie był tylko kwartalnik łódzki, ale też pismo o „prowincji oświeconej” a więc o miejscach, z których pochodzimy. Tegoroczna edycja „Pulsu Literatury” odbędzie się także w Brzezinach, Skierniewicach, Tomaszowie Mazowieckim i Łodzi. To nie wygląda tak, że my się poklepujemy po plecach i wszystko jest fajnie. My się nawzajem nawet tak bardzo nie wspieramy. Natomiast często krytykujemy siebie, wytykamy nieprawidłowości. Jeżeli napiszesz słaby tekst, to ci to wytkną. Jeżeli napiszesz dobry tekst, to też ci o tym powiedzą. Taka jest „mŁódź”. Chłodna dla „swoich”.

: Prowadzisz dość intensywnie blog literacki „Biała fabryka”. Dlaczego akurat wspólnie z Krzyśkiem Kleszczem?

PG: W Tomaszowie chyba tylko nas dwóch to interesuje, to po pierwsze …

: No, jest jeszcze Tomasz Bąk …

PG: Tomek dołączył dopiero w ostatnim okresie. Jest tylko trochę starszy od mojego syna i w tej chwili studiuje we Wrocławiu. Historia z Tomkiem rozpoczęła się od tego,  że pewnego dnia zorganizowałem warsztaty poetyckie w MBP. Bo spodziewałem się, że z Krzyśkiem być może nie jesteśmy jedynymi poetami w mieście (he,he). I co się okazało? Przyszli emeryci i ludzie bardzo młodzi. I Tomek jest taką perełką z warsztatów. Młody, zdolny i piękny (he,he). Dziś już laureat kilku niezłych konkursów. W tej chwili przygotował projekt książki – nie tylko moim zdaniem bardzo dobry, i myślę, że przed nim jest niezła poetycka przyszłość. Natomiast wracając do „Białej fabryki”, jest to jedna wielka improwizacja, my się nie umawiamy i wklejamy, każdy z nas z osobna co chce. Robimy to wspólnie od roku i nigdy nie było żadnej znaczącej kłótni między nami. Ja akurat w świecie komputerowym jestem o wiele mniej zaawansowany. Początkowo wysyłałem do Kleszcza newsy na pocztę i on to wklejał, bo ja nie umiałem. To nawet nie jest blog literacki. Żeby taki był trzeba mieć mnóstwo czasu na szlifowanie tekstów, na układanie z nich pewnej przemyślanej koncepcji, konstrukcji. My opisujemy te wydarzenia, w których uczestniczymy fizycznie. Wklejamy różne dziwne rzeczy. Taki rodzaj poszerzonej strony autorskiej.

: Miałeś w swojej przygodzie z poezją etap funkcjonowania w portalach literackich?

PG: Tak, miałem. Gdzieś w okolicach roku 2007 Krzysiek pokazał mi jak wklejać teksty na Nieszufladę i swoje „wiersze” właśnie tam wklejałem. I to był mój drugi „comeback”, w zasadzie ten ważniejszy - dużo się nauczyłem. Ale wtedy portale były inne, niż dzisiaj – sporo niezłych poetów i niewielka liczba tzw. „trolli”. Odwrotnie, niż dzieje się to teraz. Moim zdaniem portale poetyckie wciąż pełnią ważną funkcję - informacyjną – można się dowiedzieć z nich, co się dzieje, gdzie i kiedy. Natomiast ich funkcja „warsztatowa” jest dzisiaj moim zdaniem znikoma.

: Wyniosłeś coś dla siebie z tego doświadczenia?

PG: Tak jak wspomniałem - na pewno zalążek warsztatu. Także pierwsze znajomości poetyckie, które sobie niezwykle cenię, bo poeci (za wyjątkiem tych kilku zrujnowanych przez własne ego) to są generalnie inteligentni ludzie.

: Ciężko było wydać pierwszą książkę? Była jakaś presja, że czas najwyższy?

PG: Nie było presji. Nie miałem jeszcze wówczas pewności, że przyszedł na to już czas…Wszystko jest kwestią pewnych okoliczności. Wówczas to moi koledzy z „mŁodzi” podjęli taką decyzję, a ja zbytnio nie protestowałem (he,he).

: To wobec tego powiedz czy łatwo było coś napisać już po ukazaniu się „Hostelu”?

