Beskid

Pierwsze dwa dni zastanawiałem się, czy ja dobrze robię. Nieogarniona ilość telefonów do klientów, ofert do napisania i wysłania, przygotowanie Fali Poprzecznej, odbiór tapczanu, zaliczenie z awangardy do napisania, faktury do opłacenia – a ja siedzę odcięty od świata (bez zasięgu w telefonie) i robię sobie wakacje. Na szczęście tylko dwa z tych dziewięciu dni zajęło mi wątpienie. I gdyby nie to, że znowu na koniec zostałem tu sam, żyłbym w sielance. Dziś ostatni wieczór urlopu, pierwszego od sześciu lat.

Pojęcia nie miałem co zrobić z tym wieczorem. Wiedziałem, że będzie do dupy, bo goście się rozjechali, a rodzina dziś dość szybko idzie spać i będę siedział sam w pustym domu z butelką piwa i laptopem bez internetu.

Internet jest co prawda 20 metrów od domu i pewnie uda mi się wrzucić tę notę na bloga, ale nie o to chodzi. Kiedyś to miejsce kojarzyło mi się z radosnym przyjazdem na wakacje. Jednak od wielu lat kojarzy mi się głównie z przykrym wyjazdem. Jest pewnie w tym jakaś wyższa mądrość i można by z tego zbudować jakąś życiową metaforę, tyle że wcale przez to nie poczuję się lepiej.

Ostatecznie warto było. Lubię być „u siebie na wsi”, a miejsce jest absolutnie piękne. Po sześciu bodajże latach przerwy okazało się, że wreszcie mogę jako wujek wypić drinka z młodszą częścią rodziny (i z ich narzeczonymi). Pozostali też trzymają się nieźle, ale to już pewnie sprawy na tyle prywatne, że nie ma co.

Zmieniło się, fakt. Czasem na lepsze – utwardzone drogi, lepiej zaopatrzony sklep (jedyny we wsi). Czasem też na gorsze. Komunikacja jest już wyłącznie prywatna, nadal zawodna, ale jeszcze bardziej przerzedzona. Nie mam pewności, czy dojadę jutro do Krakowa, gdzie mam przesiadkę do Gdańska. W Krynicy jakby po kataklizmie. Dworzec PKP, niegdyś połączony z PKS, pełen ludzi, gęsty od pociągów i autobusów – obecnie zabity dechami. Poczekalnia zmniejszona do rozmiarów kuchni w „wielkiej płycie”, brak kasy biletowej, baru, zlikwidowane oba kioski. Na peronie było źródło wody mineralnej, można było się napić i umyć ręce. Cóż, wyschło. Odjeżdżają dwa pociągi na dobę.

Pamiętam, szedłem kilka razy przez hale nad Wierchomlą stromym zejściem do Żegiestowa. Nigdy się nie martwiłem o powrót. Raz nawet trochę romansowałem ze sprzedawczynią wody mineralnej w pijalni w Żegiestowie. Czas płynął, a kiedy w końcu poszedłem na pociąg, okazało się, że jeździ co godzinę. Teraz jest jeden wyjazd z Krynicy o piątej rano, drugi o piętnastej. Cześć.

Prywatne busy kręcą się po mieście, fakt że jest tanio. Ale dworzec to dworzec, to zwiastun, że życie społeczne jest jakoś zorganizowane, a nie rozproszone, niepewne, łamliwe. Brak dworca to rozkład cywilizacji, jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało.

Kuzyn powiedział mi dziś, że powinienem być rolnikiem. Może ma rację. Sianokosy zawsze dawały mi nieopisaną radość, chociaż była to ciężka praca nieraz przez kilkanaście godzin w upale. Lubiłem rąbać drewno, zbierać grzyby, kopać ziemniaki. Siać i pielić. Pomogłem dziś trochę przy sianie, ale najwyżej pół godziny. Niewielka radość. Odrobinę grabienia, resztę zrobiła maszyna. Problemem nie jest jak zdobyć siano i jak je zwieźć do stodoły, tylko – jak się go pozbyć. Krów prawie nikt już tu nie hoduje, nie opłaca się poniżej stu sztuk. Skup mleka zamknięty. Każdy jeździ do miasta do pracy. W stodole zamiast siana bratanek wstawił stół bilardowy (nie powiem – miło się zagrało). Nie zmieniło się tylko to, że tu wszędzie stoi woda. Na płaskim i na łagodnych stokach, nawet po kilku słonecznych dniach trawa chlupocze pod nogami. Kuzyn mawia, że tu nie powinno się siać zboża (nikt już i tak chyba tego nie robi), tylko otworzyć cegielnię. Flisz karpacki. Na tym fliszu rośnie trawa na metr, czasem na półtora, kosi się ją, suszy w kopach, pozbywa się.

Wieczorami lub w przelotnych deszczach (nie lało na szczęście mocniej) pszczoły wracały zmęczone, obciążone i wściekłe. Leciały czasem metr nad ziemią, zderzały się z ludźmi. Na tle nieba widać wtedy setki tysięcy owadów (w Bereście są ogromne prywatne pasieki, w tym mojego kuzyna i mojego bratanka). Zadziwiające – w skupie miodu płacą pszczelarzowi za kilo więcej niż później miód kosztuje w sklepie. A tu powstaje ten spadziowy, górski, o którym się pisze peany. I słusznie się pisze.

berest

Cuda, te poboczne miasteczka, w których nie ma bankomatów i hoteli. Muszyna jest nawet spora (na tym tle to metropolia), jaskrawsze wrażenie robią takie Rytro, Grybów, Piwniczna. Rynek takiego miasteczka obfituje w sklepy odzieżowe, koniecznie jeden z narzędziami, spożywcze, zwykle dwie – cztery restauracje, pizzerie, puby czy po prostu speluny. Niekiedy jest nawet dom handlowy. Centrum informacji turystycznej, klomby na środku i fontanna. Ratusz, postój taksówek, drogowskazy. Potem wychodzi się z rynku jedną z uliczek w klasycznym układzie, idzie się może pięćdziesiąt, może sto metrów, domy robią się parterowe, często drewniane, biegają kury i kaczki. I po tych stu metrach zaczyna się pole a przy ulicy stoi tablica oznajmiająca, że miasto się właśnie skończyło.

