Silesius 2012 – nominacje

16 kwietnia 2012

Jury pod przewodnictwem profesora Jacka Łukasiewicza wskazało zwycięzcę w kategorii „za całokształt” oraz nominowało siedem tomów w kategorii książka roku oraz trzy w kategorii debiut roku.
Laureatem Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius za całokształt twórczości został Marcin Świetlicki.

W gronie nominowanych znaleźli się
Jacek Bierut („Frak człowieka”), Konrad Góra („Pokój widzeń”),
Edward Pasewicz („Pałacyk Bertolda Brechta”),
Marta Podgórnik („Rezydencja Surykatek”),
Joanna Roszak („Wewe”),
Marcin Sendecki („Farsz”)
Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki („Imię i Znamię”).

W kategorii debiut roku jurorzy wyłonili trzech autorów:
Karola Bajorowicza („alteracje albo metabasis”),
Tomasza Bąka („Kanada”)
Paulinę Korzeniewską („Usta Vivien Leigh”).
W kolejnym etapie rozstrzygnie się, do kogo trafią statuetki oraz nagrody w wysokości 50 tys. oraz 20 tys złotych (dla debiutanta).

O pewnym Panu z Pomnika

28 lutego 2012

No to mamy rok Broniewskiego… Obawiam się, że już w okolicach października będę miała alergię na sam dźwięk tego nazwiska (przy nadmiarze zwykle tak się to kończy), ale na razie jeszcze widzę więcej pożytku z tego faktu. Przede wszystkim okazuje się, że ludzie bardzo mało wiedzą o tym poecie – coś tam o rewolucji, jakiś „Bagnet na broń”, że komuch. A że pisał znakomite liryki? Naprawdę? Po moim życiorysie Broniewski „plątał się” od zawsze. I co ciekawe najpierw odkryłam właśnie jego wiersze miłosne. Potem liceum i jego podobizna wisząca w gablocie „Oni też uczyli się w naszej szkole” – dopiero po latach okazało się, że chodził do Mickiewicza tylko kilka miesięcy, jakiś referat, no i matura – w dużej mierze dzięki znajomości jego poezji dostałam piątkę z ustnego polskiego.
Jednym z większych pożytków tego roku zostaną zapewne książki – pierwsza z nich ukazała się już przy końcu zeszłego, 2011, dostałam ją pod choinkę i powoli smakowałam. „Broniewski. Miłość, wódka, polityka” Urbanka to książka, która pokazuje człowieka – ze wszystkimi słabościami, uwikłanego w historię. No i przede wszystkim uzupełnia układankę, w której po czasach, w których zrobiono z Broniewskiego naczelnego piewcę socjalizmu, bardzo dużo było luk. Bo jak można było powiedzieć, że walczył w legionach Piłsudskiego, do tego z Bolszewikami! Mniejsza o to, że złapał przy okazji wojny trypra… Że siedział w więzieniach i to nie tylko w Polsce, ale również w bratnim Związku Radzieckim, że pisał wiersze, które w żadnym zbiorze ukazać się przez lata nie mogły. Właśnie takie inedita, różne smakowite drobiazgi były dla mnie najciekawsze. Postać tragiczna, chwilami groteskowa, ale na pewno niezwykła. W sowieckim więzieniu pisał:
więc pomódlmy się kurwąmacią
przygasłej czerwonej gwieździe
[W. Broniewski – Człowiek - to brzmi dumnie...]
A kilka lat później napisał poemat o Stalinie… Pisał pięknie o miłości, ale najdelikatniej mówiąc, wierność nie była jego mocną stroną. W jednym z listów do ukochanej Marii napisał „Myślałem o Tobie ciągle, kochałem i kocham. Byłem Ci nawet, na ogół biorąc, wierny.” – „na ogół biorąc” oznacza tylko jedną „wielką miłość” w czasie, o którym mówi. Warto czytać o Broniewskim, ale może jeszcze lepiej czytać Broniewskiego.
Dobrze się czasem
bawić kutasem
mając pięć palców
na swe usługi
wspominasz dupy
jedna po drugiej…
To bardzo odświeża
polskiego żołnierza!
Tak, tak, to też napisał ten Pan z Pomnika ;-)

„terefere-kuku, strzela baba z łuku…”

