17.05.1979

imieniny

to nieprawda że od piątego roku życia
pamiętam
łóżeczko i krzyż nad drzwiami
do godziny 16.30 modliliśmy się żeby tata
wrócił a od 16.30 że może lepiej jednak nie

nie pamiętam natomiast imienin A.D. 1979
przyszło podobno dużo innych pięciolatków
podobno ciasto i sałatka z grzybkiem
podobno oranżada i dostałem
podobno różowy beret
(muszę się streszczać to był
przekaz ustny a nie pisemny a poza tym
nie mogę wyjść poza format papieru należy oszczędzać znaki
nie wiadomo który jest sądzony ostatni)

to było skrajnie niepoważne ten róż przecież ktoś
w tym czasie mógł umierać

ojciec gapił się przez otwór
do wnętrza butelki
niedługo potem przyszli
smutni panowie i zabrali do więzienia
wódka wciągnęła go zupełnie

po prostu długo nie wypływał
z początku nikt nie wiedział o co chodzi bo był świetnym pływakiem
nie mogliśmy uwierzyć

a potem go szukali
ale nie znalazł się nawet
kiedy go pochowali wciąż siedzi w mule na dnie
przez wodę patrzy do góry
jak w rozcieńczonej przestrzeni po drugiej
stronie załamuje się światło
i rozprasza

 

 

 

Cytaty kursywą pochodzą z rozmów z Leszkiem Żulińskim, Leszek był jednym z tych, którzy próbowali wyłowić Milczewskiego-Bruno.

 

 

 


Dzienniki rumskie 25

Marcowe dzienniki rumskie (które naturalnie nigdy nie były dziennikami, ale przez podobieństwo aury do Dzienników gwiazdowych nazywają się tak, jak się nazywają) zacząć należy od kotów. Otóż pomimo marca koty zachowują się nadzwyczaj spokojnie. Niepokój natomiast ogarnia niektórych ludzi walczących o prawa kotów (prawo do do konserwy, prawo do drapania i inne prawa obywatelskie). Zostałem dodany do facebookowej grupy mających kota na punkcie kotów. Wypisałem się, dodano mnie znowu. Wypisałem się, dodano mnie znowu (nie, nie powtarzam się). Wypisałem się i zablokowałem, ale facebook sugeruje mi, że powinienem się zapisać. Zaczynam wierzyć w spisek. Całe szczęście, że marzec ma się ku końcowi (pisałem to jeszcze w marcu).

Przyszli panowie naprawić pralkę, bo się zepsuła. Naprawili, szybko i fachowo. I dobrze, że naprawili, bo będę musiał wyprać wszystko, obok czego przeszli.

W Rumi otwarto nową księgarnię i teraz są już dwie. W jednej są głównie kredki, zabawki i zeszyty (z poezji – Poświatowska i Dehnel). W drugiej książki katolickie i cukierki „boże krówki”. Nazywa się „Anielska księgarnia”. Obejrzałem katolickie książki, bo jest i beletrystyka, i eseistyka. Obejrzałem, popadłem w zadumę. Myślę, że Tertulian nie spodziewał się, jakie drastyczne konsekwencje ludzie wyciągną z jego postulatu sprzeczności wiary i używania mózgu.

Jest już kwiecień, pora kończyć wpis. Odkryłem dziś jednak ciekawą stronę – to aplikacja na rządowej witrynie Wielkiej Brytanii. Wpisuje się tam swoją ulubioną postać (rzeczywistą), a aplikacja zbiera dane innych osób o tych samych upodobaniach, porównuje je i mówi kim jesteś. Wpisałem kilka moich ulubionych postaci. Okazuje się, że jestem mężczyzną. Spoko. Że mam powyżej 55 lat, posiadam kanarka, moim ulubionym sportem są bobsleje, jadam brukselki, interesuję się modą i celebrytami, mam skrajnie prawicowe poglądy, moją ulubioną marką jest Microsoft, śpiewaczką – Britney Spears i noszę „rurki”.  Nosce te ipsum, kurwa mać (pierwsza część zdania po łacinie, druga też).

Link do testu


Dlaczego ja, prawolewak, sprzeciwiam się PiS

Dlaczego ja, polski patriota, z punktu widzenia „rowerzystów i wegetarian” – konserwatysta (choć z punktu widzenia konserwatystów – lewak), nie popieram PiS? Ja, wychowany na paleotelewizji (którą PiS chce przywrócić), na romantycznej mitologii narodowej wymieszanej z cherlawym totalitaryzmem (to najkrótsze streszczenie programu PiS) – dlaczego nie umiem poprzeć tej partii? Dlaczego, pomimo że szereg ich postulatów jest wyrażanych w warstwie językowej podobnie, jak ja bym je wyraził? Niektóre ich założenia (założenia – a nie rozwiązania!) w gospodarce czy polityce zagranicznej przecież nie są wcale dalekie od moich przekonań. Jest jedna prosta odpowiedź: nic nie jest takim, jakim się wydaje. PiS serwuje zatrute jabłka, w których nie widać i nie czuć trucizny. Tak naprawdę jednak tej partii chodzi o coś zupełnie innego niż to, o czym mówi.

Od dawna jestem zwolennikiem silnego państwa świeckiego z wysoką świadomością obywatelską. Nie kwestionuję pojęcia narodu, ale też nie zamierzam wdawać się po żadnej ze stron w spór, czy „obywatelstwo” jest ważniejsze niż „narodowość”. Obywatelstwo i naród istnieją i będą istnieć, nie są w opozycji. Jestem natomiast przeciwny państwu ateistycznemu, podobnie jak państwu religijnemu. Państwo świeckie, to taki twór, który jest suwerenny politycznie i ideologicznie, a wolności i ograniczenia są podyktowane dobrem wspólnym, a nie interesem jednej grupy przeciwko drugiej. To twór, w którym ludzie zwracają się do duchownych z takim samym szacunkiem, jak do świeckich obywateli. To znaczy – mówią „panie kierowco”, „panie doktorze”, „panie księże”, ale nigdy – „proszę księdza” lub „ojcze”. Tu już widać co najmniej trzy punkty, których PiS nie jest w stanie zaakceptować: przyszłość, obywatelskość i świeckość. Uzasadnię:

1. PiS patrzy wstecz. Jedną z ich podstawowych motywacji jest szukanie zemsty. Człowiek, który się mści, żyje przeszłością. Postać mściciela, znana z literatury, filmów i analiz psychologicznych, jest uwięziona w przeszłości. Niekiedy jest w stanie zacząć normalnie żyć, ale dopiero po dokonaniu zemsty. Dopóki się nie zemści – jest uwięziony. PiS to więźniowie przeszłości. Być może chcą żyć normalnie, ale nie będą w stanie, dopóki się nie zemszczą. W obecnej sytuacji państwo polskie i jego rozwój jest zakładnikiem tej zemsty. Nic nie potwierdza tej tezy równie mocno, jak niedawna nagonka na Wałęsę.

