Panie Kazimierzu, cóż to dzisiaj jest 100 złotych?

31 października 2017

To miało być po prostu jeszcze jedno zdjęcie do albumu grobbing literacki. Prosta sprawa – znaleźć grób, zapalić znicz. Wujek google podpowiedział, że Cmentarz Północny, czyli paskudna Wólka, więc tym prościej – i tak bywam tam na grobach moich bliskich. Specjalna cmentarna wyszukiwarka pokazała – Kazimierz Ratoń, kwatera W-VIII-9, rząd 9, grób 6. Znicz i zapałki w torbie, tłok w autobusie i przed bramą, potem tłum rozlewa się po alejkach i wsiąka gdzieś w hektary jednego ze smutniejszych miejsc jakie znam (no, może tylko widok Teatru Szekspirowskiego w Gdańsku działa na mnie bardziej przygnębiająco).

Kiedy podeszłam do poszukiwanej kwatery, miałam wrażenie, że trafiłam na dziwny, pusty placyk pomiędzy grobami. Z bliska okazało się, że jest na nim rozrzuconych luźno kilka nagrobków w całkiem niezłym stanie, kilka płyt z zupełnie zatartymi nazwiskami a reszta „placu” to niewielkie nierówności – jakieś wybrzuszenia, jakieś dołki. Między tym gdzieniegdzie tabliczki „Grób do likwidacji”. Trudno dokładnie stwierdzić, jak przebiegały rzędy, gdzie są groby, a gdzie przejście między nimi. Próbowałam jakoś dopasować przestrzeń do teorii z cmentarnej wyszukiwarki (na podstawie grobów istniejących) i jestem niemal pewna, że grobu Ratonia po prostu nie ma… Na zdjęciu widać mniej więcej to miejsce, w którym był. Tylko 34 lata. Jak widać, aż. I tylko nie mogę pozbyć się z głowy obrazu Miłosza, który świętując „po Noblu” w Warszawie, na schodach Domu Literatury spotkał Ratonia. Z wyraźnym przerażeniem i troską wręczył mu 500 zł, choć Ratoń poprosił jedynie o „Waryńskiego”. Miłosz miał powiedzieć: „Panie Kazimierzu, cóż to dzisiaj jest 100 złotych?”. W kieszeni marynarki miał gruby plik pięćsetek spiętych biurowym spinaczem.

Proste sposoby na melancholię, czyli co ma „Warszawa literacka” do wiatraka

4 października 2017

Dochodzę do wniosku, ze jestem najgorszym gatunkiem czytelnika – marudzącym, niezadowolonym, mającym za wysokie oczekiwania. Bo znów będzie o rozczarowaniu czytelniczym… Znów książka, na widok której w moim mózgu zapaliło się światełko – „muszę mieć” – wywołała irytację. Piotr Łopuszański i jego Warszawa literacka w okresie międzywojennym to wszak dokładnie to, czego mi do szczęścia potrzeba. Przynajmniej tak by się mogło wydawać. Ale że chwilę wcześniej darłam włosy z głowy nad Warszawą literacką lat międzywojennych Teresy Dąbrowskiej (autorka ma potężne problemy z posługiwaniem się językiem polskim), wąż w mojej kieszeni szepnął – „pożycz najpierw i zobacz”. No więc przynajmniej zaoszczędziwszy, mogłam znieczulać się przy lekturze, żeby irytacja była mniejsza.

Podstawowym problemem jest chaotyczność tej książki. Autor przyjął teoretycznie porządek chronologiczny – ok. Ale całość powinna być przynajmniej o 1/3 (może nawet więcej) krótsza – te same informacje powtarzane są kilka razy w podobnej lub niemal tej samej formie. Do tego brak indeksu osobowego, co powoduje, że chcąc znaleźć konkretną informację, trzeba przewertować całość. No i sporo błędów. Mniejsza np. o błędny numer domu, w którym mieszkał Witkacy (oczywiście powtórzony, jak większość rzeczy w książce), ale wizja Prusa opłakującego śmierć Żeromskiego? „Na wieść o śmierci kolegi autor Emancypantek zapłakał. Cenił go mimo różnic poglądów i uważał za genialnego pisarza. Czuł, że będzie następnym pisarzem, który odejdzie.” (s. 181). Sęk w tym, że Żeromski zmarł w roku 1925, a autor Emancypantek nie żył od maja 1912. No, chyba że przyjmiemy, że Prus jest wiecznie żywy. Do tego naginanie cytatów do tezy – przy opisie mieszkania jednego z poetów dodany jest cytat z wiersza, którego datowanie wskazuje na zupełnie inny okres życia, inny adres. Ale pasuje, to dajemy…

