W Stoczni Gdańskiej znowu zadyma

piątek, 18 Maj 2012

Co by można pomyśleć, gdyby padła propozycja zniszczenia wszystkich kopii filmów o II wojnie światowej, ponieważ są w nich sceny ze swastykami, niemieckimi mundurami, gestem „heil Hitler” itd? Przecież to rozpowszechnianie symboli faszystowskich. To jak, na stosy i podpalamy?

Pracowałem przez rok w sopockiej Spółdzielni Literackiej. Miejsce bardzo nowoczesne. Bardziej dla jaj niż z powodów ideowych lub historycznych przypomniano tam elementy rzeczywistości z lat 80. Czarna Wołga, milicyjna Nysa i Fiat 125 przemalowany na radiowóz. Było wesoło. Chociaż wciąż jeszcze chyba każdy wie, do czego służyły niekiedy takie pojazdy. Obecnie jednak służą w cyrku. Nikomu nie przychodzi do głowy, że właściciel usiłuje przywracać komunizm. Bo nie usiłuje. Z groźnego dawniej przeciwnika zrobiono błazna, Samsona, któremu już nie odrosną włosy, Indianina Sachem, manifestację zwycięstwa, trofeum.

Bywam ostatnio na terenie Stoczni Gdańskiej, jestem statystą w filmie Wajdy „Wałęsa”. Rzeczywiście, nad bramą wisi taki sam napis, jak w roku 1980 i później – bo pamiętam, mam stare zdjęcia, widziałem na własne oczy strajk, zamieszki i właśnie tę bramę. Z okazji przywrócenia napisu (na polecenie prezydenta Gdańska, Pawła Adamowicza, rekonstrukcja historycznego wyglądu bramy) wybuchają kolejne zamieszki i awantury. Bo stoi „imieniem Lenina”, a to symbol komunistyczny, a to przestępstwo.

Sytuacja jest o tyle trudna, że Stocznia jest jednocześnie zabytkiem i działającym nadal zakładem pracy. Nie sądzę jednak, żeby prezydent Adamowicz był rzeczywiście wielbicielem Lenina lub chciał przywrócić komunizm. Chciałbym także, aby ślady wydarzeń z lat 80. nie zacierały się, bo ich zacieranie materialne oznacza też zacieranie w pamięci. Pokolenie pamiętające przewrót będzie żyło kilkadziesiąt lat. Umrze razem ze swoimi krzywdami, przeczuleniem i traumą. Jeśli nie pozostaną materialne ślady – nie pozostanie nic. W tym właśnie celu utrzymuje się pozostałości niemieckich obozów koncentracyjnych razem z napisami na bramie „praca czyni wolnym”, barakami, komorami gazowymi. Ostatnio była afera, że Amerykanie nie chcą zwrócić do Polski eksponatów wypożyczonych z jednego z tych obozów. Najpierw awanturujemy się o przywiezienie do kraju baraków z obozu koncentracyjnego, a potem próbujemy zniszczyć rekonstrukcję historycznej bramy.

Z drugiej strony nie chciałbym chodzić do pracy w zakładzie, nad którym wisi szyld „im. Lenina”. Podobnie, jak odróżniałbym zwiedzanie Oświęcimia i siedzenie w Oświęcimiu. Tej różnicy nie zaznaczono wystarczająco wyraźnie. Tego, że przywrócenie napisu nie oznacza pokochania Lenina, przeciwnie – może uświadomić młodym ludziom i przypomnieć starym, jak bardzo absurdalne były to czasy. Może jakieś oficjalne odsłonięcie, może jakaś szersza akcja urzędowa i informacyjna. A powieszenie cichaczem i dość samowolnie starej nazwy wygląda niestety źle.

Ktoś mądry wymyślił w całej tej okolicy strefę historyczną, coś w rodzaju skansenu, ale jest to mało wyraziste. Owszem, są napisy na chodnikach, stoi milicyjna amfibia (czemu tej amfibii nikt nie atakuje, a bramę – owszem?), ale to wszystko jakieś takie niemrawe. Powinno być zrobione konkretnie. Obszar rekonstrukcji historycznej, chroniony i wyraźnie oznaczony. Może jakieś ścieżki dydaktyczne, tablice. A nie tak na dziko. Trochę tu, trochę tam, bez ładu i konceptu. Jak się dziwić, że „patrioci” przychodzą z jajkami pełnymi czerwonej farby i wybiórczo obrzucają eksponaty? Z nimi trzeba właśnie jak z takim jajkiem.

Jestem zdecydowanie przeciwny niszczeniu pomników i reliktów. Naturalnie nie musimy mieć 500 pomników Lenina, a dla ocalałych (o ile są takie) lepszym miejscem jest muzeum niż plac miejski. Ale niszczenie kultury materialnej jest świadectwem słabości i strachu. Próby totalnego wykasowania przeszłości wynikają ze słabej teraźniejszości i wątpliwej przyszłości. Ze słabej idei. I z małości. Właśnie dlatego Talibowie zniszczyli posągi Buddy, a Bolszewicy spalili bibliotekę w Krasiczynie. Ja się napisu „Stocznia Gdańska im. Lenina” nie boję. Bardziej boję się tych, którzy są gotowi palić muzea.

Co nie zmienia faktu, że prezydenta Adamowicza należałoby trochę nauczyć wyczucia. Można się nie zgadzać z przewrażliwionymi, ale nie można ich ignorować. Jeśli nie ma lepszych powodów, to wystarczy choćby ten jeden: to też są wyborcy.