Co do Wałęsy – jeszcze jeden fakt – PiS przekroczył pewną niezwykle ważną granicę. Wałęsę można i należy krytykować, ale to, co zrobiono, nie jest już atakiem na Wałęsę, tylko atakiem na Polskę – na elementy, które przeszły już dawno z życia do mitu, współtworzą kręgosłup świadomości narodowej, decydują o wizerunku za granicą. Sam Wałęsa już dawno przestał mieć „prawa autorskie” do samego siebie, jego prywatność jest czymś zupełnie innym niż „Wałęsa” jako pojęcie historyczno-kulturowe. PiS nie uderzył personalnie w Wałęsę, tylko w mit, dobro wspólne, własność narodu; naszym krajem rządzą ludzie, którzy nie odróżniają takich rzeczy. Albo – co gorsza – odróżniają i atakują świadomie, strach pomyśleć co nas czeka w tym drugim przypadku.

2. PiS wprowadza niektóre pomysły, które wyglądają z pozoru znakomicie. Np. pewne programy telewizyjne, takie jak Sonda. Mam jednak bardzo poważne wątpliwości, czy robią to w celu przywrócenia misji mediom publicznym. Pomijam już dyskusję o tym, czy media publiczne są zdolne do udźwignięcia misji i czy w ogóle istnieje coś takiego jak „misja” w mediach publicznych. Załóżmy, że to wszystko jest możliwe. Ja też chętnie zobaczyłbym znowu Sondę równie dobrą jak dawniej. Podejrzewam jednak, że to „nadawanie misji” nie wynika z autentycznej troski o Naród, a po prostu z sentymentu dla czasu, w którym wychowywali się ideolodzy PiS, ze zwykłej nostalgii, na którą próbują też złapać widzów. Dla nich PRL jest arkadią i próbują do niej wrócić. Chcą znowu, jak w czasach swojej sielskiej czy burzliwej młodości, zobaczyć Sondę i Misia z okienka. Poczuć się jak w domu, jak za komuny. Włączyć telewizor z gadającą głową i wierzyć we wszystko, co głowa powie.

Kryje się za tym coś naprawdę groźnego. Oni reaktywują nie tylko sentymentalne programy telewizyjne, oni w gruncie rzeczy próbują reaktywować PRL (wielu z nich być może nie rozumie żadnej innej rzeczywistości niż rzeczywistość PRL, to kompleks generacji, której tamten ustrój wyprał mózgi). Jest to partia krypto-totalitarna, coraz mniej się z tym kryjąca. Więcej, jest tu prawdopodobnie ukryty jeszcze inny, silniejszy kompleks, mianowicie kompleks Edypa. PRL jako ustrój jest znienawidzonym, wszechpotężnym ojcem wszystkich członków tej partii. Nie uporali się do dziś z tym wpływem. Nadal próbują jednocześnie zabić ojca, ale też upodobnić się do niego. Nie chcę mówić, kto w tej figurze (kompleksu Edypa) byłby dla PiSu matką, bo ktoś mógłby się poczuć urażony ideologicznie.

3. Rzecz najważniejsza i nie jest to bluźnierstwo, jak łatwo by można pomyśleć. To chłodna analiza, po wielu obserwacjach i przemyśleniach: PiS to nie jest ideologia walki o Polskę i polskość. PiS to grupa ludzi pracująca dla obcego państwa. I wcale nie chodzi o Rosję; przypuszczam, że działania osłabiające Polskę w relacji z Rosją nie wynikają ze świadomej współpracy różnych Macierewiczów ze służbami Federacji. Raczej z nieudolności i niskiej inteligencji politycznej. PiS pracuje dla silniejszego mocarstwa niż Rosja, mianowicie dla Watykanu. Ponieważ ich rozgrywka toczy się o powrót do hierarchii średniowiecznej, użyję tej terminologii: PiS stara się, żeby Polska była lennem Watykanu. Nie dlatego, że chcą źle dla Polski, ale dlatego, że ci ludzie wierzą w średniowieczny uniwersalizm. Dla nich wszystkie spory sprowadzają się do walki Boga z Szatanem. Tu nie ma miejsca na jakąś tam Polskę, w tej narracji nie ma azylu, tu jest się albo fragmentem armii boskiej, albo szatańskiej. A sztabem armii boskiej na Ziemi ma być katolicyzm. PiS to partia ludzi, którzy próbują z Polski zrobić coś w rodzaju „kawalerii katolicyzmu”, ich duma narodowa ogranicza się do tego, że świat katolicki podziwia swoje najlepsze oddziały, a te najlepsze oddziały to Polacy walczący o katolickość. O katolickość, a nie o Polskę. Polacy byli wielokrotnie w historii „najlepszymi oddziałami” cudzych armii i cudzych spraw (że wspomnimy choćby Świętą Ligę, kampanie napoleońskie i Bitwę o Anglię). Nigdy na tym dobrze nie wyszliśmy, zawsze nasz wielki sojusznik zostawiał nas z ręką w nocniku. I dokładnie tak samo skończymy, będąc „kawalerią katolicyzmu”. Watykan wydyma nas, tak jak wydymał nas Napoleon i Churchill, jak Amerykanie, którym robimy „łaskę”.

