W najnowszym numerze...

The Clash - London Calling

Gdybym dziś podczas koncertu rockowego zobaczył gitarzystę dewastującego swój instrument, co najwyżej ironicznie bym się zaśmiał (kilka lat temu widziałem i się nie śmiałem, ale o tym potem). Tego typu efekciarstwo nie robi już wrażenia. W przypadku gwiazdy taki manewr destrukcyjny jeszcze ujdzie, ale wyobraźmy sobie, że zamachu na swoją gitarę dokonuje muzyk podrzędnej, lokalnej grupy rockowej. Raczej zrobiłby z siebie kretyna. Gwiazdom wolno wszystko, tylko po co? I tak każdy powie, że Hendrix czy Townshend robili lepszą demolkę, a przede wszystkim – byli pierwsi.

Pete Townshend, lider grupy The Who, uchodzi za jednego z najlepszych gitarzystów wszech czasów. Jego grą inspirowali się m.in. Jimmy Page (Led Zeppelin), Slash (Guns N'Roses), Jeff Beck i Jimi Hendrix. Pierwszy raz zdewastował gitarę w roku 1964 (miał wówczas 19 lat), gdy przez przypadek podczas koncertu w Harrow uszkodził szyjkę instrumentu. Roztrzaskał gitarę na kawałki, a następnie kontynuował grę na innym instrumencie, udając, że ta scena była zaplanowana. Odtąd mordowanie gitar stało się stałym punktem programu koncertowego The Who. Podczas jednego z koncertów w Niemczech Townshend miał przygodę z policjantem, który wycelował w niego broń i kazał mu natychmiast przestać niszczyć instrument. Perkusista The Who, Keith Moon, w doprowadzaniu do ruiny instrumentów nie mógł być gorszy – demolował bębny, używając prochu strzelniczego. Podczas występu w programie telewizyjnym „The Smothers Brothers Comedy Hour” w 1967 roku Moon przygotował dziesięć razy więcej prochu niż zwykle. Doszło do tak poważnego wybuchu, że Townshend stracił słuch w jednym uchu. Keith Moon szczególnie lubił wysadzać toalety. Za zniszczenia w hotelach zapłacił pół miliona dolarów. Ale to już inna szalona historia.

Jimi Hendrix, powszechnie uznawany za najwybitniejszego gitarzystę w historii muzyki rockowej, zaczął grać na gitarze w wieku 15 lat, wcześniej „grał” na kiju od szczotki i na znalezionym przez jego ojca ukulele z jedną struną. Hendrix zasłynął nie tylko z nowatorskiej techniki gry i brzmienia, ale również z akrobatycznych popisów na scenie (granie na gitarze trzymanej za plecami czy potrącanie strun zębami). Szeroki rozgłos przyszedł po występie na festiwalu w Monterey w 1967 roku. Wówczas niespełna 25-letni muzyk na zakończenie koncertu podpalił, a następnie roztrzaskał swojego pomalowanego w hipisowskie wzory Fendera Stratocastera. Gitara płonąc ciągle wydawała dźwięki, całe widowisko było tak efektowne, że mówi się o nim jako o najwspanialszym happeningu w historii rocka. Hendrix kochał gitarę jak nikogo na świecie, spał z nią w jednym łóżku, by później złożyć ją w ofierze na scenie.

W latach 70. najsłynniejszymi mordercami gitar byli Paul Stanley, Ritchie Blackmore i Paul Simonon. Paul Stanley to lider i gitarzysta zespołu Kiss, który jako pierwszy zrobił z koncertu rockowego spektakularny show. Charakterystyczny makijaż, kostiumy, petardy, sztuczne ognie, zianie ogniem, wysięgniki wynoszące muzyków ponad widownię. No i oczywiście rozwalanie gitar, którym towarzyszyły efektowne wybuchy ognia. Ritchie Blackmore, czyli gitarzysta grupy Deep Purple, to wirtuoz, który na scenie zapominał o otaczającym go świecie i w muzycznym ferworze znacznie wydłużał swoje utwory, by poprzez dzikie, drapieżne solo dojść do zupełnej kakofonii, zakończonej przerobieniem instrumentu na wióry. Potrafił nie tylko walić korpusem w podłogę, ale też wywijać gitarą nad głową, trzymając ją za same struny (bez problemu mógł zabić kogoś z publiczności lub któregoś z członków zespołu). Paul Simonon, basista grupy The Clash, skasował swój instrument tylko raz. I właśnie ta jedyna destrukcja gitarowa została uwieczniona na zdjęciu, a zdjęcie to trafiło na okładkę płyty „London Calling”, dzięki której zespół osiągnął dość poważny sukces komercyjny.