 

Na koniec głos można powiedzieć filozoficzny, bo czytam ostatnio Woroszylskiego (żeby wejść w klimat epoki do tego statystowania). I tak się złożyło, że właśnie jest wiersz na ten temat. Piękny, jakby ponad wszystkim, o czym się dyskutuje i o czym napisałem powyżej. Źródło cytatu

 

Poprawki historyczne

 

Te pretensje które miewamy do

zamalowujących twarze na historycznych obrazach do

wycinających kadry z filmów dokumentalnych do

zmieniających imiona w odach na cześć te pretensje

uzasadnione są ich niedołęstwem zawsze

pozostawiają luki szwy w pośpiechu psują

kompozycję i rymy rękami sztywnymi

ze strachu i służalczości Historia sama

robi to lepiej nie jest bowiem

nieruchoma i tępa jak sądzą nie jest

drewnem ani kamieniem ani kością jest

trwaniem żywym korzeniem rozrastającym się by utrzymać

pień struną która rymem doskonalszym na dźwięk nowy

odbrzmiewa z głębokości Talentem czasu

 

Oto obraz którego nikt nie tknął Spójrzmy

na postać krwistą pośrodku jak

bladość zaczyna pokrywać jej policzki jak

wypełza i przejrzyścieje najpierw

opadają liście uszu orderów dziuple oczu

zapadają się wnet

nie ma nikogo postacie z lewa i prawa

robią krok zwierają się czy ktoś jeszcze

tu był nie było historia

wprowadziła poprawkę Spójrzmy

na ten drugi obraz tu był cień raptem

cień tężeje nabiera barw wypukłości zyskuje

twarz wymienia

z nami spojrzenie to nie do

wiary że go tu nie było skoro

obecność jego jest tak niezbędna tak

zgodna z napięciem przebiegającym pomiędzy

obrazem a przestrzenią w której obraz

znajduje się dzisiaj i my

znajdujemy się Z rytmem wszystkiego Spójrzmy

na inne jeszcze przemiany ci oto tak

różni poróżnieni krwawo naraz

upodabniają się sobą sobie wtórzą i

bólów nie zabliźniając bliźniaczeją odtąd

tak będą

 

Głupio więc

czynilibyśmy żywiąc pretensje do historii która

linieje na wiosnę odradza się

nowa i czujnie śledzi

ciągłe dzisiaj jak aktor lustro

repetując rolę i usuwa

zbędny rekwizyt i wydobywa

z siebie wyraz jaki lustro

zdolne jest odbić

Tagi: , , , , , , , | Kategoria: Film | Brak komentarzy »

Andrzej Nowak – Polska bez TSA

niedziela, 13 Maj 2012

Jest mnóstwo takich polskich płyt. Kawałek (zwykle jednoosobowy, czasem – kilku) oddziela się od niezłego (czasem znakomitego) zespołu i robi płytę solową. Niekiedy jest to kawałek doskonały. Jan Borysewicz. Jacek Krzaklewski z Perfectu. Andrzej Nowak z TSA. Kwaśniewski, którzy przewinął się przez Kult. Wszystkich łączy między innymi to, że robią bardzo słabe solowe płyty. Poprawne, ale szkolne, bez porywu, kurczowo przywiązane do konwencji, akedemickie lub po prostu mdłe. To dotyczy nie tylko gitarzystów. Hołdys, Markowski, Piekarczyk, Kora, jakaś plaga. Dziś o Andrzeju Nowaku właśnie, bo jest nowa płyta „Polska (urodziłem się w Polsce)”.

Nowak zrobił ją pod szyldem Złe Psy, jest to zespół przez niego założony. Nie dziwota, TSA niewiele robi, człowieka roznosi pewnie energia twórcza. Pierwszą płytę „Forever” (co to za tytuł? fatalny…) wydali w 2002 roku. Jest stylizowana na amerykański hard rock, tak sobie zagrana (poprawnie technicznie, ale nic więcej), bardzo źle zaśpiewana. Druga niewiele się różni. Jasne, brzmi inaczej, ale poza szablon nie wychodzi. To silenie się na amerykańszczyznę jest o tyle dziwne, że Nowak szeroko opowiada o swoim przywiązaniu sentymentalnym do ojczyzny, deklaruje też używanie polskiego sprzętu. I śpiewa po polsku, nawet cover Johnny B. Goode. Ale muzycznie usiłuje robić to, co Amerykanie i robi to słabiej niż oni.

Gitarzystą jest wybitnym. A raczej – potrafi być, bywa, może być. Widziałem go na żywo na festiwalu Hard Rock Heroes w zeszłym roku. Fenomenalna gra, doskonałe wyczucie publiczności, opanowanie sceny, brzmienie, feeling. Ale tam był z TSA. Żal flaki ściska, jak słyszę tego samego faceta, próbującego udawać jakiegoś anonimowego, szeregowego gitarzystę z USA, krzycząc, że kocha Polskę. Ani jednej porządnej solówki, niewiele ciekawych, energetycznych riffów. Ani jednego naprawdę ciekawego pomysłu muzycznego, który byłby świeży i „brał”. Jest głośno, ale to nie przekłada się na tzw. power. Wszystko schematyczne, a obrazu katastrofy dopełnia straszliwy śpiew. Żeby tylko śpiew. Ale teksty… wiem, że rock nie wymaga pisarstwa na poziomie Czesława Miłosza, ale do cholery gdzieś jest granica ględzenia. Pewien poziom grafomanii uchodzi już tylko w piosenkach disco polo do uwodzenia mało rozgarniętych gimnazjalistek na wiejskich dyskotekach. Ogromna większość opisywanej płyty epatuje opowieściami nie wartymi przytoczenia.