Ciekawostką jest, że jedyną chyba książką z dość szczegółowym streszczeniem (prawie cała strona) jest Szatan z 7 klasy. Można zrozumieć sentyment, ale czemu podane jest błędnie nazwisko głównego bohatera i imię innej postaci? (O tym, że fragment brzmi jak zerżnięty z jakiegoś bryku dla gimnazjalistów, litościwie zmilczmy.)

Ale najbardziej irytujące są wtręty „psychologizujące”, a już najbardziej chyba „diagnoza” i jakże proste remedium pana Ł. dotyczące dolegliwości Tuwima:

No więc wszyscy, którzy cierpicie na melancholię, lećcie malować swoje mieszkania na wesołe kolorki. Chyba też pójdę, może na irytację to też pomoże.

Jeszcze w wiśniowe gramy

5 września 2017

Tak, wiem – nie dopisuje się poetom ciągów dalszych do wierszy… Ale chodził za mną ostatnio wiersz Stanisława Balińskiego Wiśnie. I tak chodził, aż po głowie zaczęła się tłuc jeszcze jedna strofa. Bo przecież wiśnie zawsze mogą mieć swój ciąg dalszy w postaci nalewki. Więc przeczytajcie wiersz zapomnianego skamandryty – Stanisława Balińskiego. I wspomnijcie, że Skamader to nie tylko Tuwim, Słonimski, Wierzyński, Iwaszkiewicz i Lechoń. Na początek Baliński (jeśli ktoś zgadza się z tezą z pierwszego zdania, ciągu dalszego można nie czytać):

Wiśnie

Kiedy u nas na Litwie
Pierwsza wiśnia zakwitnie,
Pierwsza wiśnia jak płatek marzenia,
Spotykamy się z sobą,
Ze mną ty, a ja z tobą,
Zakochani z pierwszego wejrzenia.

Kiedy potem na drzewach
Pierwsza wiśnia dojrzewa,
Pierwsza wiśnia czerwona i wonna,
To mówimy do siebie,
Do mnie ty, ja do ciebie,
Że ta miłość już będzie dozgonna.

A gdy wreszcie w ogrodzie
Pora wiśni przechodzi,
Razem z nią pryska miłość kapryśnie,
Więc żegnamy się z sobą,
Ze mną ty, a ja z tobą,
A na drogę weź koszyk. To – wiśnie.

(Stanisław Baliński)

I mój „suplement”…

Ale przecież z tych wiśni
Coś nam jeszcze się przyśni.
Nastawiamy nalewkę w purpurze.
Znów wracamy do siebie,
Do mnie ty, ja do ciebie.
Upijamy się sobą na dłużej.

Śmierć frajerom, czyli zgubne skutki naczytania się

27 lipca 2017

Czy ja kiedyś mówiłam, że lubię powieści kryminalne (i nie tylko) mocno osadzone w konkretnym czasie i miejscu? Pewnie mówiłam, a nawet pisałam… No to mam. Moda ostatnio taka, że osadzone jest już chyba wszystko. Czasem wystarcza, że książka ma dwa dość schematyczne opisy Bazaru Rożyckiego, żeby była „osadzona na Pradze”. Albo pojawia się Wieniawa i Mała Ziemiańska, czy knajpa u Grubego Joska na Gnojnej, żeby było „osadzone w Dwudziestoleciu”. Trochę to irytujące. Ale trafiłam na książkę, która doprowadziła kwestię osadzania do wymiarów, jak dla mnie, kuriozalnych. I jak nie mam zwyczaju wypowiadania o utworach, których nie przeczytałam w całości, tak zrobię wyjątek i się wypowiem…

