W najnowszym numerze...

Wydawnictwo: Stowarzyszenie Salon Literacki
Strony: 48
ISBN: 978-83-941209-2-4
Warszawa 2015
Seria Salonu Literackiego (23)

Informacje

Redakcja: Dorota Ryst, Teresa Radziewicz
Redaktorzy serii: Dorota Ryst, Sławomir Płatek
www.salonliteracki.pl

Projekt okładki: Arkadiusz Łuszczyk
Na I stronie okładki wykorzystano kolaż Marii Kuczary „Cisza 1”
Zdjęcie na IV stronie okładki: Arkadiusz Łuszczyk

Skład i łamanie:

© Copyright by Andrzej Szaflicki, Warszawa 2015

Druk i oprawa: DANMAR Biuro Edytorsko-Usługowe
www.danmar.waw.pl

Książka dofinansowana z budżetu Gminy Małkinia Górna
i Powiatu Ostrowskiego

 


 

Nota od Autora

Czym jest, czym może być dla prawie sześćdziesięcioletniego faceta jego debiutancki tomik wierszy? To chyba przede wszystkim zmiana stanu trwania historii minionych, sytuacji byłych, miejsc od dawna opustoszałych i ludzi, z których wielu próżno już szukać na nadbużańskich ścieżkach. Wszystko to dotąd kołatało się gdzieś w bazach danych, na owym niezbyt twardym, ale jeszcze jako tako działającym dysku pamięci, a teraz, za sprawą słów i strof, ma szansę wyjść ku „ludzkości”. Po części jest ta książka opowieścią o takim czasie, w którym szczęście było zbyt oczywiste i wszędobylskie, by mogło poznać swoje imię. To opowieść o niewielkim i bardzo prostym świecie. Niemniej zajrzyj do niego, Czytelniku. A nuż znajdziesz tu coś dla siebie.

Andrzej Szaflicki

 


 

jazzband

skrzypce:
dzień zaczynał się od podsłuchiwania wszechświata.
w uchu przytkniętym do telefonicznego słupa
szumy galaktyk transmisje igrzysk międzyplanetarnych
i drzazgi. a potem kosmiczni szpiedzy z proc do nut
na pięciolinii. uciekały rozćwierkane i nie wszystkie. 

kontrabas:
sąsiad był cichy spokojny. a krowę miał taką wariatkę.
przecież tylko raz niewinnie rózeczką po zadzie
a ona zaraz z rogami. trzeba było w nowych
szykownych dresach i pepegach przez bagno i chaszcze.
po praniu zasadniczym uciekłem z domu na zawsze
i nigdy nie wróciłem. aż do obiadu. jasne i klarowne
absoluty z dolnych rejestrów dzieciństwa.

perkusja:
z tego Sławka to był niezły majsterek. gong samoróbka
przywitał kiedyś księdza po kolędzie perlistym dyszkantem
ki chuj? Marek potrafił o czwartej nad ranem bębnić
w blaszany kocioł bo nie dobawił się na dyskotece.
Krzysiek skoczył z mostu na jakieś badyle. odtąd chodził
w glorii jednojajowca. takie rytmy.

saksofon:
woda w Bugu i turkot pociągu na moście mają dzisiaj
odczyn tenorowy. nadrzeczną ścieżką idzie dziewczyna
w jasnej powiewnej spódnicy. taka prosta i oczywista
że nie powinna tutaj być. oddala się. już jej nie znam.
jazzband zwalnia. jest gotowy na finał.

 

suma wszystkich miodów

Dawidowi Majerowi

jak to jest mieć prawie sześćdziesiąt lat?
niespodziewanie i głupio chociaż normalnie.
oczywiście normalnością wyłącznie subiektywną.
możesz wyjrzeć przez okno przytulić się
do porannego chłodu – nikt słowa nie powie.
rzeczy dzieją się coraz bardziej same.
i ten minimalizm bracie – z pojęć szerokich
jak kosmos zostaje ci tylko o kurwa.

nie boisz się?
że nagle jakiś pstryk i zgaśnie światło? szkoda czasu.
nieuniknione wlezie wszędzie więc do dupy z nim.
pod najczystszym niebem każdy może
dostać w łeb meteorem. póki co trzeba wierzyć
w pogotowie energetyczne i świeczki.
reszta kwestią rutyny.

a kobiety?
no tak. kobiet trochę żal.
zwłaszcza tych z którymi nie wszedłeś
powiedzmy na lampkę malibu. ale to wieczne
nie chcę nie mogę nie powinnam
ta wciąż niezgłębiona zawartość ud
te piersi lewa prawa ciągła walka
z grawitacją. jak długo można wytrzymać
walący się na ciebie cały miód świata? ale spoko
pszczoły kiedyś zasną.

więc już tylko pamięć?
pamięć wcale nie jest zła. to jak woda z rzeki
w której kiedyś pływałeś. teraz spada
deszczem. tak – bywasz jak zmoknięty pies
ale niezmiennie pamiętasz smak tamtych
jeżyn.

pierdolisz facet.
jedyna okazja.