To klasyczny ciąg dalszy sporu o inwestyturę i nie widać końca tej przepychanki. Rzym nadal uważa, że każdy Cesarz jest co prawda władcą w swoim państwie, ale jednocześnie lennikiem Rzymu. PiS w tym sporze stoi po stronie Rzymu przeciw Cesarzowi. Krytykują od lat „serwilizm”, sami jednocześnie promując „wasalizm”. Z politycznego i społecznego punktu widzenia jest to oczywiście praca dla obcego rządu, ktoś bardziej nerwowy może nazwałby to zdradą, ja ograniczę się do przytoczenia celnej opinii, że symbolem Polski nie jest krzyż, tylko biało-czerwona flaga i orzeł. Zhołdowanie ideologiczne nie może być lekarstwem na zhołdowanie gospodarcze i polityczne. Tu nie ma mniejszego zła, oba są wielkie i być może nieodwracalne. Obawiam się, że to już nie chodzi o to, czy przegramy tę walkę z marginalizacją i rozpadem państwa na „państwo fikcyjne”, że przytoczę podsłuchanego polityka. Być może. Ale gorsze jest to, że nawet nie spróbowaliśmy powalczyć. Spróbowaliśmy jedynie jakoś się w tym bajzlu urządzić. Spróbowaliśmy być cinkciarzami Europy albo przedmurzem chrześcijaństwa (chociaż od jakiegoś czasu „chrześcijaństwo” jest równie fikcyjne jak „państwo polskie”). Tego spróbowaliśmy i niech nikt nie mówi, że się nie udało. Pełen sukces: byliśmy cinkciarzami i byliśmy przedmurzem. To do cholery, czego więcej chcemy? Na co narzekamy, z czego jesteśmy niezadowoleni?


Podsumowanie filmowe 2015

W zeszłym roku brałem udział w fajnej ankiecie dla pisma Przezrocze na temat filmów roku 2014. Przezrocze zmieniło obecnie profil, więc nie było ankiety. Tak czy owak mój subiektywny głos wrzucę tu (bo czemu nie), a kategorie podzieliłem tak, jak było w Przezroczu. Oczywiście, nie oglądałem wszystkiego. W samej Europie ukazuje się około 1500 filmów rocznie, ale tylko niewielka część światowej produkcji trafia do Polski. Mnie udało się obejrzeć około 140 filmów, które miały premierę w 2015 roku. Może to ktoś potraktuje jako rekomendacje, a może jako okazję do rozmowy. Niektóre z nich recenzowałem na portalu Cinerama. Ostatecznie widzę to tak (chodzi o filmy z premierą polską w 2015 roku, czyli niektóre są starsze, ale u nas były właśnie w tym roku):

Najlepsze filmy światowe:

  1. Ex Machina
  2. Dark Places
  3. Czarny węgiel, kruchy lód
  4. Strangerland
  5. Pentameron
  6. Rover
  7. Turbo Kid
  8. Road to Paloma
  9. Lost River
  10. Inherent Vice


Najlepsze filmy gatunkowe:

  1. Spectre
  2. La French
  3. Who Am I
  4. Kill Me Three Times
  5. Colt 45
  6. No Escape
  7. Mad Max Fury Road
  8. Most szpiegów
  9. The Treatment
  10. Cybernatural


Najlepsze filmy polskie:

  1. W spirali
  2. Sąsiady
  3. Ziarno prawdy
  4. Demon
  5. Obce niebo
  6. Karbala


Najlepsza animacja:

Baranek Shaun, odrobinę za nim Pudłaki


Najlepszy debiut:

Jason Momoa – Road to Paloma (zastanawiałem się jeszcze nad Lost River Goslinga)


Nadzieja na przyszłość:

Konrad Aksinowicz


Soundtrack:

Road to Paloma, ex aequo z Turbo Kid


Rozczarowania:

  1. Gwiezdne wojny – przebudzenie Mocy
  2. Kryptonim U.N.C.L.E
  3. Noc Walpurgi
  4. The Lobster
  5. Terminator


Najbardziej niedoceniony film

Carte Blanche, niedopuszczony do festiwalu w Gdyni, w niczym nieustępujący innym podobnym, po prostu dobry i po prostu zapomniany.


Kreacja aktorska:

Wojciech Pszoniak w Excentrykach


Inne filmy, na które warto zwrócić uwagę:

Amor Fou Jessiki Hausner – niezwykły talent tej pani i makabrycznie celne obserwacje, przy tym kontynuacja najlepiej rozumianego kina autorskiego.
Warto wspomnieć o filmach, które formalnie łapią się w to zestawienie (premiera polska była w 2015), ale są to filmy generacyjnie należące do roku 2014, zwłaszcza ze względu na szaloną ilość nagród, które dostały. Chodzi oczywiście o Birdmana i Whiplash. Co do obu mam pewne wątpliwości. Nie, żeby mi się nie podobały, ale czy aby na pewno są aż tak bardzo dobre, jak otrąbiono.
Ciekawym przypadkiem jest dla mnie The Eichmann Show, który warto obejrzeć, ale uważam, że zarówno tematyka, jak jej interpretacja, mają cechy wielkie i cechy miałkie.


Komentarz:

Kino gatunkowe raczej rozczarowało. Wszystkie sequele składają się z remiksów wcześniejszych produkcji. Niekiedy jest to zrobione z polotem (Spectre), innym razem topornie (Terminator, Gwiezdne wojny). Ciekawie rozwijają się produkcje australijskie, francuskie, koreańskie, niemieckie, węgierskie. Nieźle jest także w Polsce, ale nie było dzieł osiągających wyżyny z 2013 roku.
Produkowane są ogromne ilości filmów nostalgicznych (osadzonych głównie w wątkach i estetyce lat 70. i 80.). Żeby wymienić choć niektóre – Le FrenchRoad to PalomaTurbo KidTerminatorGwiezdne wojnyCórki dancinguMad Max Fury RoadDark PlacesInherent Vice, Belfast 71, Kung FuryPixelsMost Violent Year każdy w trochę inny sposób. Pojawia się też coraz więcej – raz gorszych, raz lepszych – filmów z obszaru posthumanizmu. Przesterowana kolorystyka stała się takim samym środkiem wyrazu jak światłocień w noir. Na to zanosiło się od dawna, ale znikły już ostatnie wątpliwości.
Dużo dobrego kina artystycznego i autorskiego. Obok tego zalew szmiry w rodzaju Avengers, niestety – na przyszły rok zapowiedziano tego jeszcze więcej. Pożyjemy – zobaczymy.