Otóż przeczytałam, że niejaki Grzegorz Kalinowski, rodowity warszawiak, popełnił coś, co nazywa się „Śmierć frajerom”.  Blurby na okładce napisały znakomitości – a to pan reżyser (którego lubię), a to muzyk (którego cenię), a to pani dziennikarka (do której nic nie mam) – i same zachwyty i „gorąco polecam” i że pochłania” i w ogóle. A, no i że pierwsza ćwierć XX. i Warszawa, przede wszystkim. No więc rzuciłam się, zamówiłam i niecierpliwie czekałam na przesyłkę. Nawet dość szybko przyszła. Spojrzałam – ponad 600 stron, więc pomyślałam, że będzie co czytać – może nawet na 2-3 wieczory wystarczy. I tak czytam… Miesiąc właśnie mija, a ja z coraz większą niechęcia myślę, że wieczór się zbliża, czas na lekturę, a tam czeka na mnie ta cegła… I kombinuję, że to może ja muszę przeczytać kawałek przewodnika, albo encyklopedii, albo zgoła podręcznika jakiegoś. Bo, zaiste, więcej tam akcji czasami niż w „Śmierci frajerom”. Faktem jest – osadzona historycznie jest. O Warszawie jest. Sęk w tym, że naprawdę nie muszę poznawać całej historii kamienicy, do której ma wejść bohater – zwłaszcza, że cholernik wchodzi do różnych i już przy trzeciej nie powiem co mnie trafia. Zamiast wciągającej opowieści z ciekawym tłem dostałam nudny, jak flaki z olejem, wykład historyczno-krajoznawczy o Warszawie, po którym nie do końca wiadomo po co pęta się jakieś chłopię. Nie, przepraszam, wiadomo po co – żeby wchodził do tych wszystkich kamienic, chadzał do szkół, przechodził lub przebiegał przez ulice, o których naczytał się pan autor i bardzo chciał o tym napisać. Z poczucia obowiązku pewnie zmęczę te 150 stron, które mi jeszcze zostały – może przyda się przy spacerach, ale po kolejne tomy raczej nie sięgnę – śmierć frajerom…

Było i nie ma, jak w ruskim cyrku

3 lipca 2017

Tak mawiała moja babcia. A była sobie ławeczka… Nie tak dawno temu, bo w czerwcu 2013 roku, uroczyście odsłonięto „Miroławkę”.  Jak można przeczytać na stronie Fundacji Cultus: „Została wykonana ze ściętej topoli, o której często wspominał w swojej twórczości Miron Białoszewski. Dzięki warszawskim artystom – Wojtkowi Józefowiczowi i Monice Michalczewskiej topola zyska drugie życie i powróci na Plac Dąbrowskiego w nowej formie”. Była, widziałam, mam zdjęcia (o, ironio, album na Fb, w którym znalazły się te foty zatytułowałam „nie spać, zwiedzać”).

Kiedy wczoraj, przygotowując kolejny spacer literacki, poszłam na Plac Dąbrowskiego, zamiast ławki ujrzałam świeżo posianą trawkę. Zadałam więc pytanie tym, którzy ją tam postawili. Pozwolę sobie upublicznić odpowiedź, którą dostałam:

Ławeczkę zdemontowaliśmy i w tym momencie przebywa w pracowni rzeźbiarskiej na Pradze. Jakiś czas usiłowaliśmy ją oddać w darze naszemu miastu, ale niestety nasza ponad roczna korespondencja nie przyniosła efektów. W czasie 4 lat jej pobytu na Placu Dąbrowskiego byliśmy zobowiązani do dzierżawienia terenu, napraw, konserwacji etc. i chcieliśmy sobie zdjąć ten ciężar z pleców. Jedynym sposobem okazał się demontaż ławeczki.

