W najnowszym numerze...

Gdzie szukać egzotyki? Może w kinie? A gdyby tak sięgnąć po filmy przedwojenne? Spróbujmy… Na początku jedno ważne zastrzeżenie – to nie jest tekst krytyczny, ani tym bardziej artykuł naukowy z zakresu historii kina. To tylko lekki, wakacyjny, a przede wszystkim subiektywny przegląd starych taśm.

Oglądając przedwojenne polskie filmy można odnieść wrażenie, że ówczesny świat to jeden wielki salon. Bo też duża część produkcji filmowej sprzed roku 1939 bazowała na utartych, przewidywalnych schematach melodramatycznych i realizowana była głównie w dekoracjach znajdujących się w halach filmowych. Ale nie jest to specyfika polskiego kina – tak działał przecież Hollywood, wzorzec dla innych kinematografii. Poza wszystkim, kręciło się szybko i tanio, a to nie sprzyjało poszukiwaniu plenerów, uzależnianiu się od kaprysów pogody. Zresztą po co, skoro na całym świecie większość plenerów kręciło się w atelier.

Najwięcej chyba polskich filmów w tym okresie powstało w Warszawie, tam też rozgrywała się ich akcja. Zdjęcia, o ile zdarzyło się, że nie były kręcone w studio, wykorzystywały plenery warszawskie. Każde więc pojawienie się innego środowiska możemy już uznać za osobliwość. Taka egzotyka „krajowa” to przede wszystkim filmy kręcone w rejonach górskich. Tatrzańskie plenery najciekawiej prezentują się w filmach Adama Krzeptowskiego – Biały ślad z roku 1932 i Zamarłe echo z 1934. Warto też wspomnieć Halkę z 1937, czyli ekranizację opery Stanisława Moniuszki (ciekawostką jest, że dialogi do tego filmu napisał Jarosław Iwaszkiewicz), Tajemnicę panny Brinx (1936), czy Sportowca mimo woli (1939). W okresie, o którym mówimy, egzotyką mieszczącą się w granicach Rzeczpospolitej była też Huculszczyzna. I szczęśliwie mamy ją nieźle pokazaną w filmie Przybłęda z roku 1933 (reż. Jan Nowina-Przybylski).


Film „Czarna perła” / zdjęcie ze zbiorów mbc.cyfrowemazowsze.pl.

Jeśli zaś chodzi o niecodzienność i niezwykłość z importu, to chyba najwięcej zawdzięczamy Eugeniuszowi Bodo. Najpierw był Głos pustyni z 1932 roku. Scenariusz, na bazie powieści F. A. Ossendowskiego Sokół pustyni, napisał Bodo wraz z Anatolem Sternem (warto tu wspomnieć, że ten poeta związany z futurystami, był też wziętym scenarzystą filmowym), on też zagrał jedną z głównych ról (groźnego i krwawego szejka Abdallaha), a całość wyprodukowała wytwórnia B-W-B Film, której był współwłaścicielem. Reżyserował rekordzista, jeśli chodzi o ilość zrealizowanych filmów pełnometrażowych, Michał Waszyński. Choć nie udało się uciec od obowiązującego schematu melodramatycznego (acz i tak bije na głowę Syna szejka z samym Rudolfem Valentino, który modę na obrazy o pustyni, szejkach i Beduinach zapoczątkował), film wart jest uwagi, choćby dlatego, że wszystkie zdjęcia plenerowe kręcono w Algierii, na Saharze, jak i na poziom udźwiękowienia.

Kolejnym egzotycznym filmem Bodo była Czarna perła opowiadająca, jakżeby inaczej, o romansie polskiego marynarza i młodej Tahitanki. Do wątku romansowego dochodzi sensacyjny. Jeśli jednak przyjrzeć się bliżej egzotyka jest tutaj niemal całkowicie „made in Poland” – ujęcia plaży w filmie były kręcone na Helu. W tym celu specjalnie sprowadzono i posadzono na helskiej plaży, która miała imitować plenery Tahiti, sztuczne palmy. Za to prawdziwie egzotycznym elementem jest odtwórczyni roli Moany – Reri, która śpiewa Dla ciebie chcę być biała. Nota bene film powstał specjalnie dla niej – łączył ją z Eugeniuszem Bodo krótki, ale płomienny romans.

Był jeszcze jeden film kręcony w roku 1931 m.in. w Afryce i Jugosławii – opowiadająca o losach polskiego legionisty pod koniec I wojny światowej, Ostatnia eskapada (reż. Wacław Serafinowicz), jednak nic nie wiadomo o tym, żeby choć jedna kopia zachowała się do naszych czasów.

Na koniec warto wspomnieć jeszcze jeden obraz – zupełnie nietypowy, jak na czas, w którym powstał. Dokumentalno-inscenizowany, przypominający znacznie późniejsze, powojenne filmy powstałe w duchu neorealizmu, kręcony był wyłącznie w oryginalnych plenerach i wnętrzach i opowiadał o trudnych początkach osadnictwa w Palestynie młodych polskich Żydów. Mowa o mało znanym dziele Aleksandra Forda Sabra, z roku 1933.

Jak więc widzimy, trochę tej egzotyki w przedwojennym polskim filmie było, jest co pooglądać na urlopie. A może w ogóle warto wrócić do tych filmów? One przecież, niemal wszystkie, niezależnie od tego gdzie były kręcone i o czym opowiadają, są dla nas podróżą w jednym z najbardziej egzotycznych kierunków, czy jak się ostatnio mówi „destynacji” (co mój słownik uparcie poprawia na „destylacji”…). Podróżą w przeszłość.

Maria Jaśminowska

 


Kadr z filmu „Przybłęda” / zdjęcie ze zbiorów Fototeki Narodowej

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.