Strefa cywilizacji jest maleńka i nie próbuje oszukiwać. To tymczasowe schronienie, jak szałas w górach czy bacówka dla przemarzniętych. Myślę, że to uczciwy sposób organizacji świata. Uczciwszy niż wielkie miasta, które tworzą pozory, że mamy tu jakieś prawa, że nad czymś panujemy.

Cztery dni spędziłem z przyjaciółmi z Trójmiasta i Warszawy. Trochę łażenia po górach (a raczej spacerów), udało się też umówić spotkanie autorskie w Muszynie dla Marcina i Dominiki. Napiliśmy się dobrego i złego wina, nagadaliśmy się, czytaliśmy ibero. Przybiliśmy do ściany prześcieradło i oglądaliśmy filmy (ściany są drewniane). Puszczałem trochę starego disco z czasów, kiedy jeden z kuzynów był disk-jockeyem w wiejskiej dyskotece (trochę go wspomagałem, zaraziłem tu niektórych zamiłowaniem do Depeche Mode). Zachowałem zrozumiały sentyment dla całej tej szmiry pod szyldem Fancy, Bad Boys Blue, Modern Talking, Scotch, no, dajmy temu spokój. Taka drobna, nieszkodliwa słabość.

Padła propozycja, żeby tu robić plenery poetyckie, czy w ogóle jakieś dobre i fajne. Co prawda ten domek już do mnie nie należy, ale rodzina zawsze chętnie udostępnia, więc czemu nie. Kto wie. Kto wie, trzeba to przemyśleć. Poza tym był obowiązkowy Zuber z Janem, strzępki festiwalu im. Kiepury, kolej gondolowa, cerkiew, dożynkowy festyn we Florynce, plany na przyszły rok. Nie załapaliśmy się natomiast na Perseidy. Albo chmury, albo pełnia.

Oprócz tego kot Stefan (zarąbiste kocie dziecko) i pies Tobiasz, który żywi się pszczołami.

Anita, Dominika, Marcin – dzięki że przyjechaliście. Pozdrawiam rodzinę i dawnych znajomych którzy – o dziwo (albo raczej: o zgrozo…) mnie pamiętają.


Lublin jest zwierzęciem

Nie wiem, czy to skromność tej edycji Miasta Poezji (organizatorzy nie dostali dotacji), czy jakieś inne, prywatne okoliczności mnie tak nastroiły. To prawda, że mniej spotkań to więcej czasu dla siebie. Byłem tu niecałe trzy dni, a naspacerowałem się więcej niż przy tygodniowym pobycie, bo i tak długie mi się przytrafiały. Były to jednak edycje zawalone od rana do wieczora bardziej i mniej oficjalnymi spotkaniami, rozmowami, sprawami do załatwienia.

Zostałem więc znienacka sam na sam z Lublinem. Dziwny to był dla mnie czas. To wciąż moje ulubione miasto na świecie, także mój ulubiony festiwal. Szczerze jednak muszę dodać, że przyjeżdżałem tu także z powodów czysto osobistych, niezwiązanych z poezją i było to dla mnie równie ważną motywacją. Nie miałem dotąd kiedy pomyśleć, że te osobiste powody przecież dawno już przestały być aktualne. Sama wiedza nie wystarcza, to trzeba odczuć, mieć czas przerobić. Snułem się tak po tym Lublinie i zastanawiałem się, jak to się stało, że świadomość dociera do mnie dopiero po ładnych paru latach. I czy naprawdę nadal mam po co tu przyjeżdżać. Czy jeszcze chcę.

Lublin jest dla mnie miejscem kumulacji znaków, mam tu poukrywanych po kątach nieprzeliczone ilości wspomnień. Gdziekolwiek się ruszę, atakują mnie stężone emocje, atakują wściekle i nakładają się jedne na drugie. Tego już się nie da wytrzymać, jak pisał Pasewicz – można zwariować od tej gadaniny. Robię się tu kłębowiskiem sam nie wiem czego i ledwo nad tym panuję. Na tym etapie emocje przestają być pozytywne i negatywne, są jedynie przytłaczająco silne.20160603_154255

W tym poczuciu, wewnątrz niego, siedziało jeszcze inne, drugie poczucie – nieokreślonego schyłku, taki dekadentyzm czy katastrofizm, który z pewnością nie ma nic wspólnego z samym festiwalem. Po raz pierwszy po prostu pomyślałem, że poezja jest dla mnie wyeksploatowanym złożem. Że nic więcej już tu dla siebie nie znajdę. Że wziąłem z poezji wszystko, co miałem do wzięcia. Jesienią wyjdzie mój nowy tomik, ale to są wiersze sprzed dwóch – trzech lat. Przez ostatnie trzy lata napisałem tylko cztery teksty i nie mam pewności, czy to są dobre utwory. Przestają mnie interesować spory o debiuty, nagrody literackie. A że jest to obieg przede wszystkim towarzyski (bynajmniej nie literacki ani rynkowy), przestaje mnie też interesować życie towarzyskie poetów. Pozostało mi parę pięknych przyjaźni, parę dobrych znajomości i paru wrogów, choć są to wrogowie nie takiego formatu, z jakiego byłbym dumny (w przeciwieństwie do przyjaciół, więc bilans, jak by nie patrzeć, jest pozytywny).

Ostatniego wieczoru umawiałem się z paroma młodymi poetami z grupy Nowy bruk na festiwal Fala poprzeczna. Zdejmuję to ze swojej głowy i zostawiam im – ja będę tylko pomagał, ale o niczym nie decydował. Wydawało mi się, że postawiłem sprawę w miarę przejrzyście i merytorycznie, ale jedna z dziewczyn powiedziała, że brzmiało to tak, jakbym odczytywał testament i za chwilę miał sobie strzelić w łeb.