„kolorowy świat

ciągle kręci się

jak obejmiesz mnie

pomaluję cię”

Może nie byłoby tak źle, gdyby właśnie nie warstwa wokalno – słowna. Bardzo się rozczarowałem. I skoro już się powołałem na różne solowe popisy byłych członków różnych zespołów, to (podsumowując) mimo wszystko, z całym zestawem wad i słabości Borysewicz solo jest lepszy niż Nowak solo. Krzaklewski, Sygitowicz, Hołdys też. Chyba tylko Jackowski bez Maanamu i Yanina bez Sojki są tak słabi jak Nowak bez TSA. Ale! Ale chyba żaden z nich w swojej grupie nie był tak dobry, jak Nowak w swojej. Więc i takie cuda się zdarzają.

Jeden kawałek z pierwszej płyty:

Tagi: , , , , , | Kategoria: Muzyka | Komentowanie nie jest możliwe

Druga płyta Chickenfoot

poniedziałek, 7 Maj 2012

Druga płyta Chickenfoot (nazwana przekornie „III”) miała być jeszcze bardziej czadowa od pierwszej, ale nie jest. Zaczyna się w sumie dość przyzwoicie, Satriani gra jak nie on, naprawdę powiało starym dobrym szarpaniem drutów, chociaż jakby trochę bez przekonania. Ale potem jest to, czego najbardziej nie lubię. Najgorszy schemat płyty, jaki wymyślono i niestety często uprawiany. Po solidnym pierwszym utworze, drugi spuszcza z tonu, robi się nieco mdło, tralala, i kiedy już cały klimat wisi na włosku, słuchacz zostaje dobity jakąś ckliwą balladą, czyli utworem trzecim. Nie można tak robić – zaczynać płyty ostro, a im dalej tym słabiej i tym gorzej. Po tym rozczarowaniu nawet kolejne, bardzo solidne utwory nie były w stanie mnie pocieszyć. Zwłaszcza, że 4 i 5 są w porządku, ale 6 to znowu balladka kilku zmęczonych, starszych panów, którzy na rock and rollu zjedli zęby (więc ich już nie mają). Takich naprawdę, stuprocentowo mocnych punktów jest na płycie za mało, żeby mnie przekonała i uważam ją za słabszą od poprzedniej. Nie wiem, czy warto było nagrywać cały album dla – wymienię konkretnie skoro już tak zacząłem – 4, 7, 8 i 9. To nieco ponad 1/3, niewiele. Już pierwsza płyta nie była genialna, ale jest i tak lepsza od drugiej.

Na 4-5 przesłuchań z niejaką przyjemnością. Nic więcej.

 

Tagi: , | Kategoria: Muzyka | Komentowanie nie jest możliwe

Rekordy świata na wagę! Kup sobie 70 dźwięków na sekundę

środa, 25 Kwiecień 2012

Lista wybitnych wirtuozów gitary jest długa. Bardzo długa. Głowa ludzka to śmietnik, więc to i owo zasłyszane, przeczytane zostaje mi w tym śmietniku. Nazwiska, wyniki (ilość dźwięków na sekundę) i tak dalej. Mam czasem nawet wrażenie, że epoka wielkich gitarzystów się skończyła, bo rzadko wypływa nowy, wielki talent. Ale to nie do końca prawda. Joe Bonamassa, Warren Haynes, Jonny Lang, Derek Trucks, Tom Morello – nazwiska świeże lub dość świeże, a wielkie. Żaden nie mieści się nawet w pierwszej setce najszybszych grajków, wszyscy są za to w ścisłej czołówce talentów, wywierają wpływ. Co się więc dzieje z tymi najszybszymi? Gdzie są? Kim są? Kto o nich wie oprócz fanów mierzących ich sprawność zegarami atomowymi?
Nikt. Są marginesem muzyki, sztuki, kultury. Jeszcze Al di Meola, czy Mc Laughlin to starzy mistrzowie, Vai i Satriani przebili się dawno, kiedy nie było takiej konkurencji i faktycznie mają coś tam (cokolwiek) do zaproponowania muzycznie. Może Petrucci jeszcze jest w sumie znośny, nawet ze wszystkimi swoimi wadami. A reszta? Margines, dziwolągi, kobieta z wąsami, gadająca małpa, kot znający tabliczkę mnożenia. Cyrk. Cyrk przyjeżdża i odjeżdża, nikt nie pyta gdzie i kiedy pokażą następne sztuczki. Parę przykładów wyplutych przez historię ścigaczy, których zupełnie niechcący zapamiętałem:

Rusty Cooley – słuchanie tego pana przypomina słuchanie płyty na przyspieszonych obrotach i tyleż samo sprawia przyjemności. Na teledyskach pokazują głównie jego lewą rękę, co wywołuje podobne emocje, jak pokazywanie szachownicy na zawodach szachowych. Różnica w tempie gry naprawdę nic tu nie zmienia. Niejasnym dla mnie pozostaje, czy Cooley jest spokrewniony z Jerzym Kulejem, bo nazywają się podobnie i obaj specjalizują się w rozwiązaniach siłowych.

