W najnowszym numerze...

Co jakiś czas w historii literatury okazuje się, że „Rękopisy nie płoną” – dokonujemy odkryć po latach, wskrzeszamy. Chyba najbardziej znany przypadek to losy Rękopisu znalezionego w Saragossie. Ale dziś o odkryciu z czasów znacznie bliższych. Co nie znaczy, że bliskich.

Wojna - to już tyle lat, wydaje się tak dawno. Wydaje się, że już tyle wiemy, wszystko zostało powiedziane, odkryte. A jednak ciągle może się zdarzyć coś takiego jak książka, którą ostatnio dostałam od Leszka Żulińskiego. Drzwi otwarte na nicość Melanii Fogelbaum są ze mną od niedawna. To zbiór wierszy poetki, która z łódzkiego getta została wywieziona do Auschwitz i tam zginęła. Nigdy o niej nie słyszeliście? Ja wcześniej też… Ten zbiór to pierwsze pełne wydanie znalezionych w ruinach rękopisów (w 2004 r. wydano 24 wiersze). Wszystko to zdarzyło się dzięki kilku osobom – pani Zymler-Svantesson i Leonowi Kownerowi, którzy ocalili brulion, Leszkowi Żulińskiemu, który zaopiekował się skanami i wreszcie Markowi Piechockiemu, który rękopisy odczytał. A nie było to wcale proste. Gdy bierzemy książkę do ręki musimy pamiętać, że mamy do czynienia z brulionem, a nie zapisem gotowym do druku, zredagowanym. Na szczęście edytorzy oparli się pokusie wprowadzania zmian, poprawek, „szlifowania” tekstów. Piszę na szczęście, bo dzięki temu dostajemy tekst surowy, ale będący zapisem czasu, dokumentem. Świadectwem czasu okrutnego, ale zarazem noszącym wszelkie cechy utworu literackiego wysokiej próby. Myślę, że dodatkowym argumentem przemawiającym za pozostawieniem tych wierszy bez współczesnej redakcji był fakt, że wiedza o ich autorce jest zbyt skąpa i nie pozwala przez to na snucie przypuszczeń jak mogłaby przebiegać jej ewentualna praca nad tekstem.

Co wiemy o Melanii? Niewątpliwie urodziła się w 1911 roku, w rodzinie żydowskiej, wraz z matką trafiła do łódzkiego getta, gdzie pracowała w Wissenschaftlichte Abteilung, czyli w Oddziale Nauki, będącym czymś w rodzaju lokalnego „muzeum etnograficznego”. Możemy przypuszczać, że rodzina była zasymilowana, o czym świadczy fakt, że pisała tylko po polsku i że Melania otrzymała staranne wykształcenie. W jej tekstach widać ogromne oczytanie, znajomość nurtów poetyckich Dwudziestolecia, a zamieszczone fragmenty esejów o sztuce zdecydowanie nie są pisane przez laika. Nie wiemy, czy pisała przed wojną, czy może dopiero ta trauma obudziła w niej poetkę. Nie wiemy jak rozwinęłaby się ta twórczość, gdyby autorka przeżyła. Możemy rozmawiać tylko o tym zapisie.

Mogę powiedzieć, że te wiersze mnie zaskoczyły, a może nawet poraziły. Treść – świadectwo czasu to jedno, ale też forma – zdumiewająco nowoczesna, bliska awangardzie, zupełnie inna niż to, co z nurtu poezji żydowskiej tamtych czasów dane mi było czytać. Wiersze zaskakują językiem – rozbijaniem struktur, szukaniem nowych znaczeń i brzmień, ale i obrazami – malarskimi, ale bliższymi nurtów nowoczesnych, niż akademickich. Znajduję w tych utworach echa awangardy – pierwszej, z jej „słowotworzeniem” i drugiej, z jej ciemnymi brzmieniami, katastrofizmem. Szczególnie bliska wydaje mi się ta twórczość innemu poecie międzywojnia, wykreślonego niemal zupełnie z historii literatury w czasach PRL, Władysława Sebyły. Podobne obrazowanie – wizja miasta „molochu”, młyny, ślepcy, szczury. Można powiedzieć, że w losie Fogelbaum stało się, ziściło to, co w swoich wizjach przepowiedział Sebyła.

Przed pustką stygnę w grozie.
Więzi mnie wola ciała, wszystkiego stworzenia
Strachy i nędze w żyłach moich krzyczą
I na ziemi i w niebie czyhają cierpienia,
I poją chleb powszedni bezsilną goryczą.
[W. Sebyła, Ojcze nasz]

ślepcy
ślepcy chodzimy ulicami
sienie niby na przestrzał a ślepe
serca ślepe umęczone
mury niewidzące
mury bez oczu
donikąd donikąd
miasto, garnek rozpękły w drutach
miasto pstre a bez barwy
bez dźwięku
w skorupach ruder owiniętych drutem
życie czka smród skwaśniałej zupy

[M. Fogelbaum, *** (biorę garść mroku zza okna...)]

Takich literackich pokrewieństw znajdziemy więcej – pobrzmiewają tu i echa Leśmiana i Czechowicza i Skamandrytów. Nie możemy też zapominać, że to zapis dramatu Holocaustu, w jego bardzo indywidualnym aspekcie, przerażająca egzystencjalna trwoga osobistej tragedii. I możemy tylko cały czas powtarzać sobie pytanie jaką drogą poszłaby autorka, gdyby dane było jej zabrzmieć pełnym głosem...

Dobrze, że wokół Drzwi otwartych na nicość zaczyna się coś dziać. Powstają recenzje, artykuły – recepcja jest coraz szersza. 31 marca Radio Łódź wyemitowało godzinną audycję przygotowana przez Joannę Sikorzankę poświęconą poetce. 7 marca w Kaliszu odbył się wieczór jej poświęcony, przygotowany przez Stowarzyszenie Łyżka Mleka. Zabrzmiały wiersze, słowa krytyków i „sprawców” tego wydania, a całość zakończył koncert piosenek inspirowanych kulturą żydowską (z tekstami Izabeli Fietkiewicz-Paszek i Teresy Rudowicz) kaliskiego zespołu Rozmark Cafe. Sala Centrum Kultury była wypełniona – to cieszy. Mam nadzieję, że słuchacze - i wieczoru i audycji – poniosą dalej twórczość Melanii Fogelbaum. No i jeszcze ogromna nadzieja, że uda się w łódzkich archiwach znaleźć więcej informacji na jej temat. Jeśli tak, na pewno dowiemy się tego z audycji Joanny Sikorzanki, która obiecała, że do tej poetki będzie jeszcze wracać.

Drzwi otwarte na nicość to ważna książka, mam nadzieję, że uda się „pokazać ją światu”, chciałabym, żeby stała się znana – jako ciekawa poezja i jako memento…

* * *
na zewnątrz czarny wiatr
odgina się od zaciśniętych ram okiennych
sypie trzciną szumów na
otępiałe ślepe ślepia końskie
w kopyta, chłepcące bruk
sto, dziesięć razy na dzień
z zgniłych sieni
wypełzły po życie trupy
po życie
[Melania Fogelbaum]

Dorota Ryst

 


fot. Paweł Madaj

 


fot. Arek Łuszczyk

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.