Zawsze jest jakiś Coelho

poniedziałek, 27 Luty 2012

 

Tarkowski, reżyser, zafascynował mnie. Jego „Andriej Rublow” to film wspaniały, wieloznaczny, erudycyjny, ale bez trywializowania. „Solaris” poza drobnymi dłużyznami jest bliski doskonałości. Prawda jest taka, że po obejrzeniu dwóch arcydzieł człowiek (zwykle) spodziewa się, że reszta będzie nie gorsza. Tym bardziej ciężko przychodzi znoszenie rozczarowań. Z innych filmów – „Stalker” jeszcze broni się scenografią i pomysłowym scenariuszem, dobija dialogami. „Ofiarowanie” to kicz i flaki z olejem. Mam pełną świadomość jaką estymą cieszy się ten film i piszę to przy całkowicie zdrowych zmysłach.

Po pierwsze napuszona wtórność, arystokratyczność, napinanie się. Szekspirowskość. Idiotyczna, hamletowska poza. Czym innym jest nawiązanie, a czym innym kopiowanie, zresztą mylenie tych dwóch pojęć jest jednym z podstawowych chwytów służących do ratowania kiepskich dzieł przez doświadczonych recenzentów. Otóż Tarkowski Szekspirem nie jest, a nawet gdyby był, to nie w drodze udawania Szekspira. Bo nie jest niczym innym niż udawanie to ciągłe, namolne robienie czegoś, co przeszło do klasyki z jakąś naiwną wiarą, że powtórzenie wytworzy klasykę – bis. To tak, jak myślenie magiczne – zamachałem rękami i nastąpiło zaćmienie Słońca. Zbieg okoliczności, ale ja (człowiek prymitywny) myślę sobie, że jak trzeba będzie wywołać zaćmienie Słońca, to wystarczy zamachać rękami. A Tarkowski myśli, że jak nadzieje swoje filmy patetycznymi dialogami, kwadratowymi ruchami aktorów i banalnymi dialogami pełnymi cytatów z klasycznych dramaturgów i filozofów, to już wystarczy, żeby wywołać zaćmienie Szekspira.

Dalej: chłopska filozofia pachnąca jakimś kompleksem wymądrzania się. To jednak nie jest tak, że ktoś, kto nawiąże do Platona trzydzieści osiem razy zrobi lepszy film niż ktoś, kto nie nawiąże do Platona w ogóle. Tarkowski sprawia wrażenie kogoś, ktp wpadł w pułapkę intertekstualności. Sieć powiązań ma zastąpić normalne i najbardziej oczywiste walory dobrego filmu. Nie zastępuje.

Mocno irytujące jest moralizatorstwo. Wpychanie w ramiona widza gotowych wniosków, z którymi on niekoniecznie musi chcieć się ożenić. Zwłaszcza, że morały są niepokojąco jednoznaczne i denerwująco natrętne, arbitralne. Ocierające się o prymitywny prozelityzm. Że bez Boga ci biedni ateiści są tacy strasznie zubożeni i się miotają, ale Bóg ich odnajduje i szczęśliwie wpadają w nirwanę. Ewentualnie nie chcą uwierzyć i lądują w wariatkowie. Przypomina to najgorsze momenty u Zanussiego.

Sztuczność, wymuszoność, namolna sceniczność ruchu postaci, kolejności, w jakiej wykonują nienaturalne czynności, głupawe, nieprawdziwe reakcje na zdarzenia, które biorą się znikąd, to wszystko sprawia wrażenie makabrycznej szkolności. Jak można próbować zrobić metaforę którejkolwiek płaszczyzny życia montując ją z elementów nie mających nic wspólnego z jakąkolwiek częścią życia?

Kwestie i dialogi, pomijając niezrozumiałe nawarstwienie komunałów, są po pierwsze kompletnie nienaturalne, po drugie – grafomańskie. Ad. 1 – Ludzie tak ze sobą nie rozmawiają, nie układają zdań w taki sposób, wręcz nie zachowują się tak mówiąc do siebie. Ad. 2 – w najgorszych, pensjonarskich czy gimnazjalnych wierszach trudno czasem trafić na takie pierdoły, jak w dialogach i monologach u Tarkowskiego. Środki literackie, retoryczne, przenośnie, wnioski – wszystko jest napchane banałem do ciężkiego bólu powyżej progu morfiny. Namolne stosowanie formy „my”, mówienie za całą ludzkość, uogólnianie, które jest jednym z gorszych grzechów sztuk wszelkich. Przy czym wnioski są na poziomie Coelho, na końcu przytaczam fragmenty monologów.

Film jest ostatecznie po prostu irytujący, podobnie jak uczone dysputy grafomanów na temat geniuszu Beethovena, nudny jak wykłady księdza – prawiczka o życiu seksualnym, męczący jak wszystkie próby napisania Boskiej Komedii od nowa, przy założeniu, że pisanie od nowa polega na dobijającej dawce interpretacji oryginału. Do tego wszystkiego Tarkowski usiłuje udawać Bergmana i za cholerę mu się nie udaje.

A teraz próbka grafomanii, Tarkowski (autor scenariusza) jako prorocza zapowiedź Coelho. Zwracam uwagę na realizm wypowiedzi i głębię wniosków.

(tłumaczenie monologu z portalu napisy.info)

 

00:17:12:Wtedy zaczęło padać,|zimna, gęsta mżawka.