Najpierw zacząłem zaprzeczać, tłumaczyć, że nic z tych rzeczy, ale później pomyślałem, że jednak coś w tym jest. Z jednej strony – co to jest trzy lata bez pisania, skoro wcześniej wydało się cztery tomiki w cztery lata. Może więc wrócę do pisania, a może nie. Gdybym już nie przyjechał na kolejne Miasto Poezji ani na kolejne, ani na żadne inne, to chcę podziękować tym, którzy mnie tu zapraszali, którzy przyjeżdżali ze mną i tym, których tu spotykałem. Może czas zrobić przerwę, nie wiem. Mam teraz rok czasu, żeby to przemyśleć, a wyjeżdżam z wielkim materiałem do przemyślenia. Czas, jak zawsze, rozstrzygnie.


17.05.1979

imieniny

to nieprawda że od piątego roku życia
pamiętam
łóżeczko i krzyż nad drzwiami
do godziny 16.30 modliliśmy się żeby tata
wrócił a od 16.30 że może lepiej jednak nie

nie pamiętam natomiast imienin A.D. 1979
przyszło podobno dużo innych pięciolatków
podobno ciasto i sałatka z grzybkiem
podobno oranżada i dostałem
podobno różowy beret
(muszę się streszczać to był
przekaz ustny a nie pisemny a poza tym
nie mogę wyjść poza format papieru należy oszczędzać znaki
nie wiadomo który jest sądzony ostatni)

to było skrajnie niepoważne ten róż przecież ktoś
w tym czasie mógł umierać

ojciec gapił się przez otwór
do wnętrza butelki
niedługo potem przyszli
smutni panowie i zabrali do więzienia
wódka wciągnęła go zupełnie

po prostu długo nie wypływał
z początku nikt nie wiedział o co chodzi bo był świetnym pływakiem
nie mogliśmy uwierzyć

a potem go szukali
ale nie znalazł się nawet
kiedy go pochowali wciąż siedzi w mule na dnie
przez wodę patrzy do góry
jak w rozcieńczonej przestrzeni po drugiej
stronie załamuje się światło
i rozprasza

 

 

 

Cytaty kursywą pochodzą z rozmów z Leszkiem Żulińskim, Leszek był jednym z tych, którzy próbowali wyłowić Milczewskiego-Bruno.

 

 

 


Dzienniki rumskie 25

Marcowe dzienniki rumskie (które naturalnie nigdy nie były dziennikami, ale przez podobieństwo aury do Dzienników gwiazdowych nazywają się tak, jak się nazywają) zacząć należy od kotów. Otóż pomimo marca koty zachowują się nadzwyczaj spokojnie. Niepokój natomiast ogarnia niektórych ludzi walczących o prawa kotów (prawo do do konserwy, prawo do drapania i inne prawa obywatelskie). Zostałem dodany do facebookowej grupy mających kota na punkcie kotów. Wypisałem się, dodano mnie znowu. Wypisałem się, dodano mnie znowu (nie, nie powtarzam się). Wypisałem się i zablokowałem, ale facebook sugeruje mi, że powinienem się zapisać. Zaczynam wierzyć w spisek. Całe szczęście, że marzec ma się ku końcowi (pisałem to jeszcze w marcu).

Przyszli panowie naprawić pralkę, bo się zepsuła. Naprawili, szybko i fachowo. I dobrze, że naprawili, bo będę musiał wyprać wszystko, obok czego przeszli.

W Rumi otwarto nową księgarnię i teraz są już dwie. W jednej są głównie kredki, zabawki i zeszyty (z poezji – Poświatowska i Dehnel). W drugiej książki katolickie i cukierki „boże krówki”. Nazywa się „Anielska księgarnia”. Obejrzałem katolickie książki, bo jest i beletrystyka, i eseistyka. Obejrzałem, popadłem w zadumę. Myślę, że Tertulian nie spodziewał się, jakie drastyczne konsekwencje ludzie wyciągną z jego postulatu sprzeczności wiary i używania mózgu.

Jest już kwiecień, pora kończyć wpis. Odkryłem dziś jednak ciekawą stronę – to aplikacja na rządowej witrynie Wielkiej Brytanii. Wpisuje się tam swoją ulubioną postać (rzeczywistą), a aplikacja zbiera dane innych osób o tych samych upodobaniach, porównuje je i mówi kim jesteś. Wpisałem kilka moich ulubionych postaci. Okazuje się, że jestem mężczyzną. Spoko. Że mam powyżej 55 lat, posiadam kanarka, moim ulubionym sportem są bobsleje, jadam brukselki, interesuję się modą i celebrytami, mam skrajnie prawicowe poglądy, moją ulubioną marką jest Microsoft, śpiewaczką – Britney Spears i noszę „rurki”.  Nosce te ipsum, kurwa mać (pierwsza część zdania po łacinie, druga też).

Link do testu


Dlaczego ja, prawolewak, sprzeciwiam się PiS

Dlaczego ja, polski patriota, z punktu widzenia „rowerzystów i wegetarian” – konserwatysta (choć z punktu widzenia konserwatystów – lewak), nie popieram PiS? Ja, wychowany na paleotelewizji (którą PiS chce przywrócić), na romantycznej mitologii narodowej wymieszanej z cherlawym totalitaryzmem (to najkrótsze streszczenie programu PiS) – dlaczego nie umiem poprzeć tej partii? Dlaczego, pomimo że szereg ich postulatów jest wyrażanych w warstwie językowej podobnie, jak ja bym je wyraził? Niektóre ich założenia (założenia – a nie rozwiązania!) w gospodarce czy polityce zagranicznej przecież nie są wcale dalekie od moich przekonań. Jest jedna prosta odpowiedź: nic nie jest takim, jakim się wydaje. PiS serwuje zatrute jabłka, w których nie widać i nie czuć trucizny. Tak naprawdę jednak tej partii chodzi o coś zupełnie innego niż to, o czym mówi.

