W najnowszym numerze...

Tomasz Mielcarek - Obecność

Maj. Słońce. Zakwitły bzy, jarzębiny, a dzisiaj widziałam nawet pierwsze dzikie róże. Na przekór temu, dwujęzyczny zbiór wierszy Tomasza Mielcarka „Obecność/Presence” powitał mnie obrazem świata, w którym wzgórza są pogięte przez wiatr, a krajobraz nad rzeką – surowy jak sucha kromka chleba. Wiersze zaczynają się od chłodnej zimy i ten chłód utrzymuje się aż do końca, mimo że wraz z bohaterem wierszy przechodzimy przez kolejne miejsca i pory roku. Gdyby wiersze miały kolory, te byłyby szaroniebieskie jak niebo o piątej rano, kiedy niezależnie od miesiąca zawsze jest zimno i wilgotno. Z moim ogólnym wrażeniem dobrze się komponuje prosta, biała okładka z przyciągającą uwagę, ale nie „przekombinowaną” grafiką. Z ilustracji przebija zamęt i zapuszczenie przedstawionego świata, co okazuje się bardzo trafnym wstępem do znajdujących się w zbiorze wierszy.

Jak zwykle wypowiedzi zamieszczone na końcu książki przeczytałam dopiero po lekturze. Moją uwagę przyciągnęło zdanie napisane przez Marcina Orlińskiego: „Obecność? Raczej nieustanny rozpad”. Rzeczywiście, w przedstawionych w tekstach obrazach, mimo ich pozornego spokoju, pojawia się coś, przez co czytelnik odnosi wrażenie, że ma do czynienia ze światem, który chyli się ku upadkowi, przemija. Nie jest to kwestia jedynie częstych bezpośrednich nawiązań do śmierci. Wrażenie to zawdzięczamy głównie pośrednim opisom, dającym nam do zrozumienia, że stoimy w obliczu nieodwracalnych zmian. Ścieżka już niemal całkiem zarosła, a jeszcze niedawno / pojedyncze kępy trawy wyglądały jak pierwsze krople deszczu / na wyschniętej ziemi – czytamy na przykład w wierszu „Odwiedziny”. Jest to dobre podsumowanie wszystkiego, co tu widzimy, nieuniknionego końca, przemijania znanego świata i – być może – zapowiedzi czegoś nowego. Przebijający z tych tekstów dziwny zastój świata przedstawionego, a nawet pewien rodzaj jego rozkładu pozostawiają odległy, ale niedający się stłumić cień niepokoju, który pozostaje jeszcze długo po zakończeniu lektury.

Czym jednak tak naprawdę jest ten – tylekroć już przeze mnie wspomniany – „świat” ukazany w wierszach Tomasza Mielcarka? Na pewno można tu dostrzec przewijającą się przez cały zbiór małą miejscowość, która leży nad rzeką, może nad pojawiającą się w pierwszym utworze Narwią, ale niekoniecznie. Położenie jest tu o tyle ważne, że rzeka wielokrotnie powraca w kolejnych tekstach. Jawi się tutaj nie tylko jako element krajobrazu, ale wręcz jako jego podstawowa cecha, coś groźnego, nieustannie wpływającego na życie mieszkańców. Widać to zwłaszcza w późniejszych wierszach, gdzie dobitnie ukazuje się nam, że układanie wałów zajęło cały tydzień, / a teraz worki w okamgnieniu / pęcznieją jak ziarna grochu. Później, kiedy fala opadnie, okaże się, że wbrew temu, czego się nas uczy, woda niesie raczej śmierć, niż życie, że świat, który pozostaje, gdy opadną fale jest brudny, przegniły, pokryty szlamem.

Miejscowość jest mała i powoli odchodzi w zapomnienie. Drogi zarastają, a dom ucichł – jego dźwięczenia i potrzaskiwania / chowają się w szparach, z których wylazły. Kiedy nie pada, jest gorąco i lepko, a drżące w upale powietrze grozi pożarem. Mimo to, w głosie osoby mówiącej o przemijającym, pachnącym butwiejącym drewnem miejscu, w którym nawet zapach ściętej trawy mieszał się z zapachem spalin i potu robotników słychać trochę nostalgii. Być może jest to tęsknota za przemijającym dzieciństwem, może po prostu żal wywołany przez nieuchronne zmiany zaburzające znany porządek świata, a może strach przed śmiercią?

Śmierci bowiem również jest tutaj bardzo dużo. Widać to zwłaszcza w wierszach, w których z niewielkiej wsi przenosimy się do miasta. Miasto również jest mokre i brudne, woda wybiła z kilku studzienek, a dzieci obrzucają się błotem w czasie burzy. Później, gdy robi się cieplej, niewiele się zmienia. Miasto jest tutaj miejscem choroby, gorączki, miejscem, gdzie człowiek znajdzie się na smyczy respiratora, który długo, może zbyt długo, nie pozwala odejść, a później nie pozwala spokojnie zapomnieć. Wtedy dopiero dostrzega się, że cmentarz rozrósł się, dojrzał i trzeba się zastanawiać, co się stało z kobietą, która mieszkała samotnie przy parku i karmiła ptaki.

Tamte miejsca – byłem tam; / patrzyłem na nie, a one zmieniały się, / aż pewnego dnia stały się obce – pisze Tomasz Mielcarek w kończącym zbiór wierszu „Obecność”. I to moim zdaniem jest istotą tego zbioru – próba uchwycenia tego momentu przejścia świata ze znanego w nieznany, pokazania stanu bieżącego w taki sposób, by jednocześnie nie zatracić tego, co było wcześniej. Moim zdaniem jest to próba udana. Niewątpliwie, wiersze zawarte w zbiorze „Obecność” to teksty, które zapadają w pamięć, tym bardziej, że tak naprawdę każdy jest w stanie odnaleźć tutaj coś, co byłoby mu bliskie. Jest to z pewnością lektura, która wymaga chwili skupienia i uwagi, nie zbiór, który można pochłonąć w pół godziny i po którym tak naprawdę nic nie zostaje. Moim zdaniem jednak warto jest poświęcić trochę czasu na zapoznanie się z nim, zobaczyć, ile z własnych wspomnień możemy odnaleźć w wierszach Tomasza Mielcarka.

Anita Katarzyna Wiśniewska

 

Autor: Tomasz Mielcarek
Przekład: David Malcolm
Tytuł: Obecność/Presence
Wydawnictwo: Dom Literatury w Łodzi, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział Łódź
ISBN: 978-83-62733-19-4

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.