23 stycznia 2012

Podobno film bez scen tzw. rozbieranych nie ma żadnych szans… Seks przyciąga, uatrakcyjnia, pomaga „sprzedać” historię. A ja właśnie obejrzałam film, któremu śmiałe (zwłaszcza jak na rok 1987 i polskie kino) sceny erotyczne, a może bardziej „pornograficzna” otoczka zrobiły więcej złego niż dobrego. Mówię o „Łuku erosa” Jerzego Domaradzkiego. Owszem, scen erotycznych trochę jest, można sobie popatrzeć już to na piersi Grażyny Treli, już to pośladki Olafa Lubaszenko, ale chyba zginął gdzieś sens. A dla mnie sensem tej opowieści jest pokazanie skutków I wojny światowej, zmian jakie nastąpiły w obyczajowości. Wojna była tajfunem, który zniszczył spokojny, mieszczański świat. Nie niszcząc rzeczy, domów zrujnował dotychczasowy porządek. Z jednej strony, w porównaniu do II wojny, z jej zagładą całych narodów, miast, fizycznym zniszczeniem, była znacznie mniej „inwazyjna”, a z drugiej wyniszczała świat podstępnie, podskórnie.
Nie znam literackiego pierwowzoru, powieści „Łuk” Kaden-Bandrowskiego, ale z wielką ciekawością po nią sięgnę. I za jakiś czas pewnie napiszę, czy się nie rozczarowałam.

Pępek świata

9 stycznia 2012

Chyba już za długo siedzę w domu, bo mój wzrok coraz częściej kieruje się ostatnio już to w stronę półki z przewodnikami i mapami, już to na półkę „zakopiańską”. Uwielbiam mapy i przewodniki… A tęsknota do Zakopanego? Organizm już czuje, że nadchodzi luty, że powoli zbliża się czas Urodzin Teatru. A tu w tym roku nic z tego – Urodziny dopiero na jesieni! Więc niby wiem, że można nie szykować się, trzeba myśleć o podróży w zupełnie inną stronę, ale nie tak łatwo. Więc waham się – „Pępek świata” Rafała Malczewskiego czy „Schodami w górę, schodami w dół” Choromańskiego? A zanim podejmę decyzję sięgam po „Przewodnik historyczny po Zakopanem” Pinkwartów… Ech…

trudne zdziwienia

8 grudnia 2011

No cóż, jako że jak twierdzi Poniedzielski „Życie, stary sposób na zbieranie zdziwień” – nie wiem, czy kiedykolwiek pozbędę się z domu telewizora… Jaki to ma związek, ktoś zapyta. Ano, jak już nic mnie w codzienności nie dziwi – rzadko się zdarza, przyznaję, ale zdarza – włączam sobie telewizję. A im rzadziej włączam, tym łatwiej o zdziwienie. Najlepiej tak sobie, ni stąd, ni zowąd, na dowolnie wybrany kanał, wskoczyć. Nawet jak nie pierwszy, to któryś na pewno zaserwuje mniejsze lub większe zdziwienie. Czasem jest śmiesznie, czasem straszno – dziś będzie o zdziwieniu zupełnie nie do śmiechu. Otóż, jakoś w środku dnia pilot sam wepchnął mi się w dłoń – TVP 1… Msza – zdziwienie pierwsze, bo czemuż tak, bez święta, w dzień powszedni? Zanim przełączyłam dotarło do mnie, że to pogrzeb. Adama Hanuszkiewicza. I tu już przestałam rozumieć cokolwiek. Tak, był to niewątpliwie człowiek wybitny, nietuzinkowy artysta. Rozumiem przypomnienie jego programów – cieszę się, że pokazano chociażby „Apolla z Bellac”, ale pogrzeb?? W głównym programie (a dodatkowo,  jak się okazało, w TV Polonia)? To teraz już będziemy pokazywać wszystkie pogrzeby wybitnych ludzi? Może by więc kanał tematyczny? I porównywać, która wdowa cierpi piękniej…

