W najnowszym numerze...

Björk - koncert w Reykjaviku 2008 r.

Napaliłem się na wysmażenie tekstu o muzyce islandzkiej. Już zacierałem ręce na myśl o tym, jak genialnie przełożę ją na słowa, wyciągnę muzyczny ekstrakt  i oddam prawdziwego ducha magicznej wyspy dźwięków. Włączyłem laptopa, włączyłem mój ulubiony islandzki band i... i wyłączyłem się. OpenOffice był otwarty, czekał na pierwsze zdanie, pierwszy wyraz, na choćby jedną literę, a ja przekręciłem się w fotelu, zapatrzyłem na łyse drzewa za oknem i ruszyłem w podróż do przeszłości. W latach 2005-2010 mieszkałem w Islandii i nigdy wcześniej ani później tak intensywnie nie uczestniczyłem w życiu muzycznym. Prawie co weekend (a i nierzadko w ciągu tygodnia) byłem na jakimś koncercie, nieraz miałem problem z tym, na co się wybrać, bo jednocześnie kilku interesujących wykonawców grało w różnych punktach miasta. W Reykjavíku żyje jedna trzecia populacji islandzkiej, a zarazem niemal cała islandzka populacja muzyczna (jeśli nie ma takiego pojęcia, jak populacja muzyczna, to już jest). Mieszkałem w centrum stolicy i największe gwiazdy islandzkiej muzyki miałem na wyciągnięcie ręki. Na koncercie Ghostigital stałem na krześle obok również stojącej na krześle Björk (było to 300 metrów od domu, w którym mieszkałem), podczas koncertu Sigur Rós stałem tak blisko basisty, że mógłbym wspólnie z nim zagrać na jego Fenderze (również 300 metrów od domu), koncert Gus Gus odbywał się tuż za murem, na sąsiednim podwórku (w linii prostej 10 metrów od domu). A teraz jestem w Polsce. I jak widać z Polski islandzką muzykę?

Islandzka muzyka stała się bardzo popularna, w Polsce również. (Z pewnością jest to konsekwencja faktu, że modna stała się Islandia w ogóle). Do niedawna znaliśmy tylko Björk, Sigur Rós i Múm, ostatnio furorę zrobił zespół Of Monsters And Men, ale ja chciałbym zwrócić uwagę na grupy trochę mniej znane. Grup tych jest multum, ciągle powstają nowe składy, niejeden muzyk gra w kilku zespołach, można się w tym pogubić. Kiedyś obliczyłem, że w Islandii w przeliczeniu na jednego mieszkańca jest 12 razy więcej szkół muzycznych niż w Polsce. To, że w Islandii ktoś na czymś gra, jest tak naturalne, jak umiejętność pisania i czytania. Wpadasz na koncert zupełnie nieznanej grupy i szczęka ci opada, bo widzisz, że grają jak zawodowcy.

Przejdźmy do konkretów. Z góry zaznaczam, że wybór omawianych poniżej zespołów jest subiektywny i niektórzy mogą być zawiedzeni, że brakuje tego lub tamtego. Po prostu chciałbym zainteresować paroma dźwiękami, o których niekoniecznie jest głośno w Polsce. Fani islandzkiej muzyki zapewne znają stronę www.muzykaislandzka.pl. Strona prowadzona z ogromnym zaangażowaniem, jej autorzy śledzą wszystkie nowości płytowe z wyspy, ale początkujący fan z pewnością się w tym pogubi i nie zorientuje się, czy ma do czynienia z gwiazdą czy z zespołem trzecioligowym. Zaglądam tam czasem, ale jakoś nie odkryłem nuty, która zwaliłaby mnie z nóg. Mam wrażenie, że wszystkie nowości bazują na dokonaniach poprzedników sprzed kilku lat. Być może mój pobyt w Islandii zbiegł się ze złotym okresem muzyki islandzkiej? A może po prostu chodzi o to, że trzeba ten cały ruch muzyczny widzieć na żywo, być jego uczestnikiem, a nie tylko odsłuchiwać poszczególne kawałki z youtube.

Singapore Sling – psychodeliczny, garażowy rock, monotonny wokal na tle sprzężonych do granic możliwości gitar. Mogą kojarzyć się z The Jesus And Mary Chain, ale – jak dla mnie – są o niebo lepsi. Od kilkunastu lat idą własną ścieżką, niewiele zmieniają w swojej muzyce i zmieniać nie muszą. Byłem na czterech koncertach, cztery razy dostałem siekierą w łeb. Polecany utwór na dzień dobry:

Benny Crespo's Gang – wokalistka na pierwszych stronach gazet, teledyski w TV, wywiady itd., słowem gwiazda, gwiazda, która na co dzień sprzedaje płyty w sklepie muzycznym (taka specyfika islandzkiej sceny muzycznej – gra się nie dla kasy, ale z pasji). Mocny, rockowy band, fajnie bawią się brzmieniem i rytmem. Polecany kawałek (wraz z obrazkiem):

Dr Spock – faceci występujący w gumowych rękawiczkach (żółtych lub różowych) i w dziwacznych strojach. Rock and roll z jajami. Śpiewają po islandzku, co jest – niestety – coraz rzadsze, jeśli chodzi o islandzki rock.

Ghostigital – chora, porąbana elektronika. Duet stworzony przez Einara Örna Benediktssona, który w latach 80. był współzałożycielem The Sugarcubes, zespołu, który zapoczątkował podróż islandzkiej muzyki po świecie (śpiewała w nim Björk).

Mr. Silla & Mongoose – duet, w którym śpiewała wokalistka grupy Múm (aktualnie występuje solo jako Mr. Silla). Wolne, nastrojowe kawałki, grane na ukulele z dużą domieszką elektroniki. Niestety, nagrali tylko jedną płytę.

Worm Is Green – melancholijna elektronika z damskim wokalem, klimaty trip-hopowe. Gdyby nie oni, nie byłoby grupy Samaris, która obecnie uchodzi za jeden z najciekawszych islandzkich muzycznych produktów eksportowych.

Sometime – idealna sielanka na sobotnie domówki. (Sentyment chyba bierze tu górę nad samą muzyką – dwukrotnie brali prąd z mojej kuchni, gdy grali na podwórku przed domkiem, w którym wynajmowałem parter).

Jest sobota, będą znajomi, jeśli nie będzie Sometime, to z pewnością będzie (już ja się o postaram) hicior, którego nie może zabraknąć na porządnej imprezie, czyli Jeff Who?, którym się żegnam:

 

Mirosław Gabryś

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.