Wpisy oznaczone ‘festiwal’

Obok Rilkego

czwartek, 20 Październik 2011

Na marginesie oficjalnej relacji z festiwalu Rilkego w Sopocie kilka wrażeń (tradycyjnie) subiektywnych. Świetnie zrobiono widowisko w teatrze. Godzinny spektakl złożony wyłącznie z recytacji wierszy mógłby być nudny, a nie był. Myślę, że pokazano jakąś formułę prezentacji i że tych formuł jest naprawdę wiele. Trafiła nam się nawet dyskusja na niedzielnym spotkaniu Doroty Ryst (takim jakby zamykającym festiwal, choć nie wpisanym w oficjalny program) o tym, jak powinny przebiegać spotkania z poezją. Wciąż jestem zdania, że różnie. To zależy od osobowości głównego aktora spotkania, od kubatury pomieszczenia, oświetlenia, ilości gości, ich wieku, zaangażowania, obecności lub nieobecności mikrofonów itd. Daleki byłbym od wszelkiej ortodoksji, ale zdarzało mi się bywać na równie interesujących spotkaniach, gdzie autor prawie nie czytał wierszy i na takich, gdzie poza wierszami nie było niczego więcej. Naturalnie widywałem także kompletnie nieudane, nudne i drętwe spotkania, także w obu powyższych formułach. Spotkania z prowadzącym i bez niego, z angażowaniem publiczności – i bez. W końcu, wracając do początku akapitu – spektakle na jednego, dwóch, pięciu aktorów, z muzyką i bez muzyki, no co kto chce – byle dobrze. Takie rzeczy przychodzą z doświadczeniem. Jedno jest pewne. Nie pogodzę się z opinią, że liczą się wyłącznie wiersze, a autor może wyglądać, czytać i prezentować się tak, że publiczność zemdli. Na spotkanie autorskie przychodzi się bardziej spotkać człowieka niż usłyszeć wiersze. Nawet, jeśli polega wyłącznie na czytaniu wierszy – i tak przychodzi się spotkać człowieka.

Drugie spostrzeżenie – turniej jednego wiersza. Serce roście widząc mnóstwo nowych twarzy, ludzi młodych i starych chcących pokazać światu swoje pisanie. Dobrze. Niektóre wiersze świetne, ja bym pewnie nagradzał inaczej, ale to już inna sprawa. Co mnie natomiast zmartwiło – na spotkaniach autorskich jurorów, na panelach dyskusyjnych z ich udziałem, w ogóle na wszystkich otwartych częściach festiwalu właściwie nie pojawiał się prawie nikt ze startujących. Jeśli kogoś poezja interesuje aż tak, że nie tylko pisze, ale nawet startuje w turnieju, to jakim cudem nie ma ochoty choćby popatrzeć kim są jurorzy (już nie mówiąc, że także inni poeci, nie tylko jurorzy), jaki mają gust i co cenią w poezji? A potem jeden z drugim krytykuje werdykty. Sam krytykowałem (i krytykuję czasem do dziś), ale mogę sobie na to pozwolić, bo czytam jurorów, czytam nagrodzone wiersze, startuję od lat, sam czasem jestem w jury, obserwuję, penetruję. Nie pojmuję postawy – znajdźcie mnie, nagradzajcie mnie, publikujcie mnie, chwalcie mnie i dajcie mi spokój z innymi sprawami. A potem pojawiają się w puli turniejowej teksty, od których uszy więdną i obrażeni samorodni geniusze, których poezja interesuje o tyle, o ile jest to ich poezja.