Są to rzeczy, w których trudno mi się odnaleźć, a może trzeba? Skoro taki świat nam się trafił…

migawki

3 grudnia 2011

Obraz i Słowo – ostatnio wiele mówi się o ekfrazie. Ta niegdyś figura retoryczna dziś funkcjonuje już jako odrębny gatunek literacki. Trzymam w ręku nową, jeszcze niemal ciepłą książkę i myślę, że to ciekawy przypadek, jedno z bardzo współczesnych wcieleń ekfrazy. „Migawki. Obiekt Warszawa” Pawła Łęczuka i Łukasza Perkowskiego to album fotograficzno-poetycki. Czarno-białe zdjęcia uzupełniają krótkie notki poetyckie. Tytuł „migawki” bardzo dobrze charakteryzuje i stronę ikonograficzną i tekstową. Autorzy nie próbują pokazać nam Warszawy jaką znamy z oficjalnych publikacji. Nie ma Zamku Królewskiego, Pałacu Kultury – są obrazy, które zaskakują. Miejsca, w których albo nie bywamy, albo patrzymy na nie z innej perspektywy. Kto z nas widział rotundę na skrzyżowaniu Alej Jerozolimskich i Marszałkowskiej z góry? Niewielu… Choćby dlatego warto sięgnąć po ten album. Ale nie tylko. Dla mnie najciekawszy jest dialog jaki słowo toczy z obrazem. Bo teksty tu nie opisują, nawet nie dopowiadają, ale właśnie rozmawiają z fotografiami. Zresztą, sami sprawdźcie…

wszystko przez ten pierwszy raz…

24 listopada 2011

Podobno nasz pierwszy raz warunkuje nas na całe życie… Nie, nie mówię o seksie, ale o muzyce. Byłam dziś na kolejnym koncercie OPPY – Brassens w wykonaniu pani Justyny Bacz. No, niestety, dla mnie Brassens, to jednak przede wszystkim Zespół Reprezentacyjny. Pewnie dlatego, że to na ich koncertach wiele lat temu usłyszałam „Dzielną Margot”, „Pornografa”, „Jestem mały miś”, „Nie-prośba o rękę” i inne kawałki. Dopiero później poznałam oryginały – niestety, nie ten poziom znajomości języka, żeby się w pełni bawić tekstami (a w dużej mierze w tekstach tkwi siła tych piosenek). Potem były jeszcze przekłady Wojciecha Młynarskiego w wykonaniu aktorskim – profesjonalnym, dobrym – może za dobrym? Zabrakło pewnej naturalności, luzu, zabawy. A dziś? Było poprawnie i nudno… Dobrzy muzycy, świetna francuzczyzna, ale czułam się, jak bym trafiła na koncert Marii Koterbskiej. Nie neguję, że to może się podobać, ale akurat nie mi. Grzecznie, miło i bez jaj – to nie mój Brassens. A wszystko przez ten pierwszy raz…

ot, brodaty facet z gitarą :)

23 listopada 2011

Trwa OPPA. Dziś koncert, na który chyba najbardziej czekałam, czyli Andrzej Garczarek. Pamiętam, jak pierwszy raz usłyszałam „Jak My w Wyszemborku Pana Jezusa Witali” – lata 80., audycja Pawła Szeromskiego, Rozgłośnia Harcerska… Do dziś to dla mnie jedna z najbardziej świątecznych piosenek. Dopiero później dowiedziałam się, że ten sam autor napisał śpiewane przez nas przy ogniskach „Przyjaciół nikt nie będzie mi wybierał”, a potem były kolejne piosenki, koncerty. Magia. Niby ciągle to samo – brodaty facet z gitarą, śpiewający, w sumie, dość ponure piosenki. A jednak jest w nich mądrość, a w brodatym facecie jakieś ciepło. Dziś na koncercie towarzyszyli mu dwaj muzycy – znakomici – Mirek Kozak i Florian Ciborowski. Z jednej strony ładniej, bogaciej… A z drugiej trochę brakuje tej chropowatości. Czepiam się, a przecież było pięknie :)