00:17:17:Skryliśmy się do tamtego rowu,|pod tę suchą, starą sosnę…

00:17:21:i nagle znów wyszło słońce.

00:17:23:Przestało padać.

00:17:26:Wszędzie tu rozlało się oślepiające światło!

00:17:28:Wtedy zobaczyłem dom.

00:17:30:I nagle zrobiło mi się smutno, że to nie ja…

00:17:33:to znaczy, że nie my mieszkamy…

00:17:36:w tym domu pośród sosen,|na samym brzegu morza.

00:17:40:Jakże był piękny!

00:17:43:Wiedziałem, że gdybym tylko mógł w nim żyć,|umarłbym szczęśliwy.

00:17:46:Co? Co się stało? Nie bój się.

00:17:50:Nie ma niczego takiego jak śmierć.

00:17:52:Nie, jest tylko strach przed śmiercią,|straszliwy strach przed śmiercią.

00:17:56:Czasem sprawia, że ludzie robią rzeczy,|których nie powinni robić.

00:18:00:Jakież wszystko byłoby inne…

00:18:03:gdybyśmy tylko mogli|oswoić strach przed śmiercią!

00:18:07:Co? Acha, przecież mówiłem|o czymś zupełnie innym… Tak.

00:18:11:No i jak ci mówiłem, poddaliśmy się|niezwykłemu urokowi tego miejsca.

00:18:17:Nie potrafiliśmy stąd odejść.

00:18:20:Cisza, wyniosły a jednocześnie przytulny bezruch…

00:18:23:to sprawiło, iż…

00:18:26:zrozumieliśmy, że ten dom…

00:18:28:był nam przeznaczony.

00:18:32:Okazało się, że jest na sprzedaż.|To był cud!

00:18:36:W tym domu przyszedłeś na świat.

00:18:40:Lubisz go?

00:18:42:Lubisz go, swój dom?|Lubisz, mój chłopcze?

00:18:49:Człowiekowi zawsze wydawało się,|że powinien obawiać się zagrożenia…

00:18:52:ze strony innych ludzi, ze strony natury.

00:18:55:Bezustannie więc gwałcił naturę.

00:18:57:Rezultatem tego jest cywilizacja oparta na|przemocy, władzy, strachu i zniewoleniu.

00:19:03:Cały ten „techniczny postęp”…

00:19:06:dostarczył nam jedynie|wygód i zbytku.

00:19:13:I mnóstwa krwawych instrumentów|służących szerzeniu władzy. Jesteśmy jak dzicy!

00:19:18:Używamy mikroskopu niczym maczugi!

00:19:23:Nie, nie dzicy.

00:19:26:Więcej ducha w dzikich, niż w nas!

00:19:29:Jak tylko dokonaliśmy|jakiegoś przełomu naukowego…

00:19:32:wprzęgaliśmy go|w machinę zła.

00:19:36:A co do zbytku,|to pewien mędrzec powiedział kiedyś…

00:19:39:że grzechem jest wszystko,|co istnieje inaczej, niż z konieczności.

00:19:43:Jeśli w istocie tak jest,|to cała nasza cywilizacja…

00:19:46:zasadza się na grzechu,|od początku aż do końca.

00:19:50:Popadliśmy w straszliwą dysharmonię…

00:19:54:czy, jeśli wolisz, nierównowagę…

00:19:56:między cielesnością|a rzeczywistymi pragnieniami naszego ducha.

00:20:02:Nasza kultura jest wadliwa.

00:20:04:To znaczy, nasza cywilizacja.|Zwyczajnie wadliwa, mój chłopcze!

00:20:09:Pewnie myślisz,|że powinniśmy usiąść, zgłębić ten problem…

00:20:13:i wspólnie poszukać jakiegoś rozwiązania.

00:20:17:Może i powinniśmy, jeśli jeszcze|nie jest za późno. O wiele za późno.

00:20:22:Boże, ależ znużyła mnie ta przemowa!

 

(koniec cytatu)

Boże! mnie też!

 

 

 

(edycja po dwóch dniach po dyskusji – dla wyjaśnienia: nie uważam Tarkowskiego za kogoś w rodzaju „Coelho filmu”, dlatego też zaznaczyłem na wstępie, że produkował arcydzieła. Piszę o filmie „Ofiarowanie”, do którego zabrałem się już drugi raz i z tym samym efektem. Może Tarkowski poszedł za mocno w kaznodziejstwo zamiast po prostu robić filmy. W każdym razie miał w karierze niewypały, chciałem odnieść się do mitu „Ofiarowania”, choć trochę do odczarować)

Tagi: , , , | Kategoria: Film | Komentowanie nie jest możliwe

Choćbym mówił językami ludzi i aniołów

piątek, 10 Luty 2012

Zgrzeszyłem niewiarą. Rock is dead – mówiło moje serce i krwawiło. Dobra, inaczej, bo gadam jak emo-dziecko. Salomon rzekł: „wszystko już było”, więc uznałem, że nie da się już zagrać nic wnoszącego elementy… nie, teraz gadam jak jakiś docent. To może jeszcze inaczej. Naprawdę, rock się nie skończył i wynika to z wielu rzeczy. W równym stopniu z tego, że muzyka rockowa jest powtarzalna, że granie w kółko podobnych kawałków jest częścią konwencji i tym między innymi różni się sztuka muzyki gitarowej od sztuki poetyckiej, jak i z tego, że nie wyeksploatowano wciąż złóż niewyobrażalnego potencjału rock and rolla. Trzeba tylko rozumieć go niekonwencjonalnie, szerzej niż kopiowanie dokonanych wynalazków.