Shawn Lane – muzyka coś jak Osjan, wczesny Waglewski. Lane szybszy, ale Waglewski lepszy. Jakby Lane’owi obciąć ze dwa palce, to jest szansa, że jednocześnie by się amputowało niepotrzebną połowę dźwięków. Niestety przy jego wyczuciu jest bardzo prawdopodobne, że zniknęłaby właśnie ta lepsza połowa.

Michael Angelo Batio – dowód na to, że dobrym skrzypkiem jest ten, który nauczy się trzymać smyczek wbity w ucho naciskając struny palcami u nogi, a dobrym rzeźbiarzem jest ten, kto potrafi rzeźbić dłutem umieszczonym rękojeścią w tyłku.

Yngwie Malmsteen – dużo wygłupów. Jak gra Paganiniego solo, to jeszcze ujdzie. Ale gdybym go chciał podsumować, to pokazałbym końcówkę koncertu G3 z jego udziałem, gdzie wygląda jak zużyty wieprz, gra wyłącznie ćwiczenia gitarowe (fakt, że sprawnie, ale wyłącznie ćwiczenia), a na końcu wypinając gruby tyłek niemrawo rozwala gitarę o podłogę. Pokazałbym, ale kurde nie chce mi się tego szukać. Podobnie jak nie chce mi się szukać My Generation – gdzie widać, jak to się powinno robić. I gdzie się zatracił ten sens. Gdzie bunt, bo jest tylko poza. Gdzie radość grania, bo jest tylko kompulsywne przebieranie palcami. I gdzie muzyka. Bo te wklejone linki wszystkie do kupy to krótko mówiąc gówniana muzyka. Imitacja muzyki.

I na koniec akcent komiczny, shit ostateczny (nie mylić z sądem ostatecznym). Jedna z tych kobiet, na które można popatrzeć, ale słuchać się ich nie da. Nawet pomimo, że nic nie mówi.

Tagi: , , , , , , , , , , | Kategoria: Muzyka | Komentowanie nie jest możliwe

Koniec świata według Witkowskiego

poniedziałek, 16 Kwiecień 2012

Jutro. To już wszyscy wiedzą, mamy 2012 rok, parę osób się wypromowało na tej dacie, parę innych nieźle zarobiło. Na razie jakoś nie wychodzi wymyślanie późniejszych dat, bo mamy bieżącą, ale w sumie – czemu nie? Jakiś niedoceniony wróżbita lub zapomniany profesor od alternatywnej wersji Indian prekolumbijskich mógłby zweryfikować 2012 i rzucić 2013 (gdzieś w czerwcu, żeby nie za blisko poprzedniej daty, a też nie za późno, bo ludzie nie myślą dalej niż rok do przodu).

Końców świata było już tyle, że w krótkiej blogowej notce nie ma sensu ich przypominać. Kaznodzieje, naukowcy, jasnowidze, paranoicy, politycy i inni – wszyscy od czasu do czasu promują się końcem jakiegoś świata i początkiem innego. Najskuteczniejsi po prostu robią, co prawda nie końce całego świata (choć i tacy byli, co chcieli), ale jakichś kawałków, państw, epok artystycznych, technologicznych. Reszta woli gadać, prorokować, odgrażać się i wieszczyć. To self-promotorzy, którzy chcą być pierwsi. W środku nocy odkrywają, że niedługo świt i urządzają kampanię informacyjną. Kiedy orientują się, że to noc polarna, wpychają śrubokręt w słowo „niedługo”, regulują jego zasięg i znowu się wszystko zgadza. Najważniejsze, żeby być pierwszym. Ktoś w końcu powie „niedługo świt” i trafi na minutę przed świtem, i będzie uznany przez lud za proroka.

Piszę o tym, gdyż najnowszym wieszczącym jest Przemysław Witkowski, który choć wywołał nieproporcjonalnie dużo zamieszania, to poruszył ciekawą sprawę. Zmiana pokoleniowa, buntownicy poezji. Koniec świata? Na pewno?

Nie, po pierwsze mam spore wątpliwości co do owych buntowników, bo na swoim „buncie” chętnie zbijają spory kapitał, a nie na tym polega życie prawdziwego outsidera. Ich potencjał literacki też na razie nie jest tak naprawdę znany, a fascynacje krytyków toczą się krzywym kołem. Wszyscy trzej przytoczeni jako przykłady (Pułka, Góra i Kopyt) emanują co prawda energią i zapałem (które się udzielają czytającemu), ale także chaotycznością i wtórnością. Tu i ówdzie nadmiarem wulgarności, która każdemu w pewnym wieku wydaje się odkryciem Ameryki. Ale czy poezja „zaangażowana” naprawdę jest nowością?

Witkowski powinien był zauważyć Wencla, który zaczął znacznie wcześniej niż przytoczeni „młodzi”, paru innych (jak np. Matusz) i Rymkiewicza, który zaczął już dawno, ale (niestety) jeszcze nie skończył. A że są prawicowi, to nie problem, bo przykładowa trójka też nie jest jednolita w poglądach, poza tym teza dotyczyła poezji zaangażowanej, a nie lewicowej. I pewnie owo „nowe pokolenie” wytrzeźwieje z polityki podobnie jak Nowofalowcy, tyle że Nowa Fala stworzyła ciekawy język, w przeciwieństwie do bieżących rewolucjonistów, naśladujących poetyki istniejące u nas od dwudziestu lat.