Od dawna jestem zwolennikiem silnego państwa świeckiego z wysoką świadomością obywatelską. Nie kwestionuję pojęcia narodu, ale też nie zamierzam wdawać się po żadnej ze stron w spór, czy „obywatelstwo” jest ważniejsze niż „narodowość”. Obywatelstwo i naród istnieją i będą istnieć, nie są w opozycji. Jestem natomiast przeciwny państwu ateistycznemu, podobnie jak państwu religijnemu. Państwo świeckie, to taki twór, który jest suwerenny politycznie i ideologicznie, a wolności i ograniczenia są podyktowane dobrem wspólnym, a nie interesem jednej grupy przeciwko drugiej. To twór, w którym ludzie zwracają się do duchownych z takim samym szacunkiem, jak do świeckich obywateli. To znaczy – mówią „panie kierowco”, „panie doktorze”, „panie księże”, ale nigdy – „proszę księdza” lub „ojcze”. Tu już widać co najmniej trzy punkty, których PiS nie jest w stanie zaakceptować: przyszłość, obywatelskość i świeckość. Uzasadnię:

1. PiS patrzy wstecz. Jedną z ich podstawowych motywacji jest szukanie zemsty. Człowiek, który się mści, żyje przeszłością. Postać mściciela, znana z literatury, filmów i analiz psychologicznych, jest uwięziona w przeszłości. Niekiedy jest w stanie zacząć normalnie żyć, ale dopiero po dokonaniu zemsty. Dopóki się nie zemści – jest uwięziony. PiS to więźniowie przeszłości. Być może chcą żyć normalnie, ale nie będą w stanie, dopóki się nie zemszczą. W obecnej sytuacji państwo polskie i jego rozwój jest zakładnikiem tej zemsty. Nic nie potwierdza tej tezy równie mocno, jak niedawna nagonka na Wałęsę.

Co do Wałęsy – jeszcze jeden fakt – PiS przekroczył pewną niezwykle ważną granicę. Wałęsę można i należy krytykować, ale to, co zrobiono, nie jest już atakiem na Wałęsę, tylko atakiem na Polskę – na elementy, które przeszły już dawno z życia do mitu, współtworzą kręgosłup świadomości narodowej, decydują o wizerunku za granicą. Sam Wałęsa już dawno przestał mieć „prawa autorskie” do samego siebie, jego prywatność jest czymś zupełnie innym niż „Wałęsa” jako pojęcie historyczno-kulturowe. PiS nie uderzył personalnie w Wałęsę, tylko w mit, dobro wspólne, własność narodu; naszym krajem rządzą ludzie, którzy nie odróżniają takich rzeczy. Albo – co gorsza – odróżniają i atakują świadomie, strach pomyśleć co nas czeka w tym drugim przypadku.

2. PiS wprowadza niektóre pomysły, które wyglądają z pozoru znakomicie. Np. pewne programy telewizyjne, takie jak Sonda. Mam jednak bardzo poważne wątpliwości, czy robią to w celu przywrócenia misji mediom publicznym. Pomijam już dyskusję o tym, czy media publiczne są zdolne do udźwignięcia misji i czy w ogóle istnieje coś takiego jak „misja” w mediach publicznych. Załóżmy, że to wszystko jest możliwe. Ja też chętnie zobaczyłbym znowu Sondę równie dobrą jak dawniej. Podejrzewam jednak, że to „nadawanie misji” nie wynika z autentycznej troski o Naród, a po prostu z sentymentu dla czasu, w którym wychowywali się ideolodzy PiS, ze zwykłej nostalgii, na którą próbują też złapać widzów. Dla nich PRL jest arkadią i próbują do niej wrócić. Chcą znowu, jak w czasach swojej sielskiej czy burzliwej młodości, zobaczyć Sondę i Misia z okienka. Poczuć się jak w domu, jak za komuny. Włączyć telewizor z gadającą głową i wierzyć we wszystko, co głowa powie.

Kryje się za tym coś naprawdę groźnego. Oni reaktywują nie tylko sentymentalne programy telewizyjne, oni w gruncie rzeczy próbują reaktywować PRL (wielu z nich być może nie rozumie żadnej innej rzeczywistości niż rzeczywistość PRL, to kompleks generacji, której tamten ustrój wyprał mózgi). Jest to partia krypto-totalitarna, coraz mniej się z tym kryjąca. Więcej, jest tu prawdopodobnie ukryty jeszcze inny, silniejszy kompleks, mianowicie kompleks Edypa. PRL jako ustrój jest znienawidzonym, wszechpotężnym ojcem wszystkich członków tej partii. Nie uporali się do dziś z tym wpływem. Nadal próbują jednocześnie zabić ojca, ale też upodobnić się do niego. Nie chcę mówić, kto w tej figurze (kompleksu Edypa) byłby dla PiSu matką, bo ktoś mógłby się poczuć urażony ideologicznie.

3. Rzecz najważniejsza i nie jest to bluźnierstwo, jak łatwo by można pomyśleć. To chłodna analiza, po wielu obserwacjach i przemyśleniach: PiS to nie jest ideologia walki o Polskę i polskość. PiS to grupa ludzi pracująca dla obcego państwa. I wcale nie chodzi o Rosję; przypuszczam, że działania osłabiające Polskę w relacji z Rosją nie wynikają ze świadomej współpracy różnych Macierewiczów ze służbami Federacji. Raczej z nieudolności i niskiej inteligencji politycznej. PiS pracuje dla silniejszego mocarstwa niż Rosja, mianowicie dla Watykanu. Ponieważ ich rozgrywka toczy się o powrót do hierarchii średniowiecznej, użyję tej terminologii: PiS stara się, żeby Polska była lennem Watykanu. Nie dlatego, że chcą źle dla Polski, ale dlatego, że ci ludzie wierzą w średniowieczny uniwersalizm. Dla nich wszystkie spory sprowadzają się do walki Boga z Szatanem. Tu nie ma miejsca na jakąś tam Polskę, w tej narracji nie ma azylu, tu jest się albo fragmentem armii boskiej, albo szatańskiej. A sztabem armii boskiej na Ziemi ma być katolicyzm. PiS to partia ludzi, którzy próbują z Polski zrobić coś w rodzaju „kawalerii katolicyzmu”, ich duma narodowa ogranicza się do tego, że świat katolicki podziwia swoje najlepsze oddziały, a te najlepsze oddziały to Polacy walczący o katolickość. O katolickość, a nie o Polskę. Polacy byli wielokrotnie w historii „najlepszymi oddziałami” cudzych armii i cudzych spraw (że wspomnimy choćby Świętą Ligę, kampanie napoleońskie i Bitwę o Anglię). Nigdy na tym dobrze nie wyszliśmy, zawsze nasz wielki sojusznik zostawiał nas z ręką w nocniku. I dokładnie tak samo skończymy, będąc „kawalerią katolicyzmu”. Watykan wydyma nas, tak jak wydymał nas Napoleon i Churchill, jak Amerykanie, którym robimy „łaskę”.