„Rock progresywny” to jedno z wielu pojęć nie do końca zdefiniowanych, stąd będących tematem permanentnych sporów. Słowo „progresja” oznacza postęp i rozwój. Niektórzy jednak „progresywność” rozumieją jako granie w utartym szablonie, powtarzanie brzmień, które kiedyś były progresywne (czyli postępowe), potem przeszły do tzw. klasyki i teraz kalkowanie ich jest właśnie „progresywnością”. Mnie intersuje prawdziwa progresja. Nie powielająca, lecz zgodnie z semantyką – postępowa. Wydawało mi się kiedyś, że nie da się już zagrać nic nowego. Znając wszystkie brzmienia złotego okresu rocka, od Soft Machine do Gentle Giant, znając wszystkie próby, tę szarpaninę z lat 80. po prostu straciłem nadzieję. I odzyskałem ją dzięki trzem płytom. Pierwsza to Porcupine Tree – Signyfy. Druga – Rush, Vapor Trails. Trzecia była w paczce. To jest zakończenie historii pięciu płyt bez opisu.

Oj dziwne to było. Najpierw myślę sobie – co to w ogóle jest? I tu już się zapaliła lampka. Skoro tyle już słyszełem, a się dziwię, to znaczy, że warto się przyjrzeć. Wymagało to ode mnie paru przesłuchań, podczas krótych rosło zdziwienie. Oczywiście nie wiedziałem kto gra i śpiewa. Głos Steve’a Walsha (bo to on był) zmienił się znacznie od Leftoverture, zmienił się nawet w porównaniu z tym, co pokazał na Power. Historii zespołu Kansas nie będę przypominał, pewnie jeszcze nie raz o tym napiszę. Wokalistę w końcu poznałem po głosie i kolega M. potwierdził, że zgadłem. Ale nijak mi to do stylu Kansas nie pasowało. To nie pasowało w ogóle do niczego, nawet do Magellana, którego jeszcze wtedy nie znałem, a przeczytałem parę lat później zarzut, że brzmi jak Magellan. Bzdura. Pomijam fakt, że ta jedna płyta jest lepsza od całego Magellana. A wpływ Gardnera – poza fragmentem utworu „Heart attack” (od 2:35 do 3:25) i poza (naturalnymi zresztą) naleciałościami z Kansas, współtworzonego przecież przez Walsha, to brzmi tylko i wyłącznie jak Steve Walsh i brzmi fenomenalnie. Wszystko. Od jakości produkcji, przez aranżacje, wykonawstwo, niesamowite kompozycje, barwę instrumentów, aż po szalenie ważny klimat tej płyty. Jest w jakiś niepojęty sposób zdeformowana i okładka (człowiek wykrzywiony konwulsją, z którego wyrastają kaktusy) doskonale uzupełnia brzmienie oraz ciążący nad nagraniem tytuł – Glossolalia. Od razu widzę cały ten amerykański, charyzmatyczny protestantyzm i jego niewyjaśnione wypustki penetrujące ni to boskość bóstwa, ni to chore zakamarki jaźni ludzkiej.

Do czego (inspiracje muzyczne) i po co sięgał autor, to nie będę się rozpisywał. Skoro już potępiłem docenta na początku, to nie będę go rehabilitował. Pominę więc Gardnera z gitarą, Greera z basem i Donatiego za perkusją. Pominę wszystko inne, niepotrzebne dopiski, bo to trzeba usłyszeć. Prawdziwie progresywny rock, 30 lat po tym, jak teoretycznie wyczerpał wszystkie możliwości progresji.

Walsh jest wciąż aktywny. O reaktywacji Kansas nic nie słychać, ale nagrał parę lat po Glossolalii kolejną solową płytę – Shadowman, udziela głosu (nadal ma doskonały wokal) – można go usłyszeć m.in. w Explorers Club. To grupa grająca jakąś trudną do zdefiniowana wersję prog-metalu, może fusion. Może jeszcze coś innego. Może napiszę o tym.

Tagi: , , , , , , , | Kategoria: Wszystkie wpisy | Komentarzy: 4 »

Koniec sezonu na amerykańskie gumy do żucia Pinky

wtorek, 7 Luty 2012

Trudno mi się zdecydować, czy wolę film („Koniec sezonu na lody”), czy teatr („Amerykańska guma do żucia Pinky”) na podstawie tego samego scenariusza. Oba są zrobione doskonale. Teatr sensacji (z cyklu Kobra) w roku 1972, a film w 1987. Są zmiany w scenariuszu. W wypadku filmu jest bardziej filmowy, mniej kameralny, ma trochę inne rysy osobowości postaci i trochę inny przebieg akcji. Teatr jest bardziej teatralny. Ale w obu wypadkach twórcy wykorzystali doskonale to, czym dysponowali i przystosowali do warunków. Powstały dwa świetne kryminały.