Dodałbym jeszcze to: tematyka lub postawa życiowa autora to tylko jedna z cech poezji. Żaden niemal zaangażowany poeta nie wychyla się poza obszar, w którym tkwi razem z niezaangażowanymi i ten obszar zwany postmodernizmem żywi się artystami, którzy próbują go przełamać, jak dorodny smok żywi się rycerzami. Dodaje ich jako komponent melanżu, ogólnej rozmaitości, z której się składa. To rodzaj ciekawego śmietnika, na którym można znaleźć wszystko. Kiedy byłem dzieciakiem, znaliśmy z kolegami jeden taki śmietnik na terenie fabryki ubrań. Zakradaliśmy się tam. Znajdowaliśmy w nim odpadki futerek, ścinki texasu (polski jeans), sprzączki, uszkodzone aplikacje, oczywiście były też pudełka po kefirach z sieci „Społem” i ulotki propagandowe z poparciem dla PZPR, które ktoś ofiarny cichaczem wywalał zamiast powiesić na ścianach. To był nasz mały postmodernizm, taka wyspa na oceanie socrealizmu. Ścinki futerek sprzedawaliśmy człowiekowi, który w przejściu pod naszym blokiem miał warsztat i produkował kapcie. Była forsa na oranżadę z saturatora. Koniec świata nastąpił, kiedy zlikwidowali śmietnik. Innego końca świata nie będzie.

Tagi: , , , , | Kategoria: Literatura | Komentowanie nie jest możliwe

Stawka miększa niż życie

poniedziałek, 26 Marzec 2012

Jeśli komuś się nie chce czytać pięciu akapitów, to w jednym zdaniu: Patryk Vega spaprał robotę. Dalszy ciąg dla tych, którzy chcą wiedzieć dokładniej.

Nie mogłem się jakoś zebrać do napisania, ale znowu mam dwojakie wrażenia. „Stawka większa niż śmierć” miała być według plakatów „powrotem legendy”, a jest czymś zupełnie innym. Jest nieźle zrobionym skrzyżowaniem „Bękartów wojny” z „Poszukiwaczami zaginionej arki” w konwencji bardzo nowoczesnej. Przypomina grafikę dobrej gry komputerowej. Nie tylko zdjęcia, kostiumy, praca kamer, ale i aktorstwo. O ile producenci gier usiłują przybliżyć ich wygląd maksymalnie do realiów, o tyle najwyraźniej producenci niektórych filmów próbują naśladować niedoskonałości gier.

Fabuła również jest z gry. Rozkład miejsc, budynków, plany po których poruszają się postacie. W końcu gra aktorska – mimika, ruchy, charakteryzacje – kwadratowe, miałkie, płaskie. Mecwaldowski zagrał poprawnie. Adamczyk udaje raz Karewicza, raz Brada Pitta i całkiem mu to wychodzi, tylko – po cholerę taka postać. Czy to naprawdę potrzebne, kręcić film, w którym główny bohater udaje Pitta i Karewicza. I to jedyne, co ma do zrobienia. Nieźle sam Karewicz wypadł, gorzej Mikulski, ale obaj – widać – zmęczeni nie tyle filmem, co po prostu życiem. Zwłaszcza Mikulski kompletnie chyba zapomniał jak się gra lub może po prostu się zestarzał. Ten sam żal za starymi wcieleniami, co przy oglądaniu wiekowego Rogera Moore’a. Kot zagrał makabrycznie. Miał udawać Mikulskiego i nawet tego nie zrobił jak należy. Źle dobrana idea postaci i źle dobrany aktor do tej złej idei. Koszmar wzorcowy.

Tak to doszedłem gdzieś w pobliże sedna. Starannie zrobiony głupi film dla publiczności utuczonej popcornem na niewiele mądrzejszych produkcjach z USA. Lub na głupszych. Może się sprzeda w Bułgarii, bo chyba nikt nie liczy, że zrobi karierę w Ameryce. Żadnych emocji (chociaż jest wojenno – szpiegowski), żadnej intrygi (chociaż fabuła skomplikowana), żadnych wzruszeń (chociaż rozbujany wątek romantyczny też tam jest). Aktorzy nie tyle grają, co zgrywają się na coś lub kogoś. Chwilami byłem pewien, że chodziło o sparodiowanie różnych innych filmów, paszkwil, że siedzę na komedii, której osią jest kpina z pierwowzorów i w końcu z siebie samej. Ale jak na kpinę było za mało wyraziście i po prostu za mało śmiesznie. Więc o co chodzi?

Najmniej wspólnego miało to wszystko ze „Stawką większą niż życie”. Można by przytoczyć parę produkcji z różnych gatunków jako wzorce, ale akurat „Stawka” by się w tym nie mieściła. Poza paroma wymęczonymi już przez dziesiątki lat cytatami (zresztą zastosowanymi jakoś tak bez polotu), nic więcej nie było wspólnego z „legendą”, do której miał nawiązywać film. A już na pewno nie poziom.

Interesujące były dwa (poboczne) wątki fabuły. Pierwszy – Kloss jest Polakiem, a nie „agentem”, „oficerem”, „bohaterem”. Polacy są polscy, nawet komuniści, wywiad działa sprawnie, źli nie są tacy źli, ostatecznie okazują się całkiem w porządku. Socjalizm – socjalizmem, ale to nie Rosja. Nareszcie nie robi się z nas debili. Niemcy są Niemcami i są źli. Rosjanie – Rosjanami, też źli i do tego głupi. Druga ciekawostka – z Klossa zrobiono esbeka. Krótko i wyraziście pokazany mechanizm, według którego wtopiono jakąś ilość ludzi. Może trochę to moralizatorskie, ale jaskrawe i daje do myślenia zwolennikom czarno – białego świata. I Żmuda – Trzebiatowska. Źle grała, ale ładna jest. To można jej wybaczyć. I to już koniec wybaczania. Najogólniej – szmira.