Przejdźmy do lat późniejszych. Kurt Cobain często rzucał gitarą w co tylko się dało. Gdy sufit był nisko, to koniecznie musiał w niego rąbnąć, a jeśli był wysoko, to wyrzucał instrument w górę z całych sił. Ponadto oczywiście atakował wzmacniacze i perkusję, również manekiny służące za scenografię (bach i odpada głowa, bach i odlatuje tułów). Stosował też inne, zewnętrzne środki, na przykład wiertarkę – wwiercał się w korpus gitary, a następnie robił z instrumentu wiatrak. Ale to już zupełnie inna bajka niż u Hendrixa. Tu mamy tylko wściekłość i szaleństwo, bezsensowną demolkę. Kto następny? Gitarzysta grupy Muse, Matthew Bellamy, podczas trasy promującej płytę „Absolution” w roku 2004 unicestwił 140 gitar i dzięki temu pojawił się w „Księdze rekordów Guinnessa”. Nie wiadomo, ile w sumie instrumentów rozwalił, bo rozwala je do dziś. W 2010 roku magazyn muzyczny „Total Guitar” ogłosił go gitarzystą dekady. Nie wiem, czy jest gitarzystą dekady, ale z pewnością jest destruktorem dekady. Z bardziej znanych niszczycieli gitar należy jeszcze wymienić muzyków grup Saxon, Van Halen, Manic Street Preachers czy Green Day. Billie Joe Armstrong, wokalista i gitarzysta Green Day, podczas jednego z koncertów ujrzał na telebimie napis ”1 minuta” i, przekonany, że za minutę jego zespół musi zejść ze sceny, zaczął nadmiernie używać słowa „fuck”, a następnie zrobił to, co wszyscy bohaterowie tego tekstu. Wyglądało to na zaplanowaną akcję, typowo komercyjny zabieg pod publikę, a tymczasem fani zachwycają się Armstrongiem, że niby z niego taki autentyczny i niepokorny urwis.

Osobiście widziałem tylko jedną poważną demolkę na scenie, ale zespół zdemolował wówczas cały swój sprzęt. Combichrist to jedna z bardziej znanych grup nurtu electro-industrial. W 2012 roku na zakończenie festiwalu Castle Party w Bolkowie zrobili show, którego nie sposób zapomnieć. Poszło wszystko po kolei – gitary, klawisze, bębny, których części rzucali publiczności (zbyt daleko stałem, żeby wrócić z pamiątką w postaci złamanego gryfu czy choćby kawałka pałeczki perkusyjnej). Grupy grające ten rodzaj muzyki nie należą do gwiazd, którym zakup nowego instrumentu nieszczególnie uszczupli budżet. Nie wiem, ile zespół Combichrist wziął za występ, być może zwróciły im się poniesione straty.

Na koniec trochę żenady. Po pierwsze Yngwie Malmsteen, który podczas koncertu niby przypadkiem idzie w ciemny kąt, przez moment jest niewidoczny, ale nie w stu procentach niewidoczny, bo jednak widać to, co miało pozostać niewidoczne, czyli szybka akcja asystenta podmieniającego gitary. Po tej podmianie Malmsteen rozwala jakiś niewiele wart szajs. Po drugie młodociany gwiazdor Justin Bieber, który podczas tegorocznej gali „Grammy” rzuca gitarą akustyczną o scenę. Jak dotąd to ostatni zamach na instrument, o jakim słyszałem. Niech jakiś porządny muzyk czym prędzej rozpirzy gitarę, bo Hendrix się w grobie przewraca. Za chwilę dojdzie do tego, że wykonawcy disco polo będą rzucać swoim playbackiem. (I niech to zrobią, raz, a dobrze).

Mirosław Gabryś

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.