Smaczek w postaci rozmowy z byłym Kresowiakiem jest w wersji teatralnej po prostu wybitny. Trzeba to zobaczyć. Wojciech Pokora ma przesympatyczną rolę w filmie, ale obsada w obu wersjach jest doskonała. Fenomenalnie wypada też zapijaczony „poeta” Karaś (znowu mu zakąska zaszkodziła…) w wersji teatralnej. Tlen dla topielców z plaży załatwia się u spawacza, bo w szpitalu nie mają. To jednak nie komedia, błyskotliwa akcja i dialogi nie psują wcale udanej intrygi. Jest na co popatrzeć i nie należy się sugerować tym, że film jest adaptacją sztuki. Proponuję zacząć od teatru, potem miło się poprzyglądać, co zrobił z tym materiałem reżyser Szyszko.

 

 

Tagi: , , , , , | Kategoria: Film | Komentowanie nie jest możliwe

Lubię wiersze żydokomuny

czwartek, 2 Luty 2012

W dniu śmierci Wisławy Szymborskiej miałem dwie nieustępliwe myśli. Pierwsza – szkoda. Ludzie umierają, ale szkoda takiej osobowości. Ta kobieta zrobiła dla Polski i dla poezji w ogóle naprawdę bardzo dużo. Druga myśl – nie zdążyłem jej spotkać. Chciałem, ale wtedy, kiedy zrozumiałem, że czasu jest niewiele, nie bardzo było jak. Schorowana, skromna poetka unikała ludzi, z jakiej racji miałaby zrobić wyjątek dla nieznanego sobie Sławomira Płatka, o którym różnie mówią. To moja strata bardzo osobista, prywatna. I tym bardziej motywuje mnie, żeby korzystać z tego dobra, które jeszcze na świecie istnieje. Dopóki ja także istnieję.

Przejrzałem serwisy prasowe. Pod oficjalnymi artykułami kondolencyjnymi zatrzęsienie anonimowych komentarzy. Legiony tchórzów, nie potrafiących napisać poprawnie zdania w języku polskim sądzą wybitną pisarkę. Dołączają do nich nawet (zgroza!) niektórzy pisarze, na szczęście zwykle bardzo słabi i jednak rzadko. Nie ma chyba trudniejszej sztuki w relacjach między ludźmi niż osąd moralny. Ale jednocześnie jest to sztuka chyba najczęściej i najchętniej uprawiana. Ze zderzenia tych dwóch faktów (poziom trudności i powszechność) wynika trzeci – opłakane skutki.

„Znawcy” polskiej historii, specjaliści w odróżnianiu dobra i zła ubliżają wybitnej, POLSKIEJ poetce od „żydokomuny”, zarzucają jej fałszowanie narodowości, ukrywanie żydowskich korzeni, uprawianie do końca życia prób przywrócenia ustroju komunistycznego w kraju.

Znakomitą większość „polskiej” kultury stworzyli Żydzi, pół-Żydzi, pół-Niemcy, Niemcy, Kresowiacy o skomplikowanym rodowodzie polsko – ukraińsko – litewskim, nie mówiąc już o tym, co stworzyła po wojnie „komuna” (nie zapominajmy, że nie było prywatnych pieniędzy w kulturze, to państwo sponsorowało najlepsze polskie filmy, promowało polską literaturę, utrzymywało wybitnych kompozytorów). Dla ciekawskich polecam sprawdzić skąd się wzięła perła polskiej historii i architektury – Kraków. Otóż najpiękniejsze jego budowle stworzyli włoscy architekci na zlecenie niemieckich i żydowskich bankierów. W Krakowie język polski był przez wieki rzadko spotykany, mówiono po niemiecku (co najmniej od XIII do XVI w.), bo takie pochodzenie miała większość ludności. Dla mnie to znaczy, że był jednym z miast pięknej, polskiej mozaiki kulturowej, ale co znaczy dla „prawdziwych Polaków”? Że nasz wspaniały Kraków to jakiś parszywy „koń germański”? A krzyżackie zamki, kościoły Cystersów, Benedyktynów, w końcu drewniana architektura Łemkowszczyzny, czy muszę ciągnąć te przykłady, aż artykuł stanie się tak długi, że większość czytających blogi urwie w połowie, bo lubią krótko?

Cała siła polskiej kultury tkwiła w jej wielonarodowości, w tym, że była mieszanką. Pieniacze i narodowcy domagający się jednolitości etnicznej Polski nie są pierwszymi, którzy wpadli na ten pomysł. Pierwszym, który próbował Polskę uczynić jednolitą etnicznie był Józef Stalin. Nie dokończył roboty, szczęśliwie zostało w Polsce trochę Żydów, Niemców, Czechów, Rusinów. Teraz skrajna narodowa prawica usiłuje przejąć spadek ideowy po Stalinie i tępi wszystko, co nie ma polskiego genotypu. Więcej. To właściwie nie jest idea, Stalin był pragmatyczny, a nie fanatyczny. Monoetniczne państwo było łatwiejsze do kontrolowania, uboższe intelektualnie, wręcz – słabsze genetycznie. Ideologicznie tego rodzaju działania uprawiał raczej Hitler, a Stalin – pragmatycznie. Tak czy owak, obaj patroni są fatalni, zwłaszcza dla ludzi uważających się za religijnych i patriotycznych.