Tagi: , , , , , , , , , , | Kategoria: Film | Komentowanie nie jest możliwe

O co właściwie chodzi z wolnością słowa

czwartek, 22 Marzec 2012

Temat ostatnio modny z powodu ACTY, faktycznie świat jest ruchomy, nie ma nic stałego. Wywalczone wolności są stale zagrożone, z drugiej strony czyha na nas anarchia, rozpad i zamęt. Stan równowagi jest chwiejny. Napięcie pomiędzy totalną inwigilacją i kontrolą a totalną rozpierduchą staje się coraz silniejsze. Jestem przeciwnikiem obu tych skrajności.

Jestem też przeciwny nadużywaniu zwrotów, które kuszą swoją pojemnością. Słowa – święte krowy – jak wolność, krzyż, naród itd – znakomicie się nadają do wykorzystania przeciw wolności, narodowi, ideałom. Wolność absolutna nie istnieje, ale ograniczenia uwierają tych, którzy czują się silni i mają ochotę dokopać temu lub owemu. Kiedy okazuje się, że owi kopani są silniejsi i bronią się nadspodziewanie skutecznie – agresorzy zaczynają lament nad upadkiem obyczajów. Tak, tak, stary „dobry” zwyczaj wymagania wiele od innych, a wybaczania wiele – sobie.

Przy pomocy słów doprowadzono już wiele narodów do upadku. Doprowadzono też wielu ludzi do ciężkich problemów, a nawet do śmierci. Sprawa jest prosta – ludzie broniący swoich praw do ubliżania innym, do pomówień, oszczerstw i wyzwisk biorą się zwykle z dwóch grup: albo właśnie chcą zrobić komuś krzywdę, ale nie mogą fizycznie (bo za to kara jest dość oczywista), więc usiłują osiągnąć ten sam skutek przy pomocy języka, albo zarabiają pieniądze na wyniszczaniu innych w mediach lub prywatnych rozmowach.

Co chwilę słychać protesty przeciw manipulacjom mediów i polityków, chociaż te manipulacje odbywają się przecież tylko w jeden sposób: słowem. Z jednej strony wznoszone są postulaty o nieograniczoną wolność słowa, z drugiej – walczy się z mobbingiem, który w większości dzieje się w sferze słów. Protesty przeciw cenzurze kończą się bardzo szybko w momencie, kiedy ktoś znajdzie w mailu swojego dziecka zaproszenia na www z dziecięcą pornografią. Rymkiewicz wymachuje krzyżem domagając się swobody wypowiedzi, w tym samym czasie, kiedy jedyną instytucją w Polsce stosującą jawną i szeroką cenzurę jest kościół katolicki (imprimatur). Prawica protestuje, kiedy zawiązuje się usta temuż Rymkiewiczowi, lewica – kiedy ucisza się księdza Bonieckiego. Jedni i drudzy są tego samego zdania, tylko w innych okolicznościach. Mamy do Amerykanów pretensje o „polish jokes”, że są w złym smaku i krzywdzące. W tym samym czasie ubliżamy własnym żołnierzom na misjach zagranicznych i wszczynamy awantury, kiedy protestują przeciwko temu. I jednocześnie czcimy „żołnierzy wyklętych”, którzy właśnie przez rodaków byli zaszczuci i właśnie za granicą walczyli. Skąd tyle niekonsekwencji?

Tak naprawdę rzecz się sprowadza do prostej i brzydkiej prawdy: te wszystkie wołania o wolność słowa i narzekania na chamstwo najczęściej mają jedno źródło: frustraci chcą bezkarnie móc przy****olić komu tylko mają ochotę, a jednocześnie chcieliby, żeby prawo lub obyczaje chroniły ich samych przed podobnymi aktami agresji.

W tym całym odwoływaniu się do paragrafów, idei, napinaniu się na produkcję sofizmatów i karkołomnych uzasadnień filozoficznych dla prostego zbluzgania bliźniego, zapomina się o jednym: jeśli, rodaku, wydzierasz się o wartościach, wolnościach, równościach i innych takich – zachowaj poziom, zwykłą kulturę, dżentelmeństwo, tzw. klasę. Nie ma smutniejszego widoku niż ubłocona świnia obrzucająca obornikiem jeźdźca za karę, że nie doczyścił eleganckiego konia.

Tagi: , , , | Kategoria: Wszystkie wpisy | Komentarzy: 2 »

Dekalog dojrzałego grafomana

wtorek, 13 Marzec 2012

 

Część druga. Przykazania początkującego grafomana są tu – kliknij (wraz z opisem). Dziś dekalog dla tych, którzy wyrośli z podstaw grafomanii i chcą bardziej wysublimowanych osiągnięć. Przypominam, że grafomania rozgrywa się w mentalności, reszta jest tylko skutkiem.

 

1. Jesteś dobrym poetą PONIEWAŻ (empiryczne dowodzenie wybitności): Wydałeś książkę (dwie, pięć, siedemnaście) i/lub wygrałeś coś tam w iluś tam konkursach (nagrodę literacką) i/lub ktoś napisał Ci pozytywną recenzję i/lub chwalą Cię na forach, a to przecież jest zewnętrzną, arbitralną opinią albo materialnym dowodem.