„Myśleć kreską”

Tytuł wpisu jest cytatem.

Cytat pochodzi z konfesyjnego wpisu na facebooku, a jego autorem jest Władysław Edward Gałka. Człowiek, którego właściwie nie znam. Spotkaliśmy się na forum Salon Literacki, kiedy jeszcze na tej witrynie było aktywne forum. Okazało się, że Władek (przeszliśmy na „ty”) więcej rysuje niż pisze. Kilka miesięcy temu, na festiwalu w Kaliszu, oglądałem książki wydane przez Bogdana Zdanowicza. Ich ilustratorem był Władysław Edward Gałka. Tak się składa, że zilustrował także mój tomik wierszy awaria migawki z 2013 roku.

Nie jestem zawodowcem w sprawach sztuk plastycznych, piszę to jako miłośnik, a nie specjalista. Jednak dla mnie ten artysta jest swego rodzaju fenomenem. Naturalnie, wnikliwe oko zauważy w jego kresce wpływy kubizmu, zwłaszcza Picassa, ale oczywiście nie tylko. Wydaje mi się jednak, że nie jest to w żadnym wypadku naśladownictwo, raczej swoiste pokrewieństwo wrażliwości, sposobu widzenia. Jego rysunek, pomimo że przekracza wzorce awangardowe, nie jest moim zdaniem ponowoczesny. Raczej kontynuuje konstruktywne eksperymenty z plastyką widzenia i ekspresyjnością minionej epoki. Stąd tak doskonale odpowiadał mi jako rama plastyczna do wierszy z awarii migawki. Modernistyczny postulat „o krok dalej” wydaje się w tej twórczości spełniony do cna, z przepięknej bazy wyprowadzone zostały przepiękne wnioski; jeśli kubiści nie domknęli tematu, to Gałka to zauważył i korzysta.

Cały dowcip polega na tym, że jest to artysta – w sumie – ludowy, w wielkim stopniu naturszczyk, bez zasobów finansowych i kontaktów w artystowskim światku. Nugget, samorodek złota. Rysuje i maluje właściwie na wszystkim. Prace do zilustrowania awarii migawki dostałem pocztą, były zrobione na pudekłkach od lekarstw, jakichś kartonikach, rozłożonych kopertach, itd. Maluje też akwarelą i innymi technikami (w kolorze nigdy mnie jednak nie przekonał tak, jak kreską), ostatnio widuję zdjęcia jego rzeźb w drewnie i w plastelinie. Rzeźby z biegiem czasu robią coraz mocniejsze wrażenie, niektóre z najnowszych wręcz przerażają (w znaczeniu siły wyrazu).

Wrzucam kilka prac, niektóre zdjęcia pochodzą ze strony autora i z jego facebooka, dwie skanowałem z tych, które posiadam. To oczywiście tylko wycinek, niekoniecznie miarodajny, zwłaszcza, że Gałka także maluje barwnie w kilku technikach i zajmuje się grafiką komputerową. Chciałbym każdemu polecić twórczość tego autora – kolekcjonerom i zwykłym „zjadaczom”, takim jak ja. Załączam też LINK do jego strony.

 

Możliwość komentowania „Myśleć kreską” została wyłączona more...

Czołgi online (i stereotypy)

Jestem ogólnie rzecz biorąc przeciwnikiem powielania stereotypów o narodach. Nie dlatego, że takie stereotypy są nieuzasadnione, ale dlatego, że gdyby okazały się uzasadnione, to my, Polacy, zgodnie z (uzasadnionymi?) stereotypami, bylibyśmy najgłupszą ze znanych mi nacji. Wolę więc być przeciwnikiem stereotypów niż przyznać, że stereotypy mogą w sobie mieć ziarno prawdy. Bulwę prawdy. Strusie jajo prawdy. Zamiast więc zawracać sobie głowę stereotypami, robię swoje, czyli piszę jakieś recenzje, eseje, czytam książki, staram się zarobić trochę pieniędzy, żeby mieć na brukiew i ser gorgonzola. Kiedy jestem na diecie – wafle ryżowe i zieloną herbatę. A żeby napisać recenzję trzeba zebrać myśli. Robię to tak:

Odpalam grę online. Tanki online. To taka gra w czołgi. Wybieram rozgrywkę na kwadrans. Po skończonej grze zwykle wiem, co chcę napisać, siadam na pół godziny, piszę. Gdybym przez ten kwadrans się zastanawiał nad recenzją, nic bym nie wymyślił. A tak – pogram sobie i po grze mam gotową recenzję filmu albo tomiku poezji. Po prostu „w tle” układa mi się wszystko jak należy, świetna metoda, polecam. Ale to nie znaczy, że grając nie widzę gry, tylko myślę o wierszach. Przeciwnie, właśnie kiedy nie myślę o wierszach, mam szansę je „trawić” w głębszych warstwach świadomości. A w pierwszej warstwie zasuwam tym swoim czołgiem, kryję się przed ostrzałem, walę w innych. I obserwuję, widzę jak grają inni, widzę nicki, widzę czat z rozmowami. I widzę, że nie ma stereotypów, a i tak spotykam stereotypy. Dokładnie – cztery stereotypy. Chcecie? Proszę, takie cztery:

Rosjanie: najwięcej oszustw, włamań, połowa z nich to domorośli hakerzy, którzy rozsyłają sobie nawzajem proste programiki do łamania zabezpieczeń gry. Potrafią stać się niewidzialni i nagle zacząć strzelać znikąd. Odporność i siłę ostrzału podnoszą sobie sztucznie do bezsensownych wartości, przy których są praktycznie niezniszczalni. Nigdy nie gram na rosyjskich serwerach, kiedy widzę na czacie „xaxaxa” (po polsku „cha cha cha”), opuszczam grę. Da się tam grać tylko jeśli się używa tzw. „dragów” czyli bonusów, na które trzeba zapracować wynikami lub kupić za normalne pieniądze. A używanie dragów w nadmiarze jest w netykiecie tej gry uważane za chamstwo. I słusznie. (To nie znaczy, że nie da się z nimi wygrać, ale jest to frustrujące).