spacerkiem przez rocznice

8 listopada 2011

Czy nam się to podoba czy nie, jesteśmy – jako społeczeństwo? jako ludzkość? – nastawieni na działanie w trybie „akcyjnym”, rocznicowym. Coś o czym nie pamiętamy na co dzień – bo o ilu rzeczach można pamiętać w codziennej bieganinie? – przy okazji akcji  i rocznic nagle ożywa, jest celebrowane, czasem aż do przesady. No właśnie, to co mnie najbardziej w tym męczy, to brak umiaru. Mamy rok Miłosza, szczęśliwie się kończy, bo mam wrażenie, że jeszcze chwila i doszlibyśmy do tego, że szacowny noblista  uśmiechałby się do mnie nawet z mojej własnej lodówki… Ale po takich rocznicach zwykle coś zostaje  – oprócz śladów w ludzkiej pamięci – trochę mniej lub bardziej niepotrzebnych pomników (a może właśnie one są potrzebne, jako „przypominacze”?), ulice i place czyjegoś imienia, ale przede wszystkim książki. Leży przede mną taka „rocznicowa” książka – nie, nie o Miłoszu. Ten rok to również rok Marii Skłodowskiej-Curie – kobiety niezwykłej i na pewno wartej przypominania. Ta książka to ‘Spacerownik śladami Marii Skłodowskiej-Curie” Piotra Cieślinskiego i Jerzego S. Majewskiego. Jestem wielbicielką całej serii „spacerowników”, wydawanych przez Gazetę Wyborczą, to kopalnia wiedzy o miejscach i ludziach, o wzajemnym wpływie tychże. Napisane bez zadęcia, przystępne, zachęcają do poznawania Warszawy (o innych miastach nie wiem, niestety, znam tylko warszawskie spacerowniki). Bardzo mi się podoba pomysł przedstawienia w ten właśnie sposób wielkiej Polki (ze zgrozą przeczytałam w wikipedii „wywodząca się z Polski francuska uczona”…). Autorzy nie ograniczyli się na szczęście do miejsc związanych ze Skłodowską w Warszawie – spacer jej śladami to tylko jedna z części książki. W pozostałych możemy poczytać o całym jej życiu, o Warszawie Bellé Époque, o modzie tamtych czasów, ale i sporo o sytuacji kobiet – w nauce i życiu codziennym. A wszystko to napisane tak, że dobrze się czyta, nie nudzi. Warto jeszcze dodać, że książka jest dwujęzyczna – z jednej strony po polsku, po odwróceniu –angielska. Idę sprawdzić czyj to rok zaczyna się już niebawem…

trudne powroty

2 listopada 2011

Powroty po latach to zawsze ogromne ryzyko, tym większe im piękniejsze wspomnienia. Mężczyźni, w których się kochałyśmy – ci wszyscy wysocy przystojni blondyni (lub bruneci, co tam kto woli) – okazują się małymi, łysiejącymi facetami z brzuszkami, miejsca ongiś piękne straszą bylejakością. Nawet książki, zamiast zachwycać, śmieszą. No, czasem zdumiewają. Czasem starzeją się książki, a czasem my…  Do czego ten przydługi wstęp? Do wspomnienia o „Panu Samochodziku”. Pamiętam jak pochłaniałam te książki wiele lat temu. Teraz, z ciekawości, sięgnęłam po niektóre tomy. I co? przede wszystkim zdziwienie. Pod pewnymi względami te książki wciąż się bronią. Ale kilku rzeczy nie pamiętałam. Chociażby tego, że wspaniały Pan Tomasz był ORMO-wcem… Chwilami irytujące jest jego besserwisserstwo – długie wywody na różne tematy, od ochrony przyrody po tajniki zdobywania kobiet. Ale tym, co najbardziej mnie zdziwiło, czego nie pamiętałam – a może raczej nie byłam w stanie zauważyć – to wpisanie się w nurt propagandy sukcesu…

Nie pamiętacie? No to taki cytat: „Dziś miasto jest odbudowane, ma nowoczesne dzielnice, a przystań żeglugi i brzegi jeziora zwabiają tu rokrocznie tysiące gości z całej Europy. To naprawdę piękne miasto z dobrze rozwiniętym przemysłem, zakładami naprawy taboru kolejowego, zakładami szkutniczymi, z ogromną fabryką przetworów mięsnych.” Czy to brzmi jak fragment przygodowej książki dla młodzieży? Raczej jak materiał propagandowy z lat 70.

Nie płynie się dwa razy tą samą rzeką, nawet wehikułem Pana Samochodzika…

Szukasz czegoś?

Użyj tego formularza aby przeszukać stronę:

Nadal nie znajdujesz tego, co szukasz? Dodaj komentarz do jakiegoś wpisu albo skontaktuj się z nami, a spróbujemy jakoś temu zaradzić!