Jeśli naprawdę uda się wyrugować z naszej narodowej kultury wszystkich Miłoszów, Szymborskie, Rubinsteinów, Zimermanów, Chopinów, Tuwimów, Koperników, Stwoszów, Matejków, Mickiewiczów, Polańskich (i długo by jeszcze wymieniać), tych wszystkich – niearyjskich? nielechickich? – to co nam zostanie? Nie mamy wcale bardzo bogatej kultury, a po takiej selekcji zostanie mniej niż szkielet, mniej niż wrak. Zostanie pogorzelisko, na którym nie da się nawet rozpoznać, co właściwie poszło tu z dymem.

I nie zapominajmy wszystkich Strawińskich, Dostojewskich, Conradów, Malewiczów, Warholi, Jacków White’ów, którzy współtworzyli kulturę innych państw. I jakoś nikt nie próbuje ich rugować za polskie korzenie z tym głupim uporem, z jakim my, Polacy rugujemy ludzi o „niepożądanym”, nielechickim kodzie genetycznym.

Tagi: , , , , , , , , , , , , , | Kategoria: Literatura | Komentarzy: 38 »

Jeszcze o Hołdysie, ale bez ACTy

poniedziałek, 30 Styczeń 2012

Dajmy na chwilę spokój z ACTA. Hołdys jest nie tylko osobą publiczną, ale też zwyczajnie muzykiem. Zaplątał się jego temat, ale przecież o muzyce też można, wręcz należy rozmawiać. Postaram się bez uprzedzeni parę zdań właśnie o graniu.

Zbigniew Hołdys niewiele po Perfekcie nagrał. Zawsze byłem ciekaw, co może pokazać, nie ja jeden zresztą. Wszyscy czekali i może skala tych oczekiwań odstręczała legendarnego muzyka od karmienia wygórowanych wymagań. Nie wiem. Poznałem parę lat temu płytę „Hołdys.com” (sama nazwa wskazuje na docenianie roli sieci… to był rok 2000).

Brzmienie tej płyty jest mocno syntetyczne, „metaliczne”, gładkie. Nie tyle ostre, co gęste i głośne. Ściana dźwięku, ale raczej gruba i płaska – jak to ściana. Bez pulsu, brzmi jak silnik na autostradzie – wysokie obroty i cały czas ten sam jednostajny tembr. Tak czy owak nowocześnie, a chwilami naprawdę imponująco, dopóki nie słychać śpiewu wokalisty. Ten wokalista nie powinien śpiewać, a już na pewno nie do takiej muzyki. W połowie lat 80., przy znacznie łagodniejszym graniu według ówczesnych standardów soft rocka (mocniejsze kawałki śpiewał Markowski, ale też średnio), to mogło przejść. Kiedy gitary poszły w heavymetalowe rejestry, głos Hołdysa wypada na ich tle komicznie. Nosowy, pozbawiony nie tylko siły ale i niuansów, monotonny. Do tego niewyleczony z kilku manier, które były trzydzieści lat temu modne tak, jak modne były natapirowane włosy, dziś niestety, żenujące. Nie pozostał w jego śpiewie  żaden ponadczasowy walor. Zresztą i warstwa instrumentalna, jakkolwiek rzeczowa i starannie zaaranżowana, jest co najwyżej przykładem poprawnego grania z ambicjami, żeby było prawie tak dobrze jak na amerykańskich płytach. Dokładnie takie same założenia miał Perfect, z tą różnicą, że wówczas osiągnięcie takiego brzmienia w Polsce było wielkim sukcesem. Dziś jest porażką.

Dziwi mnie to tym bardziej, że jakiś rok temu czytałem wywiad z Hołdysem, gdzie wyraził mądry pogląd (parafrazując): Polacy przebijali się tylko wtedy, gdy brzmieli oryginalnie. Podał przykład Urbaniaka, który robił karierę w USA dopóty, dopóki tworzył jazz z kujawiaków. Jak zaczął pokazywać, że jest w amerykańskim graniu tak dobry, jak Amerykanie, to okazało się, że może i jest taki dobry. Jak tysiące Amerykanów. I zapomnieli o nim (wciąż parafrazuję). Rację miał Hołdys, kalkowanie nigdy z nikogo nie zrobiło wybitnego muzyka. Z Hołdysa też nie.

Gdzieś (bodajże na portalu gazeta.pl) jest jego zdanie, że nowi muzycy, z którymi gra (w projekcie „Hołdys Kosmos”) to młode chłopaki, niektórzy nie wiedzą, kto to taki Bruce Springsteen. Słuchałem tu i tam jakichś strzępków z tego grania. Hołdys powinien może zamiast grać z tymi chłopakami, raczej zrobić im parę lekcji z historii rocka i nauczyć ich, jak powinni brzmieć, bo niewykluczone (choć nie jestem pewien), że ma duszę rockmana. I niech by sobie grali sami, bo są sprawni fizycznie, to znaczy umieją obsługiwać instrumenty i jeśli poczują temat, mogliby pokazać coś smakowitego. Po co im ten hołdysowy wokal.