Jugosławia: niepojęta agresja, nienawiść, zawziętość. Nie przekłada się to na wynik w grze, nie jest to ta „zawziętość” w stylu Dywizjonu 303, która gwarantuje rekordowe rankingi. To zawziętość, która nie ma celu i nie przekłada się na wyniki. Grają tak, jakby chcieli naprawdę zabijać ludzi, są mściwi, nie liczą się ani z wynikiem, ani z drużyną. Najgorsi z byłej Jugosławii są Serbowie, ale nie są wyjątkiem. Kiedy widzę w nicku lub dialogach jakieś „Kosowo” czy „Bośnia”, od razu przekładam to na strategię swojej gry. Rzadko się okazuje, że się myliłem.

Polacy: najwięcej robienia na złość, wyzywania się nawzajem, grania przeciwko własnej drużynie (pomimo, że samemu traci się na tym punkty), „dowcipów” w stylu spychania z toru jazdy kolegi, który pod ostrzałem wiezie flagę przeciwnika, dialogów w stylu CHWDP, niestety, także – bardzo słaba gra. Polacy mają jedne z najgorszych rankingów. Często porzucają bitwę w połowie lub stoją i nic nie robią. Niedawno otworzono w grze polski serwer, to duży przywilej (są obecnie tylko serwery rosyjkie, angielskie, jeden niemiecki i jeden polski). Polaków można teraz spotkać na wszystkich serwerach, tylko ten polski jest prawie pusty.

Muzułmanie: po pierwsze – bardzo słabi gracze. Kompletny brak myślenia strategicznego i myślenia zespołowego. Często spotyka się nicki typu „Mohammed” lub „Al-kaida”, ci gracze najczęściej mają najwyższy współczynnik strat. Po drugie – bardzo często grają nie fer. Nie liczą się z drużyną, nawet, kiedy jest tam pięciu innych „Mohammedów”, nadużywają dragów, grają niemal ciągle na podwójnej mocy, a i tak ponoszą masowe straty. Nigdy nie spotkałem gracza, który sugerowałby na czacie lub w nicku związki z islamem i jednocześnie dobrze grał. Natomiast często oszukują, jednak nie tak, jak Rosjanie (np. hackując), raczej w dość prymitywny sposób.

Poza tym jest sporo Czechów, Niemców, Węgrów, Szwedów, innych nacji. Oni po prostu grają. Lepiej albo gorzej, zależy od umiejętności. Nie da się ich odróżnić po jakichś stadnych, charakterystycznych zachowaniach. Generalnie są sympatyczni, szanują solidnych sprzymierzeńców i godnych przeciwników. Style gry są indywidualne, złośliwcy, „drugerzy”, hakerzy, to jednostki.

Zanim mnie ktoś obrzuci epitetami od „…fobów”, przypomnę, że – pisałem wyżej! – jestem przeciwnikiem stereotypów narodowych. To wszystko przecież tylko przypadkowe zbiegi okoliczności. A poza tym pewnie mi się zdawało. I nie robię statystyk, czyli moje spostrzeżenia są nienaukowe. Ale jeśli ktoś doczytał dotąd, to może pomyśleć, że pewnie tak sobie gadam, bo mi słabo idzie w grze.

No nie tak słabo. Mam w swojej kategorii jeden z najlepszych wyników na świecie (a gra kilkaset tysięcy ludzi). Może jestem Żydem albo kosmitą. Oczywiście – stereotypowym kosmitą.

Możliwość komentowania Czołgi online (i stereotypy) została wyłączona more...

Z życia w życie

Zacznę trywialnie, blogowo. Blog to pamiętniki (nawet jeśli nie z wydarzeń, to z wrażeń), ale chodzi mi po głowie jedna rzecz, o polskiej poezji – w ogóle.

Więc (tak zaczyna się zdania na blogach) z tą jesienią, na którą ostatnio narzekałem, nie jest jednak tak źle. W pierwszej kolejności chcę podziękować wszystkim, którzy zjawili się na festiwalu Fala Poprzeczna. To dopiero druga edycja i jako organizator miałem obawy, czy się uda. Bez Was by się nie udało. I myślimy już o kolejnej edycji, dobrze, że w Gdańsku jest alternatywna, „niesalonowa” impreza literacka (chociaż organizator ma „salon” w nazwie). Byłoby źle, gdyby znikła, tak o tym myślę. Wstępnie nastawiamy się na wiosenną edycję okołofestiwalową i jesienną – główną. Myślcie już o Gdańsku :)

Udało się moje pierwsze od paru lat spotkanie autorskie w Gdańsku. Od jakiegoś czasu organizuję i prowadzę tyle spotkań z innymi twórcami, że zaniedbałem swoje, a najbardziej zaniedbałem tam, gdzie mieszkam. Ale filia biblioteki „Pod żółwiem” upomniała się o mnie i było naprawdę dobrze. Świetne prowadzenie Andrzeja Faca i dobra publiczność, rozgadaliśy się.

Teraz zbieram się (i polecam wszystkim tę imprezę) na festiwal do Kalisza. Zaproponowano mi tam prowadzenie dwóch paneli, takich zbiorowych spotkań – z dwójką i trójką poetów. To naprawdę znakomity festiwal, jeśli ktoś może, to namawiam na przyjazd. Tak się dorze złożyło, że byłem obecny na wszystkich edycjach (zawsze coś tam miałem do zrobienia, albo prowadziłem spotkania, albo byłem w jury konkursu) i nie żałuję żadnego z tych wyjazdów.

Gdzieś w trakcie tego spotkania w Bibliotece Gdańskiej wypłynął wątek polskiej i światowej poezji (tu wracam do uniwersaliów). Jakiś czas temu panowała opinia, że ze światowej poezji najlepsze są polska i amerykańska. Pamiętam deklarację Marka Wawrzkiewicza na festiwalu w Kruszwicy, tak to wyartykułował. Pomyślałem wtedy, że może Wawrzkiewicz jest jeszcze człowiekiem myślącym w kategoriach przełomu ’56 i może jego teza się dawno temu zdezaktualizowała. Ale czytuję od czasu do czasu bieżącą poezję światową. W żadnym wypadku nie czuję się fachowcem w tym temacie, czytam po prostu jak czytelnik, który lubi czytać poezję (mało takich, dojmująco mało, ale są). Mamy tu w Gdańsku „mainstreamowy”, czy też „wizerunkowy” festiwal Europejski Poeta Wolności. Przy różnych okazjach, a zwłaszcza przy tej okazji, wpadają mi w ręce wiersze autorów niepolskich. I wciąż mam wrażenie – bez żadnego lokalnego czy szowinistycznego patriotyzmu – że to co w Holandii lub Słowenii jest wybintym osiągnięciem, w Polsce jest normą.