Kocham moje miasto, ale po raz kolejny przekonuję się, że to trudna miłość…

Jazda po emocjach

10 czerwca 2017

Są takie chwile, w których trudno poradzić sobie z emocjami. Ot, taki zwykły wieczór. I nagle dociera, że nie jest zwyczajnie – jestem w gronie przyjaciół, siedzimy w ogrodzie, na niebo wdrapuje się ogromny księżyc. Pełnia. To słowo najlepiej określa sytuację. Jest gitara, śpiewamy. Nagle Kukułka (gospodyni i zarazem grająca na gitarze) zaczyna Stoimy pod murem, zdjęto nam wolność jak koszulę skazańca… W miarę śpiewania, głos więźnie w gardle (przepraszam za ten wyświechtany zwrot, ale tak jest), dociera do mnie, że nie za sto, dwieście lat będzie już małe okienko, ale że to, o czym śpiewaliśmy na początku lat 80. i co było tylko cichutką nadzieją, zdarzyło się nam naprawdę. Że doczekaliśmy. (To, że nie bardzo umiemy sobie z tym poradzić, to zupełnie inna kwestia, dziś zupełnie nie o tym.) Dziękuję. Za wszystko – za to, że zdarzyło mi się właśnie takie życie.

znów ta wiosna

17 marca 2017

Co tu dużo gadać – wiosna… Więc będzie trochę o tym. I trochę o ekfrazach. Pomagając pewnej bardzo sympatycznej poetce przy redagowaniu jej tomiku zawierającego głównie ekfrazy, przypomniałam sobie, że to całkiem fajny sposób na wiersze. Raczej nie interesuje mnie „opowiadanie obrazów”, już raczej dialog z nimi. Tak, znam porzekadło „gadał dziad do obrazu, a obraz do niego ani razu” i zupełnie się z nim nie utożsamiam – obrazy gadają, czasem krzyczą, inne cicho szepczą, wystarczy im na to pozwolić. Nie jest to z pewnością główny nurt w moim własnym pisaniu, ale kilka takich „rozmów” z obrazami (a nawet jedną z nietypowym pomnikiem) popełniłam. A że jest to całkiem niezły pretekst, żeby przypomnieć malarza, którego bardzo lubię i uczcić zaczynającą się dość niemrawo wiosnę, proszę bardzo:

wiosna

ta wiosna będzie inna
[J. Pucis]

wszystkie wiosny są takie same. w gruncie rzeczy
kiełkują jak kiełkowały co roku. pali się
to o czym trzeba zapomnieć. udaje się
udawać że można zacząć od nowa. więc bierzemy i oddajemy

śnieg do przechowalni i cesarzowi co cesarskie.
odmieniamy odnawiamy oddalamy się
od siebie. tylko góry tak samo szczerze szczerzą
skały. czekają.

 Rafał Malczewski, Wiosna w górach, 1937, olej, płótno, 116 x 90 cm. Wł. Ireneusz Szarek, Pruszków

Witkacowanie

24 lutego 2017

Rocznica urodzin Witkacego – wielkiego maga, wizjonera, pięknego szaleńca… Człowieka, który tak bardzo wyprzedził swój czas, że ciągle jeszcze, prawie 80 lat po śmierci, jest odkrywany i nie w pełni rozumiany.
Nie udało się pojechać na Urodziny Witkacego i Teatru do Zakopanego, więc żal i tęsknota. Bo chciałoby się pobyć wśród pięknych ludzi, doładować akumulatory tą niesamowitą energią, jakiej źródło bije od 32 lat na Chramcówkach. Ale wiem, że jak tylko się da, pojadę, bo to miejsce uzależnia.

Ten blog to miały być notatki z lektur, ale ostatnio coraz częściej pojawiają się inne refleksje i moje własne wiersze. Zmiana planu? Nie, po prostu życie – zmienne, nie do końca przewidywalne. Dziś witkacowsko, więc wiersz z tomiku Część planu – o Witkacym, ale nie tylko. Jeden z wyjątkowo ważnych dla mnie tekstów.

koniec sierpnia, 1939

witkacy już namalował swój ostatni portret
(typ C z użyciem kokainy
obecnie w zbiorach prywatnych w niemczech)
czesława oknińska jeszcze nie pakuje walizki
jest słoneczne sierpniowe popołudnie

czas nie chce się zatrzymać

tramwaj spokojnie jedzie nowowiejską potem skręci
żeby filtrową dojechać do placu narutowicza
w wagonie z otwartym pomostem upał nie doskwiera

a czas nie chce się zatrzymać

pasażerowie – kobiety w letnich sukienkach
mężczyźni w kapeluszach panama lub borsalino
od niechcenia delektują się letnim popołudniem

jakby nie wiedzieli że czas nie chce się zatrzymać

może ton rozmów bardziej nerwowy niż zwykle
(a może tylko tak mi się wydaje
z perspektywy wszechwiedzącego narratora)
wzrok trochę bardziej rozbiegany mocniej zaciśnięte palce

tylko wszechwiedzący narratorzy wiedzą że czas się nie zatrzyma

chociaż jestem wszechwiedząca czasami krzyczę w nocy
moja terapeutka mówi że to nie moje sny wyssałam je z mlekiem
dziewczynki dla której czas na zawsze się zatrzymał