To klasyczny ciąg dalszy sporu o inwestyturę i nie widać końca tej przepychanki. Rzym nadal uważa, że każdy Cesarz jest co prawda władcą w swoim państwie, ale jednocześnie lennikiem Rzymu. PiS w tym sporze stoi po stronie Rzymu przeciw Cesarzowi. Krytykują od lat „serwilizm”, sami jednocześnie promując „wasalizm”. Z politycznego i społecznego punktu widzenia jest to oczywiście praca dla obcego rządu, ktoś bardziej nerwowy może nazwałby to zdradą, ja ograniczę się do przytoczenia celnej opinii, że symbolem Polski nie jest krzyż, tylko biało-czerwona flaga i orzeł. Zhołdowanie ideologiczne nie może być lekarstwem na zhołdowanie gospodarcze i polityczne. Tu nie ma mniejszego zła, oba są wielkie i być może nieodwracalne. Obawiam się, że to już nie chodzi o to, czy przegramy tę walkę z marginalizacją i rozpadem państwa na „państwo fikcyjne”, że przytoczę podsłuchanego polityka. Być może. Ale gorsze jest to, że nawet nie spróbowaliśmy powalczyć. Spróbowaliśmy jedynie jakoś się w tym bajzlu urządzić. Spróbowaliśmy być cinkciarzami Europy albo przedmurzem chrześcijaństwa (chociaż od jakiegoś czasu „chrześcijaństwo” jest równie fikcyjne jak „państwo polskie”). Tego spróbowaliśmy i niech nikt nie mówi, że się nie udało. Pełen sukces: byliśmy cinkciarzami i byliśmy przedmurzem. To do cholery, czego więcej chcemy? Na co narzekamy, z czego jesteśmy niezadowoleni?


Podsumowanie filmowe 2015

W zeszłym roku brałem udział w fajnej ankiecie dla pisma Przezrocze na temat filmów roku 2014. Przezrocze zmieniło obecnie profil, więc nie było ankiety. Tak czy owak mój subiektywny głos wrzucę tu (bo czemu nie), a kategorie podzieliłem tak, jak było w Przezroczu. Oczywiście, nie oglądałem wszystkiego. W samej Europie ukazuje się około 1500 filmów rocznie, ale tylko niewielka część światowej produkcji trafia do Polski. Mnie udało się obejrzeć około 140 filmów, które miały premierę w 2015 roku. Może to ktoś potraktuje jako rekomendacje, a może jako okazję do rozmowy. Niektóre z nich recenzowałem na portalu Cinerama. Ostatecznie widzę to tak (chodzi o filmy z premierą polską w 2015 roku, czyli niektóre są starsze, ale u nas były właśnie w tym roku):

Najlepsze filmy światowe:

  1. Ex Machina
  2. Dark Places
  3. Czarny węgiel, kruchy lód
  4. Strangerland
  5. Pentameron
  6. Rover
  7. Turbo Kid
  8. Road to Paloma
  9. Lost River
  10. Inherent Vice


Najlepsze filmy gatunkowe:

  1. Spectre
  2. La French
  3. Who Am I
  4. Kill Me Three Times
  5. Colt 45
  6. No Escape
  7. Mad Max Fury Road
  8. Most szpiegów
  9. The Treatment
  10. Cybernatural


Najlepsze filmy polskie:

  1. W spirali
  2. Sąsiady
  3. Ziarno prawdy
  4. Demon
  5. Obce niebo
  6. Karbala


Najlepsza animacja:

Baranek Shaun, odrobinę za nim Pudłaki


Najlepszy debiut:

Jason Momoa – Road to Paloma (zastanawiałem się jeszcze nad Lost River Goslinga)


Nadzieja na przyszłość:

Konrad Aksinowicz


Soundtrack:

Road to Paloma, ex aequo z Turbo Kid


Rozczarowania:

  1. Gwiezdne wojny – przebudzenie Mocy
  2. Kryptonim U.N.C.L.E
  3. Noc Walpurgi
  4. The Lobster
  5. Terminator


Najbardziej niedoceniony film

Carte Blanche, niedopuszczony do festiwalu w Gdyni, w niczym nieustępujący innym podobnym, po prostu dobry i po prostu zapomniany.


Kreacja aktorska:

Wojciech Pszoniak w Excentrykach


Inne filmy, na które warto zwrócić uwagę:

Amor Fou Jessiki Hausner – niezwykły talent tej pani i makabrycznie celne obserwacje, przy tym kontynuacja najlepiej rozumianego kina autorskiego.
Warto wspomnieć o filmach, które formalnie łapią się w to zestawienie (premiera polska była w 2015), ale są to filmy generacyjnie należące do roku 2014, zwłaszcza ze względu na szaloną ilość nagród, które dostały. Chodzi oczywiście o Birdmana i Whiplash. Co do obu mam pewne wątpliwości. Nie, żeby mi się nie podobały, ale czy aby na pewno są aż tak bardzo dobre, jak otrąbiono.
Ciekawym przypadkiem jest dla mnie The Eichmann Show, który warto obejrzeć, ale uważam, że zarówno tematyka, jak jej interpretacja, mają cechy wielkie i cechy miałkie.