Mamy czas demitologizacji i weryfikacji. Polscy poeci demolują wszystkie pomniki poza jednym – poza pomnikiem polskiej poezji. Wypadałoby spytać – czy i tego pomnika nie warto zburzyć?

Otóż – moim zdaniem – nie warto. Zweryfikowaliśmy wiele. Dywizjion 303 nie był tak wspaniały, jak w legendach, ale nadal jest najlepszym dywizjonem w RAF. „Polski antysemityzm” istniał i wymaga potępnienia, ale jest daleko mniej istotny, niż próbowano przeforsować. A polska poezja? Nie jest tak cudna, jak byśmy chcieli, ale – tak mi się przynajmniej wydaje – jest jedną z najlepszych w zachodnim świecie. Tak zdaje się wynikać z mojej skromnej lektury kilkudziesięciu „czołowych” (tak twierdzą wydawcy) głosów poetyckich Europy wschodniej i zachodniej. I to mnie cieszy. Jeśli rzeczywiście mamy kryzys literacki, to znosimy go świetnie. Czekam na renesans.

Zdjęcie0498

Możliwość komentowania Z życia w życie została wyłączona more...

Co za cholerna jesień

Wyjątkowo źle znoszę jesień tego roku. Mój organizm dostał jakiegoś rozstroju, ale nie o tym chcę, po prostu może było przeczucie. Zeżarłem więcej leków niż mieli w aptece. Rzeczy piękne ze strasznymi na przemian, jak w jakimś źle pomyślanym filmie akcji. Najpierw rozrypałem sobie stypendium, bo złożyłem wniosek o dzień za późno. Potem okazało się, że mam inne dofinansowanie, a wydawca poczeka, więc tomik będzie w tym roku. Potem okazało się, że festiwal w Gdańsku się nie uda, bo niektóre czynniki odmówiły współpracy. Potem – że się uda, bo inne czynniki nawiązały współpracę. Potem – już jest festiwal, dokładnie – wczoraj jest – i okazuje się, że umarł Zdzisław Jaskuła, dokładnie w dniu festiwalu, a widziałem go ostatni raz na tym samym festiwalu, tylko rok wcześniej. Pamiętam jeszcze, jak go obudziły zamieszki w hotelu. I rano – jak rozmawialiśmy o wynikach konkursu Bierezina. Tego dnia siedziałem przy tym stole, przy którym on siedział rok wcześniej, cholernie to było smutne. Jednocześnie festiwal udał się właściwie na całej linii, 100% radości i sukcesu, tylko wisiał ciągle ten upiór niespodziewanej śmierci. Upiłem się do imentu, sam nie wiem, czy z żalu, czy z radości, a dziś dowiaduję się, że niedługo mnie wsadzą do więzienia, bo nie chodzę do kościoła. I nie to jest najgorsze, że jest zły rząd, bo to się zdarza z różnych powodów. Najgorsze jest to, że ludzie w moim kraju dobrowolnie go wybrali. Jak w pralce się to wszystko mieli, jak na przekontrastowanym zdjęciu złego fotografa.

Niech się ta cholerna jesień już skończy.


Notes: lipiec – wrzesień 2015

Notes, kolejny, drugi już na tym blogu (a może nie „już” tylko „dopiero”). Notes, jak notes – wklejone niemal na żywca prywatne notatki o tomikach poetyckich i wydarzeniach. Gdzieniegdzie tylko trochę podreperowane, żeby dały się pokazać publicznie. Notuję, żeby nie zapomnieć, za dużo tego, żeby się obejść bez notatek. Publikuję, bo lubię rozmawiać i zawsze ktoś rozmawia, kiedy ja zaczynam rozmawiać. Dziękuje za czytanie i za rozmowy.

Marcin Bies, renowacja zbytków

Są słabsze i mocniejsze momenty, ale mocniejsze przeważają i czyta się dobrze. Z jakiegoś powodu (chyba jednak raczej z powodu niż bez powodu) przypomina mi Owoce noża Michała Murowanieckiego. Ja wiem, że nie ma żadnej „dykcji łódzkiej” (strach wymówić ten zwrot w ogóle, bo Łódź za to rzuca granatami), ale Bies bardziej mi się z tym kojarzy niż z „dykcją mikołowską” (naturalnie też nie ma niczego takiego, jak „dykcja mikołowska” i w ogóle tego nie napisałem!).

Bartłomiej Byrdy, Antyblogia

Krótki tomik, który nie powinien przestraszyć nawet kogoś, kto poezję czyta jedynie z powodu, że jest krótka. Autor jest na razie zalążkiem poety, ale obiecującym. To też jest „poezja o życiu” (niżej będzie o innym życiopisaniu), ale nie ma tam nachalnych wniosków, konstatacji, dramatycznego zawieszania głosu i zbędnego patosu. Raczej znajdziemy tam dość nieprzyjemne spostrzeżenia, że patos sam nas dopada, choć nie chcemy. „My”, czyli jednak ambicja na sprawy ogólniejsze. Ciekawy sygnał, warto poczekać na kolejne.

Karol Graczyk, Przełomy

Może tytuł jest znaczący – Graczyk opublikował tu najlepsze z jego wierszy, jakie miałem okazję poznać (nie, nie czytałem wszystkich, mówię o znanych mi). Przełom na razie doprowadził go na jasną stronę mocy, ale jeszcze nie na wyżyny. Czyta się przyjemnie. Jeśli ktoś lubi poezję, ale ma niechęć do niezrozumiałych wierszy, to tu znajdzie niezłe i raczej proste. Wielkiej dyskusji krytyków raczej ten tom nie wywoła, ale może zyskać czytelników.