Kamienica na rogu Filtrowej i Plac Narutowicza, w której mieszkała Czesława Oknińska. To stąd w 1939 wyruszyli z Witkacym na wschód.

kadr z kiepskiego filmu

13 grudnia 2016

I znów nie będzie to „przeczytanka”, tylko „napisanka”. Dużo dziś o rocznicy wprowadzenia stanu wojennego – wiadomo, 13 grudnia. Ale też w tym roku wyjątkowo boli ta data, coraz mocniej uwierają te wspomnienia. Nie da się psuć świata bezkarnie, coraz mocniej to czujemy, strach narasta…

W zeszłym roku wspomnienia mocniej zaczęły wchodzić do moich wierszy – zdałam sobie sprawę, że żyłam swoim życiem, ale bardzo mocno determinowanym przez „czasy”. Cóż, mogę tylko powtórzyć za Szymborską:

Jesteśmy dziećmi epoki,
epoka jest polityczna.

Wszystkie twoje, nasze, wasze
dzienne sprawy, nocne sprawy
to są sprawy polityczne.

(W. Szymborska, dzieci epoki)

Mogę robić, a właściwie pisać, swoje. Więc piszę, przestałam się nawet bronić przed panoszeniem się wspomnień w wierszach. A grudzień 1981 w mojej pamięci (wspartej dziennikiem, który akurat z tego czasu się zachował) zapisał się tak:

grudzień 1981

matki nie ma bo umarła. ojca nie ma bo żyje. jest grudzień. tamten
chłopak uśmiechnął się dzisiaj. to jest najważniejsze. ważniejsze
nawet niż to że wygraliśmy turniej drużyn i że śni się
wojna. czołgi prosto ze snów wyjeżdżają na ulice. widok z okna

jest jak kadr z kiepskiego filmu. brakuje tylko szarika.
niedzielny poranek bez teleranka stał się faktem. aktem
odwagi jest napisać sprejem wron won za don i wpiąć opornik
w bury sweter. godzina milicyjna trwa osiem godzin. zimno.

ludzie dają więcej ciepła niż koksowniki.

koksownik-na-poniatowskimPamiętam takie sceny – żołnierze przy koksowniku, na moście Poniatowskiego, niedaleko… Fot. PAP/CAF

I caught the darkness

11 listopada 2016

Jak jest smutno, to zawsze można próbować opowiedzieć anegdotę… Przypomniało mi się, cytowane przez Magdalenę Samozwaniec zdanie gosposi wypowiedziane po śmierci Wojciecha Kossaka – „Ja rozumiem, że wszyscy umierają, ale, żeby pan Kossak?”. I chciałoby się zapytać podobnie – ale żeby pan Cohen??? Mam wrażenie, że jego piosenki były ze mną od zawsze, no może to zawsze zaczęło się w liceum, ale to i tak bardzo długo. Słuchaliśmy, śpiewało się w oryginale i znakomite tłumaczenia Zembatego, ktoś próbował czasem tworzyć własne wersje. Zuzanna, Like a Bird on a wire, Partyzant. I ten, jeden z najważniejszych kawałków – Słynny niebieski… Piosenka, do której wracam co jakiś czas, przymierzam do siebie i patrzę, jak bardzo się zmieniłam.

A potem kolejne, coraz ciekawsze, coraz lepsze płyty. Raptem przed chwilą ta najnowsza – dopiero ją powoli smakuję, odkrywam. Słucham I’m ready, my Lord i nie mogę uwierzyć. Więc jeszcze przez chwilę nie będę wierzyć, że go nie ma i posłucham wcześniejszych kawałków. I caught the darkness, It was drinking from your cup