A szkoła dobrego grania będzie chyba niezbędna. Nie wiem, o kim konkretnie mówił lider, bo nie każdy w zespole jest dzieciakiem, ale nieznajomość lub niedocenianie Springsteena i zapewne paru innych znaczących muzyków rzuca się czasem w oczy (uszy) równie silnie, jak wpływy „progresywnych” (czytaj: regresywnych) epigonów czwartej generacji. Dokładniej – odsłuchałem propozycje muzyczne Mateusza Owczarka z jego oficjalnego kanału jutube i jest to epigon epigonów „progresywnego” rocka, którzy byli epigonami „neoprogresywnego” rocka, którzy z kolei byli epigonami rocka progresywnego. Skomplikowane? W teorii tak, ale w odsłuchu boleśnie proste i niestety nudne. Ale za to… „progresywne”, jak sam muzyk określił swoje dążenia.* Może będą z niego ludzie, jeśli Hołdys naprawdę ma coś do powiedzenia o graniu rocka i umie to przekazać. Chłopak jest bardzo młody, sprawny technicznie, ma dużą szansę, żeby się nie zmarnować w tym swoim „progresywnym” udawaniu Satrianiego.

Dla chcącego – cała płyta Hołdys.com jest legalnie do odsłuchania na jutube. Prawidłową kolejność utworów można znaleźć w Wikipedii. Poniżej kawałek Mateusza Owczarka i właśnie próbka Hołdys.com

*http://numberone.art.pl/?page_id=16

 

.

Tagi: , , , , , , , , | Kategoria: Muzyka | Komentowanie nie jest możliwe

O smutnym życiu ideologów rocka

piątek, 27 Styczeń 2012

„Źródłem i początkiem muzyki rockowej było krzyczenie, że człowiek cierpi, że człowiek potrzebuje sprawiedliwości, potrzebuje wolności” (Robert Friedrich z Acid Drinkers, cytat z filmu „Historia polskiego rocka”). W dalszym ciągu tej wypowiedzi domaga się artysta powrotu do korzeni ideologicznych rocka i coś tam mówi o religii.

Dla przykładu poniżej wklejam taki jeden filmik, jak sami Państwo zobaczą – całkowicie potwierdzający słowa muzyka na temat genezy rocka. To jeden z pierwszych (niektórzy twierdzą, że w ogóle pierwszy*) rock and rolli, w całości poświęcony tematowi cierpienia ludzkości, smutnej filozofii nihilistycznej i skomplikowanych relacji człowieka z Bogiem. Zapraszam do odsłuchania zanim Państwo zaczną czytać dalej:

Jak widać najlepszym lekarstwem na cierpienie, tym co gwarantuje wolność i sprawiedliwość dla proletaryatu, jest bujanie się z promiennym uśmiechem na gębie.

W rzeczy samej rock się zaangażował, ale dopiero w latach 60. Doklejanie ideologii i mieszanie gatunków doprowadziło z jednej strony do najpiękniejszych płyt tzw. rocka progresywnego, z drugiej do wyjałowienia, odebrania życia. Utwory wielu zespołów zaczęły przypominać martwe zapisy nutowe odtwarzane mechanicznie, niekiedy z wirtuozerią, ale bez wigoru. Zastanawiam się czasem, czego właściwie brakuje wykonawcom, którzy nie wywołują dreszczy, niezależnie, jaki rodzaj rocka reprezentują. Dlaczego uważam, że Yes wciąż przewyższa Magellana, a Deep Purple poraża mnie silniej niż Behemoth, chociaż teoretycznie przewaga siły rażenia jest po stronie tych drugich. Za każdym razem przypominają mi się słowa mojego znajomego, niejakiego Waldka (który może się czasem pojawiać w moich artykułach), a stwierdził on: „gitarzysta, który nie przeszedł przez bluesa, to nie jest gitarzysta”.

Waldek był moim mentorem, sporo się dowiedziałem od niego o muzyce. Pod koniec lat 60. grał w jakiejś kapeli soulowej. Znał się na rzeczy, miał łeb. Jego półki były pełne kaset (nie było wtedy jeszcze CD, a tym bardziej MP3), tłumaczył mi o co chodzi w jazzie i bluesie. Teraz jestem już niemal pewien, że chodzi o rytm, a to wbrew pozorom nie jest wcale tak oczywiste. Muzyka „poważna” począwszy od organum (czyli początki, można powiedzieć, muzyki zachodniej) aż do wczesnego Strawińskiego była zbudowana w oparciu o współbrzmienia i melodię. Dopiero „Święto wiosny” wprowadziło element rytmu na pozycję dominującą, chociaż i to nie spowodowało przeskalowania myślenia kompozytorów.

Muzyka ludu, „nie-poważna” lub oficjalniej „rozrywkowa”, służyła do tańca. Do słuchania, recytacji, kontemplacji – też, ale rytm był budulcem. Żartuję czasem o niektórych bluesowych grupach, że tam wszyscy są w sekcji rytmicznej. Wczesne bluesy śpiewano owszem, o ciężkiej pracy, Bogu i miłości, ale to nie były przeideologizowane filozofie, o jakich mówił cytowany na początku metalowiec. Podstawą był rytm i naturalne, nieco przybrudzone brzmienie. Oni tańczyli pracując i tańczyli modląc się.