2. Profesjonalni krytycy literaccy nie znają się na poezji. Nie chodzi o to, że robią błędy – to wiedzą wszyscy, a nie tylko prawdziwi grafomani. Prawdziwy grafoman wie więcej. Wie, że krytycy w ogóle się nie znają na poezji.

3. Pisz tak, jak pisali inni. Zwłaszcza Różewicz albo Sosnowski, ale najlepiej w ogóle tak, jak jacyś inni wielcy poeci. Im bardziej to, co piszesz jest podobne do tego, co zostało uznane już za poezję, tym bardziej poetycka jest Twoja poezja. Jeśli nie bardzo wiesz, kogo naśladujesz, po prostu pisz coś, co przypomina inne rzeczy, które czytałeś i słyszałeś, i plączą Ci się w pamięci.

4. Proza – enteroza. (szczególny przypadek powyższego). Pisz białe wiersze, które składają się ze zwykłej prozy pociętej na wersy, najlepiej po 2-3 słowa. Dzięki temu dowiedziesz, że jesteś wielki jak Różewicz, bo Różewicz pisał tak jak Ty (a może odwrotnie, ale to bez znaczenia). Każda proza pocięta na wersy jest wierszem. A jeśli to jest Twoja proza, to naturalnie – dobrym wierszem.

5. W przyrodzie istnieje tylko Twój gust oraz bezguście. Pamiętaj, że jesteś szczęściarzem. Dobra poezja to taka, która się Tobie podoba i ją rozumiesz. Niesamowitym zbiegiem okoliczności jest to właśnie Twoja poezja. Oprócz samego siebie cenisz jeszcze może 3-5 współczesnych poetów, ale bez przesady.

6. Broń wiersza jak Częstochowy. Jeśli w Twoim wierszu ktoś znajdzie błąd, jakiego się zupełnie nie spodziewałeś, nie zastanawiaj się, czy rozmówca ma rację i jak ewentualnie naprawić ten błąd. Przecież Ty nie robisz błędów. Kombinuj raczej, jak go uzasadnić i udowodnić, że tak właśnie od początku miało być.

7. Nie przejmuj się, jeśli w Twoich poglądach są sprzeczności. Między przykazaniem 5 i 10 zachodzi sprzeczność, ale przestrzegaj obu. Nawet jednocześnie. Jesteś mistrzem świata, więc co za problem.

8. Najlepiej, jeśli sam nie bardzo wiesz, o czym piszesz. Jeśli umiesz zgrabnie pitolić, niejeden pomyśli, że skoro nie rozumie Twoich wierszy, to są pewnie bardzo mądre. To wymaga utrzymania się w modnym stylu (tematyka, konstrukcja wierszy), ale cała reszta powinna mieć tyle sensu, co delirium naćpanego kocura. Mniej więcej tyle. Dopuszczalne są drobne odchyły. A o sens się nie martw, ktoś wybitny dorobi go za Ciebie.

9. Pisz sonety (albo inne klasyczne formy). Można oczywiście pisać dobre albo złe sonety, ale grafomanię najłatwiej schować za czymś majestatycznym. Najlepiej znajdź w encyklopedii taką formę, o której słyszało tylko pięciu badaczy języka arabskiego klasycznego i wciśnij do niej tekst o jakimś mało znanym filozofie. Od razu zostaniesz klasykiem.

10. Rób to, czego od Ciebie chcą. Nie chodzi o wyczulenie na informacje zwrotne, tylko o wyjęcie sobie kręgosłupa. Zaawansowany grafoman wie, czego oczekuje rynek/ krytyka/ jurorzy konkursów i potrafi napisać „pod nich” dokładnie to, co ma zostać uznane za naprawdę zaawansowaną grafomanię. Zanim się połapią, że ich robisz w trąbę, rzucisz kolejny kotlet na talerz. Można tak naprawdę długo. Inna droga do tego samego celu: pamiętaj, żeby wiedzieć z kim się napić i komu wyświadczyć przysługę. Wpadnie kilka środowiskowych nagród, a po śmierci z pewnością wystawią Ci pomnik równie piękny, jak Twoje pisanie.

 

 

Dziękuję za pomoc w zredagowaniu Dorocie Ryst.

 

 

Tagi: , , | Kategoria: Literatura | Komentowanie nie jest możliwe

Zniewieściałe słowo na niedzielę

niedziela, 11 Marzec 2012

 

I znowu szum dookoła Dnia Kobiet, a przy okazji i Dnia Pisarzy. O zmianę form i budowę getta. Już pisarze nie są wszyscy pisarzami. Pisarze – kobiety chcą być oddzielnie od pisarzy facetów, mieć Dzień Pisarki. W synagogach, niektórych kościołach i innych miejscach kultu kobiety nie miały prawa być razem z mężczyznami. Oj, buntowały się o to prawo równego dostępu. Teraz już zwykle mają, zwłaszcza w naszej cywilizacji. I co? Domagają się znowu rozdziału. Myli im się równość z separacją, chcą mieć inne słowo na każdą profesję, oddzielne święta. Będzie dwa razy więcej świąt. Dzień Górnika i Dzień Górniczki. Święto Wojska Polskiego i święto Wojski Polskiej. Dziś mamy Dzień Sołtysa (11 marca), to może na 12 ustalmy Dzień Sołtyski. Wszystkie słowa w rodzaju tylko męskim otrzymają rodzaj żeński, choćby najbardziej debilnie brzmiący i do niczego nie potrzebny (poza zaleczaniem kompleksów i stawianiem muru między gettem kobiecym i męskim). Dlaczego banan ma być zawsze facetem, a czemu nie banannia? Chociaż, jak by nie patrzeć – banan jednak jest facetem…

