W najnowszym numerze...

Wydawnictwo: Stowarzyszenie Salon Literacki
Strony: 44
ISBN: 978-83-936416-8-0
Warszawa 2014
Seria Salonu Literackiego (19)

Informacje

Redakcja: Jakub Sajkowski, Sławomir Płatek
Redaktorzy serii: Dorota Ryst, Sławomir Płatek
www.salonliteracki.pl

Projekt okładki: Arkadiusz Łuszczyk
Grafiki na pierwszej stronie okładki i wewnątrz: Tomasz Markiet
Zdjęcie na czwartej stronie okładki: Arkadiusz Łuszczyk

Skład i łamanie:

© Copyright by Marcin Kleinszmidt
© Copyright by Tomasz Markiet
Warszawa 2014

Druk i oprawa: DANMAR Biuro Edytorsko-Usługowe
www.danmar.waw.pl

Książka sfinansowana ze środków Miasta Gdańska
w ramach Stypendium Kulturalnego Miasta Gdańska
i Stowarzyszenia Salon Literacki

 


 

Nota od Autora

Należałoby się jakoś przedstawić. Urodziłem się w 1990 roku w Gdańsku, żyję tu do dziś. Zapewne ma to wpływ na to, jak ukształtowała się moja osobowość oraz moje zainteresowania. Ta książka to owoc tych zainteresowań, doświadczeń, przemyśleń.

Marcin Kleinszmidt

 


 

Klon Bombadil

Ładną mamy dziś pogodę – liście
tańczą jeden po drugim i kładą się
na karkach. Hej, merry derry dol dong,
posadzki tańczą razem z nimi, znam,
pamiętam tę melodię. Proboszcz wrócił
z Jizreel, może nam udzielić ślubu,
jeśli zechcesz – kiedy zechcesz, udamy się na kawę.
Nie chcesz? Nie pij, to nie jest warunek
konieczny, aby podjąć rozmowę, znaleźć się
we dwoje za kierownicą brzdąca, który
nie wie, że tęczówka nie jest córą tęczy.
Wy młodzi wszystko macie za nic,
a nic macie za wszystko mruczy król
kloszardów, przemycający swoje błogosławieństwa
między ulicami. Hej, chodź, merry dol, derry -
liście skaczą z drzew i lądują na chodnikach
i kartach. Sól na drogach, sól na kamienicach, sól
w cukiernicy prezesa – konserwuję w niej pożywienie.
Zgłoski i interwały porastają sierścią,
której dotyk drażni. Hej, merry derry dol dong,
pamiętam, jak tańczyły wtedy posadzki
wieczorami, tak teraz włosy dęba przy
różańcu. Proboszcz wrócił z Jizreel,
może nam udzielić kawy. Nie chcesz?
Nie pij. Ładną mamy dziś pogodę.

 

Najmniejsza planeta

Mam szorstko w kieszeni
i matowo w głowie, bo nie moje
okno w nie moim pokoju jest
szorstkie i matowe, gdy się
do niego przytulić. Bo ona
wyszła i nie ma z kim dzielić
czułych gestów. Przez cudzy obiektyw
nie dostrzegam konturów liści, pnących
się dopiero na barykadzie dzielącej mój
balkon od nie mojego balkonu. Nie dostrzegam.
Nie doglądam. Nie dojrzewam.
Ale ona wraca i wstydzę się gestu,
wstydzę się, żeby zapomnieć,
że się wstydzę i spożywam nieumiarkowanie.
Jak katarakta dawkuje mi nurt,
wydziela kęsy i mówi mi na zdrowie.
Na zdrowie. Katarakta jak rak
przewraca kartę na drugą stronę,
pustym do góry.
Następnie chwyta długopis
i wypisuje mi receptę
na czas i przestrzeń, może trochę
jodu – wydaje mi przepustkę.
Pani Róża, jak na dłoni,
bez pokrycia, szach mat – bestia.

 

Blues club

Kiść przystanków przy dworcu
jak bronksowskie lenno, każdy
spływa swoim własnym sokiem.
Człowiek krąży, człowiek jest nieobecny,
wielki nieobecny z wielkim
radiomagnetofonem na ramieniu kruszy tynk.
Jest strop –
czarna muzyka środka lata.