Równocześnie z festiwalem (sympatyczny zbieg okoliczności) pojawił się debiutancki tomik Ewy Poniznik, który bardzo mnie ciekawi i jest szansa, że dziś już będę miał okazję go poczytać. Mam spore nadzieje, zajawki jakie się pojawiały nastrajają zdecydowanie pozytywnie.

after w Młodym Byronie

Tagi: , , | Kategoria: Literatura | Komentarzy: 2 »

Wrażenia z koncertów podczas imprezy „Pisz i śpiewaj poezję” w Piszu.

niedziela, 17 Kwiecień 2011

Wrażenie pierwsze – ogromna praca organizacyjna, dobre rozplanowanie, wdzięczna publiczność, przytulna sala, logistyka, prowadzenie – wszystko działało. Podobno nie pierwszy rok z rzędu. Ktoś robi to dobrze, świadomie i z zupełnie przyzwoitym efektem. Piszę to, żeby ewentualna krytyka niektórych wykonawców była w jasny sposób odróżniona od samej idei festiwalu. Grał każdy jak umiał :)

Zaprezentowało się szereg artystów z bardzo szeroko rozumianej poezji śpiewanej. Zasadniczo byli to bardzo dobrze grający i śpiewający ludzie. Profesjonaliści lub prawie profesjonaliści pomimo często młodego wieku. Jednak czasem pozostawałem z niedosytem, gatunek kojarzący mi się z pewną szorstkością, autentyzmem, został doprowadzony do absolutnej perfekcji, rozpracowany drobiazgowo, podsumowany do kwintesencji, wykonawstwo osiągnęło pułap absolutnie niedostępny dla większości ludzi, którzy nie mają wykształcenia muzycznego albo lat ciężkiej pracy i nauki. Nie mówię przez to, że brzmiało źle. Przeciwnie. Brzmiało tak dobrze, że aż za dobrze. Tu i ówdzie wyczuwałem lata katorżniczej pracy z zastępem nauczycieli dla osiągnięcia efektu np. ludowego grajka. W najgorszych wypadkach przybierało to postać egzaltowanego, manierycznego śpiewu jak np. u pewnej sympatycznej dziewczyny z doskonałym głosem. Oprócz podziwu dla jej aparatu wokalnego odczułem jeszcze silniejszy dysonans estetyczny. Kicz w czystej postaci. Inny artysta dotknięty był wyraźnie syndromem horror vacui. Nadekspresja, nadużywanie środków, przekombinowanie. Przy tym doskonałe, wirtuozowskie opanowanie gitary i śpiew perfekcyjnie postawionym głosem. Podczas gry w duecie solówki wykonywał z takim zaangażowaniem, że powyrywał struny z prowadnic. A ja myślę, że są lepsze narzędzia ekspresji niż młotek.

Trochę oczywiście i jak zawsze koloryzuję, zasadniczo był to w każdym (bez wyjątku) przypadku kawał świetnie zagranej muzyki. Po prostu po przeczytaniu sobie tego, co napisałem powyżej zastanowiłem się ile to ma wspólnego z tzw. poezją śpiewaną lub piosenką turystyczną i stwierdziłem, że jednak za mało. Nie żeby nic. Ale to nie to. Poza tym młodość = ciśnienie i stąd może ten nadmiar, brak pohamowania.

Doskonałe wrażenie zrobił na mnie Piotr Szauer. Zdecydowanie najlepsze spośród laureatów. Muzyka na pierwszym miejscu, świetne modelowanie nastroju, dobry śpiew i opanowanie gitary, ale bez śladu epatowania wirtuozerią. Życzę mu wielkiej kariery i kibicuję. Zrobił mi ogromną przyjemność grając i śpiewając.

Pozostał mi także w pamięci Włodzimierz Mazoń. Największa dawka bluesa w tym gronie, dbałość o klimat, doświadczenie i pewna naturalna, przekonująca nonszalancja.

Teraz o „dużych” koncertach.

Grupa TAK zagrała wesoło, lekko, dowcipnie. Szkoda, że w kawiarence, a nie na scenie głównej, bo knajpiany nastrój nie sprzyjał słuchaniu muzyki, zdecydowanie wartej większego skupienia.