Rzeczywiście, tkwimy po uszy, po tysiące lat w kulturze patriarchalnej. Dlatego „człowiek” jest rodzaju męskiego. Jednak dawno już ta forma straciła znaczenie wartościujące i określające kobiety jako nie-ludzi. Można przypomnieć, że były i są ludy, które swojego odpowiednika słowa „człowiek” używają tylko wobec członków własnego narodu lub plemienia. Reszta to niezupełnie ludzie. Z takich przesądów także wywodzi się nasza kultura i też dawno je zgubiła w pomroce dziejów. Prawdę mówiąc nie widzę jakiegokolwiek wpływu obniżającego poważanie dla kobiet, wynikającego ze stosowania słów w rodzaju męskim. Ani sensu siłowego rozdzielania „pisarzy” (wszystkich płci) od „pisarek” (tylko kobiet). Rozumiem miejsca, gdzie te odmiany naturalnie, miękko i samoistnie się pojawiają, np. dyrygent – dyrygentka. Wiolonczelista – wiolonczelistka. Ale muzyk – muzyczka? Dajmy słowom żyć swoim życiem, nie dorabiając do nich interpretacji biorących się z niczego innego, jak z kompleksów.

Niezadowolonym z takiego obrotu rzeczy proponuję najpierw zgadnąć jak brzmi „człowiek” w rodzaju żeńskim. Dalej proponuję kontynuować paranoję czyniąc żeńskie formy z następujących męskich:

chirurg
tokarz
klawiszowiec (taki muzyk w zespole)
jeździec
woźnica (ten woźnica!)
motorniczy
kierowca
szewc
itd. Niektóre żeńskie wersje co prawda wykonalne, ale doprawdy zabawne :)

A czemu walka jest tylko o pozytywne i neutralne określenia? Czemu kobiety nie domagają się żeńskich wersji słów (ciekawe wychodzą te odmiany…) :

dupek
palant
sukinsyn

I w końcu – czemu mężczyźni nie walczą o męskie formy nieczęstych, ale jednak spotykanych słów w rodzaju żeńskim, które ich dotyczą?

czujka (wartownik)
kaleka
lub zbiorowo: sekcja rytmiczna

Ostatecznie panie walczące o to, żeby nie być muzykiem, tylko muzyczką, nie być chirurgiem, tylko chirurżanką, nie być sukinsynem, a sukincórką, powinny okazać konsekwencję i wyzywając faceta nie używać żeńskiej formy „pierdoła”, tylko… a niech sobie same wymyślają.

 

Edycja po paru dniach. Istnieje już takie kuriozum, jak faceci rodzący dzieci. Eksperymentalnie. Oczywiście to dziwactwo, ale ich sprawa i ich prawo. Jak ich nazwać? „Matkiem”? Wymyślić jakieś nowe słowo? Otóż ja bym nie miał nic przeciwko temu, żeby ich nazywać „matka”, o ile da się to uzasadnić także biologicznie. Najprostsze rozwiązanie. Przyjmują tradycyjną rolę kobiety, a określenie żeńskie nikomu jak sądzę im nie uwłacza. Być może będziemy mieli matki męskie i żeńskie za jakiś czas. I tyle.

 

 

 

Tagi: , , , , | Kategoria: Wszystkie wpisy | Komentowanie nie jest możliwe

Nowy Van Halen – wrażenia

wtorek, 6 Marzec 2012

Album nosi tytuł „A Different Kind of Truth”. Zaczyna się dość męcząco ta płyta. Nie wiem, co ma w sobie kawałek ją rozpoczynający (Tattoo, jest poniżej w linku), ale jakoś mi się wlecze za każdym razem i przygnębia mnie. Nie nastawiam się jednak negatywnie, bo już od pierwszego przesłuchania wiem, że dalej jest lepiej. A chwilami wspaniale. Ekipa pamięta bardzo dobrze lata 80., ale nie trzyma się ich ortodoksyjnie. Śpiew jest brudny, słychać zmęczenie wokalisty, ale umie to zamienić w walor. Co może pokazać Eddie w roku 2012? Jest parę szybkich solówek, riffy są bezkompromisowe, nie odnoszę wrażenia, żeby cofał się przed czymś z powodu stopnia trudności. Jeśli efekt końcowy wymagał zagrania czegoś, to grał. Nie ma natomiast ostentacyjnych popisów, bo i nie te czasy i nie te umiejętności. Gość chyba zdaje sobie sprawę, że kilku takich, co przyszli po nim już nie prześcignie. I dobrze, nie kopie się z własną legendą, jest starym mistrzem i szanuje swoje stare mistrzostwo bez rozmieniania się na drobne.

Co ciekawe – niektóre kawałki pobrzmiewają trochę starym punk rockiem (Bullethead), trochę Hendixem (The trouble with never), jakimś The Who, czy jeszcze czymś. Mamy tu przekrój nawiązań i wpływów z całej historii rocka, co nie narusza spójności albumu i nie pozostawia wrażenia naśladownictwa. Kawałek dobrego hard rocka. Warto.

Płyta nagrana w niemal identycznym składzie jak dwie pierwsze:

David Lee Roth

Eddie Van Halen

Alex Van Halen

Wolfgang Van Halen

 

 

 

Tagi: , | Kategoria: Muzyka | Komentowanie nie jest możliwe