Wymyślono takie pojęcie jak „post rock”, z grubsza chodzi w tym o granie na instrumentach rockowych innej muzyki niż zwykle. Myślę, że post rock to bzdura, ale gdyby się umówić, że istnieje, to ja bym tam podczepił wszystkie zespoły, które przy użyciu instrumentów rockowych grają „muzykę poważną”, wszystkich tych gitarzystów, klawiszowców, perkusistów, którzy nie przeszli przez bluesa. Tych, którzy nudzą się, kiedy stary murzyn śpiewa „John the Revelator” przy akompaniamencie własnego klaskania. Nie chodzi o ciągłe granie bluesa. Chodzi o to, że „przejście przez bluesa” jest tak potrzebne do rozwoju osobowości artystycznej, jak przejście przez okres buntu do rozwoju osobowości w ogóle. A grać można sobie cokolwiek, dryg w ręce już zostaje, niezależnie, jaki gatunek muzyczny potem się uprawia, czy to doom metal, czy yass. Pod skórą melodii, akordów, bimbania w wibrafon jest to „coś”, czym powinno pachnieć każde granie wywodzące się z bluesa. Więc i cały rock.

Tu jest odpowiedź, dlaczego wolę Marillion z Fishem od tego bez Fisha. Bo z Fishem czułem bluesa. Dlaczego wolę grę Reba Beacha od Aldridge’a w Whitesnake. Bo u Beacha słyszę blues. Dlaczego Queensryche uważam za lepszą grupę od Dream Theater. Nie chodzi o to, że ci drudzy zrzynają z tych pierwszych. Chodzi o to, że Queensryche jest zakorzenione w Deep Purple, Purple w Hendrixie, a Hendrix w Robercie Johnsonie. Wszystko inne to nadbudówka do bluesowego fundamentu. A DT jest zakorzeniony w Berliozie i Beethovenie, grają muzykę rockopodobną, ale rocka tam nie ma. Nie ma bluesa na płycie Steve’a Hacketta „Blues with a feeling”, chociaż teoretycznie cała zawiera wyłącznie blues. Jest za to na przykład w Porcupine Tree i w Depeche Mode. Skąd ja to niby wiem? A tak, po prostu – czuję. Jeśli ktoś mi nie wierzy, to mam mu tylko jedno do powiedzenia na temat życia, sprawiedliwości i Boga:

Oh baby, life could be a dream
Sh-boom sh-boom Ya-da-da Da-da-da Da-da-da Da!

*Jerzy Wertenstein-Żuławski, „To tylko rock and roll”

Tagi: , , , , , , , , , , , , , | Kategoria: Muzyka | Komentowanie nie jest możliwe

„Autobiografia” w wersji ACTA

środa, 25 Styczeń 2012

Warto zauważyć, że nieocenzurowana część piosenki nabiera zupełnie nowych znaczeń…
————————————————————

Miałem dziesięć lat
Gdy usłyszał o nim świat [„JEGO” NAZWISKO NIEWYMIENIONE, BRAK ZGODY WŁAŚCICIELA NAZWISKA]
W mej piwnicy był nasz klub
Kumpel radio zniósł
Usłyszałem [NARUSZENIE PRAW AUTORSKICH]
I nie mogłem w nocy spać
Wiatr odnowy wiał
Darowano reszty kar
Znów się można było śmiać
W kawiarniany gwar
Jak tornado jazz się wdarł
I ja też chciałem grać

Ojciec, Bóg wie gdzie,
[MARKA HANDLOWA] stawiał piec
Mnie paznokieć z palca zszedł.
Z gryfu został wiór
Grałem [NIELEGALNE WYKONYWANIE CUDZYCH UTWORÓW W MIEJSCU PUBLICZNYM]
I poznałem co to seks.
Pocztówkowy szał
Każdy z nas miał [WEDŁUG ZEZNANIA PO 500 KOPII]
Zamiast nowej pary [ZASTRZEŻONA NAZWA MATERIAŁU O SPLOCIE SKOŚNYM].
A w sobotnią noc
Był [NIEOPŁACONY ABONAMENT], chata, [CENZURA PREWENCYJNA]
Jakże się chciało żyć!

Było nas trzech,
W każdym z nas inna krew
Ale jeden przyświecał nam cel
Za kilka lat
Mieć u stóp cały świat
Wszystkiego w bród. (TANTIEMY)
[CENZURA PREWENCYJNA] łyk
I dyskusje po świt
Niecierpliwy w nas ciskał się duch.
Ktoś dostał w nos
To popłakał się ktoś
Coś działo się.

Poróżniła nas
Za jej [NIEUPRAWNIONE WYKORZYSTANIE WIZERUNKU AKTORKI] twarz
Każdy by się zabić dał
W pewną letnią noc
Gdzieś na dach wyniosłem koc
I dostałem to, com chciał [POMÓWIENIE]
Powiedziała mi,
Że kłopoty mogą być
Ja jej, że egzamin mam.
Odkręciła gaz
Nie zapukał nikt na czas
Znów jak pies, byłem sam.