Robert Kania, 39 haiku

Nie znam się na haiku. O nie-japońskich haiku mówią różnie, ogólnie też się czasem zastanawiam, po co komu te produkty, ale nie zawsze. Myślę, że gdybym się znał na haiku, to bym był fanem haiku Roberta Kani. Oszczędne, celne, pisane z tym rodzajem znawstwa, że nawet ktoś, kto nie jest znawcą (jak ja), widzi, że ma do czynienia ze znawcą. Przyjemność z czytania, gry z wyobraźnią, genialne chwilami skróty. Nie wiem, na ile to się ma do wymagań haiku, ale to są po prostu – bez względu na konwencję – świetne utwory.
To już drugi tomik tego autora, w którym jest znów 39 wierszy i znów ta sama fotografia na okładce. Będzie tradycja? :)

Michał Kozłowski, Gadane

Oto przykład wierszy, których autor jest sprawnym rzemieślnikiem (ukończył Studium Literacko Artystyczne przy UJ), ale poezja chyba nie jest jego powołaniem. To nie jest nawet tomik, jak się mawia, którego „mogłoby nie być”. Jego właściwie… i tak nie ma. To hologram poezji, trzeba wielkich starań, żeby dobudować do tego (jak napisano w posłowiu), jakąś postmodernistyczną ideologię, a tak naprawdę jest to sklejanie słów bez przyczyny i celu (a także bez skutku). Skończenie jałowe.

Michał Książek, Nauka o ptakach

To dobra wiadomość dla wszystkich: jeśli ten debiut dostał Silesiusa, to znaczy, że każdy może dostać. Zbiór jest kolejną próbą powiedzenia czegoś mądrego o życiu i świecie za pomocą wierszy. Kłopot w tym, że wiersze są słabe – Robienie kanapek do szkoły/ jest takie ontyczne./ Przez plasterek wędliny prześwituje sens,/ dokładnie jedno włókno. Pełno tam takich strzałów i niemal wszystkie zupełnie na poważnie (gdyby to był żart, to co innego. Ale nie jest). A owa mądrość życiowa? Niestety, poeta proponuje wiedzę, którą ma każdy, kto czasem czyta gazetę. Tomik jest szczery i naiwny, trudno nie nabrać sympatii do autora, ale czytać się tego nie da. Obawiam się, że mamy kolejnego kaznodzieję poetyckiego, który w głębokim zamyśleniu i wielkich słowach będzie co pewien czas „odkrywał prawdy” o tym, że np. świat jest pełen nietolerancji, ale ludzi dobrej woli jest więcej oraz tłumaczył czym jest „sens” i jak należy kochać. Z drugiej strony pisząc tak, jak „typowy polski poeta” ma szansę na niezłą karierę, stypendia i wykłady np. w USA.

Edward Pasewicz, Och, mitochondria

Nie jest to książka o mocy Pałacyku Bertolda Brechta, ale taka moc zdarza się wielu poetom tylko raz w życiu. Nie czuję się więc rozczarowany, bo Pasewicz napisał kolejny wspaniały zbiór wierszy i pomińmy, że nie dosięgnął piku, ważne że nie schodzi poniżej tenoru. Wysoki ton (nie mylić z nadętym). Nadal są to wiersze górujące nad ogromną większością „uznanej” polskiej poezji i sprawiają wielką frajdę w czytaniu.

Bogdan Prejs, biernik

Nie wiem, co z tym zrobić. Notes ma charakter prywatny, więc prywatnie – ja nie umiem czytać tych wierszy. Dawka pesymizmu (chwilami graniczącego z defetyzmem) jest w takiej sprzeczności z tym, czego szukam czytając książki, że nie jestem w stanie się odnieść. Nie mówię, że ten tomik ma jakieś wady – bo nie umiem go ocenić, po prostu nie znalazł we mnie czytelnika. Z pewnością znajdzie w kim innym, ja jestem bezradny.

Rafał Rutkowski, Chodzę spać do rzeki

Debiut, w którym młodzieńczość spotyka się z dojrzałością i wsztstko rozgrywa się na tym progu. Stąd może – z jednej strony wdzięk, a z drugiej – niespójność wierszy. Tomik sprawia wrażenie Wielkiej Próby. Ta przymiarka rodziła się przez ładnych parę lat i widać ten czas. Dostaliśmy książkę wypełnioną wątpliwościami natury „czym jest świat”, zbudowaną na inwersjach, przerzutniach i poszukiwaniu paradoksów. Dużo w niej prywatności, to słowo można rozumieć przeróżnie i większość z tych rozumień przystaje do wierszy debiutującego poety. Są więc nie tylko te prywatności, które budują „polifoniczność” w rozumieniku Leszina Koperskiego, ale i te prywatności, które są prywatnymi prywatnościami autora. Tu bym się zawahał – prywatne wnioski, że: porozmawiać przytulić i nic więcej nie chcieć/bo wcale tak wiele w życiu nie potrzeba albo: niewiedza jest prostsza i może lepsza/niż wiedza o tysiącach wysp/do których nie dojdę i nie dochodź/bo szkoda jest na bezdroża nóg – to nie są sentencje mogące zainteresować docelowych czytelników, bo docelowi czytelnicy wiedzą to wszystko od bardzo dawna i nie oczekują tego rodzaju (dość trywialnych) lekcji życia. Na szczęście przydarzają się i takie puenty: tak udało mi się uszyć marynarkę/i przeczytać z niej od mojego krawca/że ludzie to tylko ubrania i nigdy nie myślał/że potrzebują czegoś jeszcze. Znakomite. Rafale Rutkowski i jego wiersze – idźcie tą drogą.

Grzegorz Tomicki, Pocztówki legnickie

Po pierwsze – niezwykle eleganckie. Po drugie – jedna z milszych dla oka prób droczenia się z metodą Tkaczyszyna-Dyckiego, zupełnie bezpretensjonalna, z utrzymaniem zdrowego dystansu i do materii, i do własnej pracy twórczej. Szerokie pola humoru i ironicznych nawiązań nie zabierają tym wierszom ciepła, niekiedy głębszych refleksji czy wzruszeń. Chwilami nawet pewnego tragizmu, co decyduje o tym, że ich wdzięk jest zupełny, bez zarzutu. Wyjątkowo przyjemna lektura, z szerokim podłożem kulturowym, historycznym, z namysłem, z polemiką, z kontekstem, a jednocześnie bez śladu zadęcia.
Bardzo chciałem, żeby ten tomik ukazał się u nas, ale nie zawsze tak się udaje. Gratuluje Fa-artowi.