Janusz Radek… Tu będzie jedyna porcja intensywnej krytyki, bo był to jedyny występ, który po prostu w całości mi się nie podobał. Ciężko mi to pisać o gościu, którego uwielbiają tłumy, ale podłamał mnie. Mało go słuchałem wcześniej, nie miałem wyrobionego zdania. Dopiero w trakcie koncertu przypomniałem sobie, że na jakimś forum muzycznym czytałem zachwyty nad jego skalą głosu i umiejętnościami, po czym przesłuchałem w dostępnych źródłach co się dało, stwierdziłem, że te zachwyty to gruba przesada i zapomniałem o facecie na rok. Do przedwczoraj. Po kolei:
głos – bardzo duża skala, źle postawiony, zduszony, w wyższych rejestrach piskliwy, monotonny, gardłowy i matowy. Spora zdolność do mimikry, ale naśladownictwo jeszcze z nikogo nie zrobiło wielkiego śpiewaka. Pozbawiony indywidualności. Śpiewa bardzo czysto również większe interwały intonuje prawie bezbłędnie. Ani śladu dreszczy na plecach podczas całego występu nie zanotowałem.
osobowość sceniczna – sprawa gustu, ale jak dla mnie infantylny i powiewało ciężką megalomanią. Poruszał się na scenie jak ośmioletnia dziewczynka podczas zabawy na trzepaku. Oczywiście wrażenie czysto subiektywne, ale zapamiętałem pajacowanie, pozę i cyrkowe sztuczki z głosem.
muzyka – kompozycje takie sobie, głównie pop, mocno komercyjne, stylizowane na jakieś tam piosenki autorskie czy poetyckie. Ale tylko troszkę stylizowane. Cały koncert przypominał ćwiczenia śpiewu na lekcji muzyki albo występ przed jakimś egzaminatorem, kiedy trzeba pokazać, że się umie. Po 15 minutach zaczęło być bardzo nudno.
wizerunek – porażająco lanserski. Przykrótka marynarka, obwisły dres i trampki. Podobno teraz taka moda. Widać pracę zespołu speców od marketingu. Zastanawia mnie, co ma do zaproponowania artysta, który usiłuje wyglądać zgodnie z najnowszymi tendencjami szpanu w kręgach snobistycznych. I to artysta z ambicjami na nieprzeciętną indywidualność.

Dla sprawiedliwości – znajdę jego wcześniejsze nagrania, może to po prostu pojedyncza wpadka. Piszę o jednym koncercie a nie o całokształcie kariery, o której wiem po prostu niewiele.

Kompletnie co innego Hanna Banaszak. Zacząłem oglądać koncert z transmisji w kawiarni, ale po paru kawałkach poleciałem na salę. Profesjonaliści najwyższej klasy. To znaczy tacy, że nie myśli się o ich profesjonalizmie, muzyka opanowała mnie i poniosła zupełnie. Wokaliza partii trąbki z „Dzieci Sancheza” była porażająca doskonałością, ale przecież dotknęła mnie muzyka, rozważania o sprawności wokalnej nie mają tu nic do rzeczy. Można o tym rozmawiać teraz, po ostygnięciu. Wtedy, na sali, po prostu wszystkie włosy mi stały dęba. Przypomniałem sobie chwilę potem Radka, wydał mi się płaski, nudny i pokraczny (artystycznie). Pewnie dałby radę zaśpiewać to samo (a może i nie…?), ale efektem byłaby kupa śmiechu, a nie ekstaza. O sekcji rytmicznej i pianiście nie ma co gadać. Na ten koncert trzeba iść, o ile gdzieś go jeszcze grają. Nieopisane.

Ostatecznie, gdybym miał podsumować krótko, to poza jednym słabym punktem (Radek) było mi tam po prostu bardzo dobrze. Niechaj kwitnie i wybrzmiewa festiwal w Piszu przez długie lata. Moje wielkie gratulacje, a jeszcze prywatniej – podziękowania. Mam nadzieję, że za rok coś wymyślę i przyjadę, bo szkoda przegapić.

Tagi: , , , , , | Kategoria: Muzyka, Wszystkie wpisy | Komentarzy: 4 »