Komentarz:

Kino gatunkowe raczej rozczarowało. Wszystkie sequele składają się z remiksów wcześniejszych produkcji. Niekiedy jest to zrobione z polotem (Spectre), innym razem topornie (Terminator, Gwiezdne wojny). Ciekawie rozwijają się produkcje australijskie, francuskie, koreańskie, niemieckie, węgierskie. Nieźle jest także w Polsce, ale nie było dzieł osiągających wyżyny z 2013 roku.
Produkowane są ogromne ilości filmów nostalgicznych (osadzonych głównie w wątkach i estetyce lat 70. i 80.). Żeby wymienić choć niektóre – Le FrenchRoad to PalomaTurbo KidTerminatorGwiezdne wojnyCórki dancinguMad Max Fury RoadDark PlacesInherent Vice, Belfast 71, Kung FuryPixelsMost Violent Year każdy w trochę inny sposób. Pojawia się też coraz więcej – raz gorszych, raz lepszych – filmów z obszaru posthumanizmu. Przesterowana kolorystyka stała się takim samym środkiem wyrazu jak światłocień w noir. Na to zanosiło się od dawna, ale znikły już ostatnie wątpliwości.
Dużo dobrego kina artystycznego i autorskiego. Obok tego zalew szmiry w rodzaju Avengers, niestety – na przyszły rok zapowiedziano tego jeszcze więcej. Pożyjemy – zobaczymy.

Możliwość komentowania Podsumowanie filmowe 2015 została wyłączona more...

„Myśleć kreską”

Tytuł wpisu jest cytatem.

Cytat pochodzi z konfesyjnego wpisu na facebooku, a jego autorem jest Władysław Edward Gałka. Człowiek, którego właściwie nie znam. Spotkaliśmy się na forum Salon Literacki, kiedy jeszcze na tej witrynie było aktywne forum. Okazało się, że Władek (przeszliśmy na „ty”) więcej rysuje niż pisze. Kilka miesięcy temu, na festiwalu w Kaliszu, oglądałem książki wydane przez Bogdana Zdanowicza. Ich ilustratorem był Władysław Edward Gałka. Tak się składa, że zilustrował także mój tomik wierszy awaria migawki z 2013 roku.

Nie jestem zawodowcem w sprawach sztuk plastycznych, piszę to jako miłośnik, a nie specjalista. Jednak dla mnie ten artysta jest swego rodzaju fenomenem. Naturalnie, wnikliwe oko zauważy w jego kresce wpływy kubizmu, zwłaszcza Picassa, ale oczywiście nie tylko. Wydaje mi się jednak, że nie jest to w żadnym wypadku naśladownictwo, raczej swoiste pokrewieństwo wrażliwości, sposobu widzenia. Jego rysunek, pomimo że przekracza wzorce awangardowe, nie jest moim zdaniem ponowoczesny. Raczej kontynuuje konstruktywne eksperymenty z plastyką widzenia i ekspresyjnością minionej epoki. Stąd tak doskonale odpowiadał mi jako rama plastyczna do wierszy z awarii migawki. Modernistyczny postulat „o krok dalej” wydaje się w tej twórczości spełniony do cna, z przepięknej bazy wyprowadzone zostały przepiękne wnioski; jeśli kubiści nie domknęli tematu, to Gałka to zauważył i korzysta.

Cały dowcip polega na tym, że jest to artysta – w sumie – ludowy, w wielkim stopniu naturszczyk, bez zasobów finansowych i kontaktów w artystowskim światku. Nugget, samorodek złota. Rysuje i maluje właściwie na wszystkim. Prace do zilustrowania awarii migawki dostałem pocztą, były zrobione na pudekłkach od lekarstw, jakichś kartonikach, rozłożonych kopertach, itd. Maluje też akwarelą i innymi technikami (w kolorze nigdy mnie jednak nie przekonał tak, jak kreską), ostatnio widuję zdjęcia jego rzeźb w drewnie i w plastelinie. Rzeźby z biegiem czasu robią coraz mocniejsze wrażenie, niektóre z najnowszych wręcz przerażają (w znaczeniu siły wyrazu).

Wrzucam kilka prac, niektóre zdjęcia pochodzą ze strony autora i z jego facebooka, dwie skanowałem z tych, które posiadam. To oczywiście tylko wycinek, niekoniecznie miarodajny, zwłaszcza, że Gałka także maluje barwnie w kilku technikach i zajmuje się grafiką komputerową. Chciałbym każdemu polecić twórczość tego autora – kolekcjonerom i zwykłym „zjadaczom”, takim jak ja. Załączam też LINK do jego strony.

 

Możliwość komentowania „Myśleć kreską” została wyłączona more...

Czołgi online (i stereotypy)

Jestem ogólnie rzecz biorąc przeciwnikiem powielania stereotypów o narodach. Nie dlatego, że takie stereotypy są nieuzasadnione, ale dlatego, że gdyby okazały się uzasadnione, to my, Polacy, zgodnie z (uzasadnionymi?) stereotypami, bylibyśmy najgłupszą ze znanych mi nacji. Wolę więc być przeciwnikiem stereotypów niż przyznać, że stereotypy mogą w sobie mieć ziarno prawdy. Bulwę prawdy. Strusie jajo prawdy. Zamiast więc zawracać sobie głowę stereotypami, robię swoje, czyli piszę jakieś recenzje, eseje, czytam książki, staram się zarobić trochę pieniędzy, żeby mieć na brukiew i ser gorgonzola. Kiedy jestem na diecie – wafle ryżowe i zieloną herbatę. A żeby napisać recenzję trzeba zebrać myśli. Robię to tak:

Odpalam grę online. Tanki online. To taka gra w czołgi. Wybieram rozgrywkę na kwadrans. Po skończonej grze zwykle wiem, co chcę napisać, siadam na pół godziny, piszę. Gdybym przez ten kwadrans się zastanawiał nad recenzją, nic bym nie wymyślił. A tak – pogram sobie i po grze mam gotową recenzję filmu albo tomiku poezji. Po prostu „w tle” układa mi się wszystko jak należy, świetna metoda, polecam. Ale to nie znaczy, że grając nie widzę gry, tylko myślę o wierszach. Przeciwnie, właśnie kiedy nie myślę o wierszach, mam szansę je „trawić” w głębszych warstwach świadomości. A w pierwszej warstwie zasuwam tym swoim czołgiem, kryję się przed ostrzałem, walę w innych. I obserwuję, widzę jak grają inni, widzę nicki, widzę czat z rozmowami. I widzę, że nie ma stereotypów, a i tak spotykam stereotypy. Dokładnie – cztery stereotypy. Chcecie? Proszę, takie cztery:

Rosjanie: najwięcej oszustw, włamań, połowa z nich to domorośli hakerzy, którzy rozsyłają sobie nawzajem proste programiki do łamania zabezpieczeń gry. Potrafią stać się niewidzialni i nagle zacząć strzelać znikąd. Odporność i siłę ostrzału podnoszą sobie sztucznie do bezsensownych wartości, przy których są praktycznie niezniszczalni. Nigdy nie gram na rosyjskich serwerach, kiedy widzę na czacie „xaxaxa” (po polsku „cha cha cha”), opuszczam grę. Da się tam grać tylko jeśli się używa tzw. „dragów” czyli bonusów, na które trzeba zapracować wynikami lub kupić za normalne pieniądze. A używanie dragów w nadmiarze jest w netykiecie tej gry uważane za chamstwo. I słusznie. (To nie znaczy, że nie da się z nimi wygrać, ale jest to frustrujące).

Jugosławia: niepojęta agresja, nienawiść, zawziętość. Nie przekłada się to na wynik w grze, nie jest to ta „zawziętość” w stylu Dywizjonu 303, która gwarantuje rekordowe rankingi. To zawziętość, która nie ma celu i nie przekłada się na wyniki. Grają tak, jakby chcieli naprawdę zabijać ludzi, są mściwi, nie liczą się ani z wynikiem, ani z drużyną. Najgorsi z byłej Jugosławii są Serbowie, ale nie są wyjątkiem. Kiedy widzę w nicku lub dialogach jakieś „Kosowo” czy „Bośnia”, od razu przekładam to na strategię swojej gry. Rzadko się okazuje, że się myliłem.

Polacy: najwięcej robienia na złość, wyzywania się nawzajem, grania przeciwko własnej drużynie (pomimo, że samemu traci się na tym punkty), „dowcipów” w stylu spychania z toru jazdy kolegi, który pod ostrzałem wiezie flagę przeciwnika, dialogów w stylu CHWDP, niestety, także – bardzo słaba gra. Polacy mają jedne z najgorszych rankingów. Często porzucają bitwę w połowie lub stoją i nic nie robią. Niedawno otworzono w grze polski serwer, to duży przywilej (są obecnie tylko serwery rosyjkie, angielskie, jeden niemiecki i jeden polski). Polaków można teraz spotkać na wszystkich serwerach, tylko ten polski jest prawie pusty.

Muzułmanie: po pierwsze – bardzo słabi gracze. Kompletny brak myślenia strategicznego i myślenia zespołowego. Często spotyka się nicki typu „Mohammed” lub „Al-kaida”, ci gracze najczęściej mają najwyższy współczynnik strat. Po drugie – bardzo często grają nie fer. Nie liczą się z drużyną, nawet, kiedy jest tam pięciu innych „Mohammedów”, nadużywają dragów, grają niemal ciągle na podwójnej mocy, a i tak ponoszą masowe straty. Nigdy nie spotkałem gracza, który sugerowałby na czacie lub w nicku związki z islamem i jednocześnie dobrze grał. Natomiast często oszukują, jednak nie tak, jak Rosjanie (np. hackując), raczej w dość prymitywny sposób.

Poza tym jest sporo Czechów, Niemców, Węgrów, Szwedów, innych nacji. Oni po prostu grają. Lepiej albo gorzej, zależy od umiejętności. Nie da się ich odróżnić po jakichś stadnych, charakterystycznych zachowaniach. Generalnie są sympatyczni, szanują solidnych sprzymierzeńców i godnych przeciwników. Style gry są indywidualne, złośliwcy, „drugerzy”, hakerzy, to jednostki.

Zanim mnie ktoś obrzuci epitetami od „…fobów”, przypomnę, że – pisałem wyżej! – jestem przeciwnikiem stereotypów narodowych. To wszystko przecież tylko przypadkowe zbiegi okoliczności. A poza tym pewnie mi się zdawało. I nie robię statystyk, czyli moje spostrzeżenia są nienaukowe. Ale jeśli ktoś doczytał dotąd, to może pomyśleć, że pewnie tak sobie gadam, bo mi słabo idzie w grze.

No nie tak słabo. Mam w swojej kategorii jeden z najlepszych wyników na świecie (a gra kilkaset tysięcy ludzi). Może jestem Żydem albo kosmitą. Oczywiście – stereotypowym kosmitą.

Możliwość komentowania Czołgi online (i stereotypy) została wyłączona more...

Z życia w życie

Zacznę trywialnie, blogowo. Blog to pamiętniki (nawet jeśli nie z wydarzeń, to z wrażeń), ale chodzi mi po głowie jedna rzecz, o polskiej poezji – w ogóle.

Więc (tak zaczyna się zdania na blogach) z tą jesienią, na którą ostatnio narzekałem, nie jest jednak tak źle. W pierwszej kolejności chcę podziękować wszystkim, którzy zjawili się na festiwalu Fala Poprzeczna. To dopiero druga edycja i jako organizator miałem obawy, czy się uda. Bez Was by się nie udało. I myślimy już o kolejnej edycji, dobrze, że w Gdańsku jest alternatywna, „niesalonowa” impreza literacka (chociaż organizator ma „salon” w nazwie). Byłoby źle, gdyby znikła, tak o tym myślę. Wstępnie nastawiamy się na wiosenną edycję okołofestiwalową i jesienną – główną. Myślcie już o Gdańsku 🙂

Udało się moje pierwsze od paru lat spotkanie autorskie w Gdańsku. Od jakiegoś czasu organizuję i prowadzę tyle spotkań z innymi twórcami, że zaniedbałem swoje, a najbardziej zaniedbałem tam, gdzie mieszkam. Ale filia biblioteki „Pod żółwiem” upomniała się o mnie i było naprawdę dobrze. Świetne prowadzenie Andrzeja Faca i dobra publiczność, rozgadaliśy się.