Port poetycki Wrocław (impreza Biura literackiego) w Gdańsku.

Prywatnie – spotkałem parę osób, z którymi miło było spędzić parę chwil i – gdyby Gdańsk nie był tak źle skomunikowany z Rumią – spotkałbym ich więcej, drugiego dnia po prostu nie miałem jak dojechać. A od strony literatury? Pominę. Dam za to LINK do wiersza, który zwyciężył w turnieju, wraz z uzasadnieniem werdyktu.

40 Festiwal Filmowy w Gdyni

Chyba pierwsze moje tak intensywne spotkanie z festiwalem filmowym. Najpierw pomyślałem o porównaniach z festiwalami literackimi. Na filmowym dużo większą wagę przykłada się do ubioru i fryzury. Otaczali mnie ludzie, ale znacznie więcej otaczało mnie „dress kodów” i innych zjawisk o obcej mi naturze. Nosiłem stare, nieco przetarte Levisy, trampki i jeansową kurtkę, bo tak się zwykle ubieram. Czasem miałem wrażenie, że oglądają się za mną ludzie, z takim specyficznym zapytaniem w oczach – czy to jakiś sławny reżyser-outsider w tych alternatywnych ciuchach? Na festiwalach literackich takie rzeczy nigdy mi się nie zdarzyły.
Oprócz tego obejrzałem wiele świetnych filmów, jestem jak najlepszego zdania o polskim kinie – mniej więcej od dwóch – trzech lat. A jeszcze lepsze mam zdanie o przyszłości polskiego kina. Pomimo wielu wpadek widać, z jaką determinacja twórcy walą w mur – czymkolwiek, głową, młotkiem, pinezką, nie ważne. Dobijają się do światowej jakości i dobiją się, nawet jeśli im czasem nie wychodzi. Parę moich (i nie tylko moich) wrażeń można znaleźć na portalu UG (Cinerama).

 


Dzienniki rumskie 24

To chyba jeden z ostatnich wiosennych dni tej jesieni, więc usiłuję jakoś przetrwać niespodziewany napór optymizmu. Jak tak zaatakuje z zaskoczenia, to trudno wykonać szybki unik. Jakoś więc nie obeszło mnie bardzo, że strona Miejskiego Domu Kultury jest obecnie po chińsku czy tam po koreańsku, żaden znajomy Kaszub nie rozumie. Jestem też w stanie wybaczyć Rumi, że wtedy, kiedy wszędzie było lato i 30 stopni, tutaj wahało się między 18 a 23. Wytrzymałem też kolejny festyn miejski. Nie sprawdzałem, ale przypuszczam, że była piana strażacka, kiełbasa i piwo. Chcę dziś odstąpić od sarkazmu, nawet jeśli nie jest złośliwy. Dziś będzie o tym, co mi się w Rumi podoba.

Podoba mi się architektura Stacji Kultura. Znaczy – budynek, to jak został zaprojektowany. Biblioteka to biblioteka, wszystkie są podobne. Ale budynek – rewelacja.

Podoba mi się Tygrys Net. Szybki, bezawaryjny internet, stosunkowo niedrogi, jak coś się psuje, to naprawią, bez porównania lepiej niż w wielkich sieciach i bez sterty idiotycznych papierków co tydzień.

Podoba mi się sklep mięsny u Pana Janusza, 100 metrów ode mnie, przy ul. Stoczniowców. Pan Janusz zna się na mięsie. Sam robi kiełbasy bez MOMu, bo nawet gdyby chciał zapchać je syfem ze zmielonych dziobów, to nie stać go na takie urządzenia. Wędzi w dymie i nie wstrzykuje wody. Na szyldzie jego sklepu jest tłusta, uśmiechnięta świnka, ekstatycznie szczęśliwa, że za chwilę ktoś ją pokroi i zje. Nieomal sama włazi do gara. Obrazek pewnie jest dla tych, którzy mają sumienie – po tej szczęśliwej śwince sumienie się uspokaja.

Podoba mi się sklep rybny o kilometr ode mnie, przy ulicy, która nie ma nazwy w google maps, niedaleko ul. Filtrowej. Pan, który go prowadzi w maleńkiej budce, zna się na rybach, ma „normalne ryby” i „dziwne ryby” i są świeże. I nawet niedrogo.

Podoba mi się, że poustawiali w całej Rumi parki z huśtawkami i takimi siłowniami rekreacyjnymi, których nawet pijani chłopcy spod sklepu u Grubej nie dali rady porozwalać.

Podoba mi się grupa warsztatowa w Rumi, która to grupa właśnie wydała swoją pierwszą gazetę „Zgrzyt”.

Podoba mi się zakład szewski przy ulicy Towarowej, gdzie ostatnio weteran szewstwa opowiadał mi dużo o butach. Zrobię mu zdjęcie.

Podoba mi się sklep z winami węgierskimi, przy ulicy Dąbrowskiego. Bardzo, naprawdę bardzo dobre wina.

Podoba mi się pani w solarium obok tego sklepu.

zgrzyt

Fot. Małgorzata Miszewska

  • O mnie i o moim blogu

    Nazywam się Sławek Płatek. Jestem tu prywatnie, piszę wyłącznie subiektywnie. Blog jest o muzyce, filmie i literaturze.

    Powyżej jest możliwość włączenia RSS na mój blog.

    JEŚLI KOPIUJESZ ARTYKUŁ LUB JEGO FRAGMENT NA INNĄ STRONĘ WWW, PODAJ ŹRÓDŁO I LINK.

    Jeśli Ci się tu podoba - wracaj i poleć znajomym.

    Dziękuję

  • Kategorie

  • Z historii bloga:

  • Copyright © 1996-2010 Drapanie ciszy. All rights reserved.
    Jarrah theme by Templates Next | Powered by WordPress