PG: Kiedyś to już powiedziałem w wywiadzie, że debiut w przypadku poety to jest coś takiego, że w zasadzie debiutujesz ciągle. Bo nigdzie nie jest powiedziane, że ten następny wiersz będzie równie dobry, co ten pierwszy. Tak samo jest z książką. W moim przypadku było tak, że dopiero po debiucie nagle poczułem presję czasu. Dotarło do mnie, że zarówno   w środowisku łódzkim, jak i na różnych konkursach w Polsce, bardzo często jestem po prostu najstarszy. I poczułem pewien głód posiadania następnej książki. Nie wiem czy słusznie. Muszę przyznać, że ja piszę mało, pracuję bardzo długo nad konkretną frazą.

: Przejdźmy do muzyki. W „Arteriach” nie publikujesz swoich wierszy, prowadzisz za to dział muzyczny. Jakie są Twoje fascynacje muzyczne właśnie?

PG: W moich wierszach tego być może nie widać, jednak muzyka w moim życiu jest bardzo ważna. Słuchanie muzyki dla mnie jest czymś bardzo radosnym. Jestem fanem muzyki – zbieram płyty, jeżdżę na koncerty. Na tym polu spełniły się moje marzenia, ponieważ wychowywałem się na muzyce zespołu Black Sabbath. To była moja pierwsza absolutna muzyczna fascynacja. I nigdy bym nie przypuszczał (na przykład w 1981 roku), że kiedyś stanę pod samą sceną na koncercie tego właśnie zespołu – a tak się stało w roku 2008. To było dla mnie zupełnie mistyczne przeżycie. Po koncercie całkowicie ogłuchłem i przez kilka dni nie mogłem mówić – widocznie tak się „darłem”. Bilet z koncertu zachowałem do dzisiaj…

: Jak się czujesz jako animator kultury?

PG: Tak naprawdę wszystko jest kwestią organizacji i zapotrzebowania. Nie ma żadnego patentu na udaną imprezę, czy spotkanie autorskie. Mam wrażenie, że Wam w dużych miastach jest jednak trudniej, bo niby jest więcej ludzi, ale wszystkiego jest po prostu „więcej”. U nas nie ma alternatywy, dlatego nawet na trudne spektakle i spotkania literackie przychodzi sporo ludzi, bo są spragnieni sztuki. Nigdy nic się nie uda, jeśli powiesi się jeden plakat na mieście. Zawsze trzeba się w to zaangażować, zapracować na frekwencję. Ale do samego końca nie wie się, ile osób przyjdzie na spotkanie z poetą, czy na koncert. Czasem wraca się do domu po dwutygodniowej, samotnej pracy organizacyjnej z poczuciem klęski. Po co? Dla kogo? Niemniej, organizacja takich imprez to jeden z elementów mojej pracy (generalnie chyba bardziej jestem urzędnikiem niż animatorem), za którą pobieram wynagrodzenie pochodzące z publicznych pieniędzy. Dlatego nie mam wyjścia, muszę to robić.

: Może na zakończenie wróćmy do literatury. Powiedz, co czytasz i czy to się jakoś zmienia z biegiem czasu?

PG: Zmienia się, oczywiście. Nałogowo kupuję książki na „allegro”, w antykwariatach i na różnego rodzaju „pchlich targach”. Na pójście do księgarni niestety mnie nie stać. Czytam także wiersze znajomych poetów, tomiki, które mi podarowano. Jest tego bardzo dużo – mnóstwo autorów i mnóstwo tytułów. Proza, poezja, biografie, różne rzeczy z dziedziny filozofii lub historii literatury. Naprawdę, trudno wymieniać konkretnie…

: Nie masz pokusy żeby zabrać się za prozę?

PG: Pewnie, że mam. Ale sam wiesz jak jest. W przypadku prozy potrzebna jest dyscyplina. Ja jestem na to tak naprawdę zbyt leniwy. Poza tym napisałem „dopiero” dwie książki poetyckie. A już się tym bardzo zmęczyłem (he,he).

: Pozostaje mi trzymać kciuki za nowe pomysły i życzyć wszystkiego dobrego. Dziękuję za rozmowę.

 

Rozmowę przeprowadzono 13 października 2010 roku w Warszawie.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.