Teraz zbieram się (i polecam wszystkim tę imprezę) na festiwal do Kalisza. Zaproponowano mi tam prowadzenie dwóch paneli, takich zbiorowych spotkań – z dwójką i trójką poetów. To naprawdę znakomity festiwal, jeśli ktoś może, to namawiam na przyjazd. Tak się dorze złożyło, że byłem obecny na wszystkich edycjach (zawsze coś tam miałem do zrobienia, albo prowadziłem spotkania, albo byłem w jury konkursu) i nie żałuję żadnego z tych wyjazdów.

Gdzieś w trakcie tego spotkania w Bibliotece Gdańskiej wypłynął wątek polskiej i światowej poezji (tu wracam do uniwersaliów). Jakiś czas temu panowała opinia, że ze światowej poezji najlepsze są polska i amerykańska. Pamiętam deklarację Marka Wawrzkiewicza na festiwalu w Kruszwicy, tak to wyartykułował. Pomyślałem wtedy, że może Wawrzkiewicz jest jeszcze człowiekiem myślącym w kategoriach przełomu ’56 i może jego teza się dawno temu zdezaktualizowała. Ale czytuję od czasu do czasu bieżącą poezję światową. W żadnym wypadku nie czuję się fachowcem w tym temacie, czytam po prostu jak czytelnik, który lubi czytać poezję (mało takich, dojmująco mało, ale są). Mamy tu w Gdańsku „mainstreamowy”, czy też „wizerunkowy” festiwal Europejski Poeta Wolności. Przy różnych okazjach, a zwłaszcza przy tej okazji, wpadają mi w ręce wiersze autorów niepolskich. I wciąż mam wrażenie – bez żadnego lokalnego czy szowinistycznego patriotyzmu – że to co w Holandii lub Słowenii jest wybintym osiągnięciem, w Polsce jest normą.

Mamy czas demitologizacji i weryfikacji. Polscy poeci demolują wszystkie pomniki poza jednym – poza pomnikiem polskiej poezji. Wypadałoby spytać – czy i tego pomnika nie warto zburzyć?

Otóż – moim zdaniem – nie warto. Zweryfikowaliśmy wiele. Dywizjion 303 nie był tak wspaniały, jak w legendach, ale nadal jest najlepszym dywizjonem w RAF. „Polski antysemityzm” istniał i wymaga potępnienia, ale jest daleko mniej istotny, niż próbowano przeforsować. A polska poezja? Nie jest tak cudna, jak byśmy chcieli, ale – tak mi się przynajmniej wydaje – jest jedną z najlepszych w zachodnim świecie. Tak zdaje się wynikać z mojej skromnej lektury kilkudziesięciu „czołowych” (tak twierdzą wydawcy) głosów poetyckich Europy wschodniej i zachodniej. I to mnie cieszy. Jeśli rzeczywiście mamy kryzys literacki, to znosimy go świetnie. Czekam na renesans.

Zdjęcie0498

Możliwość komentowania Z życia w życie została wyłączona more...

Co za cholerna jesień

Wyjątkowo źle znoszę jesień tego roku. Mój organizm dostał jakiegoś rozstroju, ale nie o tym chcę, po prostu może było przeczucie. Zeżarłem więcej leków niż mieli w aptece. Rzeczy piękne ze strasznymi na przemian, jak w jakimś źle pomyślanym filmie akcji. Najpierw rozrypałem sobie stypendium, bo złożyłem wniosek o dzień za późno. Potem okazało się, że mam inne dofinansowanie, a wydawca poczeka, więc tomik będzie w tym roku. Potem okazało się, że festiwal w Gdańsku się nie uda, bo niektóre czynniki odmówiły współpracy. Potem – że się uda, bo inne czynniki nawiązały współpracę. Potem – już jest festiwal, dokładnie – wczoraj jest – i okazuje się, że umarł Zdzisław Jaskuła, dokładnie w dniu festiwalu, a widziałem go ostatni raz na tym samym festiwalu, tylko rok wcześniej. Pamiętam jeszcze, jak go obudziły zamieszki w hotelu. I rano – jak rozmawialiśmy o wynikach konkursu Bierezina. Tego dnia siedziałem przy tym stole, przy którym on siedział rok wcześniej, cholernie to było smutne. Jednocześnie festiwal udał się właściwie na całej linii, 100% radości i sukcesu, tylko wisiał ciągle ten upiór niespodziewanej śmierci. Upiłem się do imentu, sam nie wiem, czy z żalu, czy z radości, a dziś dowiaduję się, że niedługo mnie wsadzą do więzienia, bo nie chodzę do kościoła. I nie to jest najgorsze, że jest zły rząd, bo to się zdarza z różnych powodów. Najgorsze jest to, że ludzie w moim kraju dobrowolnie go wybrali. Jak w pralce się to wszystko mieli, jak na przekontrastowanym zdjęciu złego fotografa.

Niech się ta cholerna jesień już skończy.


  • O mnie i o moim blogu

    Nazywam się Sławek Płatek. Jestem tu prywatnie, piszę wyłącznie subiektywnie. Blog jest o muzyce, filmie i literaturze.

    Powyżej jest możliwość włączenia RSS na mój blog.

    JEŚLI KOPIUJESZ ARTYKUŁ LUB JEGO FRAGMENT NA INNĄ STRONĘ WWW, PODAJ ŹRÓDŁO I LINK.

    Jeśli Ci się tu podoba - wracaj i poleć znajomym.

    Dziękuję

  • Kategorie

  • Z historii bloga:

  • Copyright © 1996-2010 Drapanie ciszy. All rights reserved.
    Jarrah theme by Templates Next | Powered by WordPress