Stu różnych ról
Czym ugasić mój ból
Nauczyło mnie życie jak nikt
W wyrku na wznak
Przechlapałem swój czas
Najlepszy czas
W knajpie dla braw
Klezmer [NIELEGALNE WYKORZYSTANIE CUDZYCH UTWORÓW W MIEJSCU PUBLICZNYM]
Pewnego dnia
Zrozumiałem, że ja
Nie umiem nic

Słuchaj mnie tam!
Pokonałem się sam
Oto wyśnił się wielki mój sen
Tysięczny tłum
Spija słowa z mych ust (FELIETONY ZBIGNIEWA HOŁDYSA)
Kochają mnie
W hotelu fan
[POSIADA NIELEGALNĄ KOPIĘ NAGRAŃ ZESPOŁU PERFECT]
Otwieram drzwi
I nie mówię już nic
Do czterech ścian.
—————————————————————————————————-
ADNOTACJA GŁÓWNEGO URZĘDU KONTROLI PRASY, PUBLIKACJI I WIDOWISK:

TEKST OPOWIADA O ZGUBNYCH SKUTKACH NIEODPOWIEDZIALNEGO ŻYCIA MŁODYCH LUDZI, KTÓRZY WCIĄŻ NARUSZAJĄ PRAWO. KOŃCZY SIĘ SMUTNĄ REFLEKSJĄ SKAZANEGO WCHODZĄCEGO DO CELI.

Słowa oryginału: Bogdan Olewicz. Za Wikipedią:
„Piosenka opowiada o trzech przyjaciołach. Andrzej Mogielnicki, Zbyszek Hołdys, Bogdan Olewicz tworzyli trójkę przyjaciół mając 17, 18 lat – marzyli o karierze. Początkowo tą piosenkę miał wykonywać Zbyszek Hołdys, ale oddał ją w końcu mnie, twierdząc, że nie poradzi sobie z wokalem.”
(Grzegorz Markowski)

Moją wersję można powielać i ulepszać bez pytania i zgody autora (Sławek Płatek). Proszę jedynie o wskazanie źródła i zlinkowanie.

Tagi: , , , , | Kategoria: Muzyka | 1 komentarz »

Odnośnie deklaracji Zbigniewa Hołdysa na temat ACTA

poniedziałek, 23 Styczeń 2012

Sorry, miał być dziś ciąg dalszy przykazań grafomana, ale jest pilniejsza sprawa. Przykazania będą za parę dni.

Artyści wygadują różne rzeczy. Wielu z nich nie da się słuchać, kiedy przemawiają inaczej niż swoją sztuką. A jednym z nielicznych, którzy częściej niż wskazuje statystyka mówili sensownie, był Zbigniew Hołdys. Tu, tam, coś powiedział, coś zaobserwował, nierzadko było miło posłuchać lub poczytać jego wypowiedź. Tym razem jednak to, co wypisuje o ACTA, to jakaś zgroza.

tekst Hołdysa

Na początek Hołdys nie odróżnia pojęć „za darmo” i „sensowna cena”. Nie rozumie, że jego płyty sprzedałyby się w dużo większym nakładzie i przyniosły więcej zysku, gdyby były tańsze, zdaje mu się, że go namawiają do rozdawania za darmo. Nic podobnego.

Hołdys przytacza jakieś niepojęte argumenty: że i tak jesteśmy podsłuchiwani, więc w czym problem, że będą nas podsłuchiwać jeszcze bardziej i jawnie? To tak jakby spytać, co szkodzi odpalić na Mazurach atomówkę, skoro i tak jest zasyfiona woda i brudne powietrze. Nie widzi różnicy między ograniczonymi działaniami tajnych służb, poniekąd uzasadnionymi, a otwartym podpisaniem zgody całego kontynentu na bycie inwigilowanym. Nie widzi, że właśnie powstaje totalitaryzm, chociaż deklarował i nadal deklaruje niechęć do „komuny”. W swoim sarkastycznym wpisie sprawia wrażenie człowieka starego, zmęczonego życiem, stetryczałego, z umysłem opanowanym przez wszechobecne przeświadczenie bycia okradanym przez fanów.

Co więc powoduje, że Zbigniew Hołdys był przeciwny jednemu totalitaryzmowi, a popiera drugi? Ni mniej, ni więcej – pierwszy mu kiepsko płacił, a drugi obiecał kasę. Dokładnie to wynika z jego wypowiedzi.

No dobrze. A kto właściwie przynosi Hołdysowi pieniądze? Tak do ręki, na konto. Ludzie, którzy kupują jego płyty? Ludzie, którzy kupują bilety na koncert? Sklepikarze, którzy w swoich sklepikach emitują z radia jego piosenki i za to płacą? Ależ nie, kasę płaci pośrednik. To może być wytwórnia płytowa, ZAiKS, menedżer, ale nie tzw. szary obywatel, który tak naprawdę wykłada pieniądze i na Hołdysa, i na pośrednika. Ale tego Hołdys już nie widzi, widzi tylko pośrednika i pośrednika będzie bronił w jego wojnie ze społeczeństwem. Bo społeczeństwo go okrada, a pośrednik mu płaci. Społeczeństwo to banda piratów, a pośrednik co jakiś czas przychodzi z pieniędzmi (znikąd?) do pokwitowania. Taki mniej więcej wydźwięk ma to, co muzyk napisał. Ślepy?

hej prorocy moi z gniewnych lat obrastacie w tłuszcz
już was w swoje szpony dopadł szmal zdrada płynie z ust

No niestety, tak to wygląda.

Drodzy Artyści (piszę „wy”, bo może ja nie jestem artystą): na co jeszcze się zgodzicie dla pieniędzy? Na wprowadzenie orwellowskiego państwa, żeby ciągnąć kilka procent więcej kasy z rynku? Na zajęcie pozycji wroga wobec własnych słuchaczy i wielbicieli? To jakiś chichot historii. Rękami artystów, tych którzy przez dekady walczyli w Polsce z komunizmem i dawali ludziom siłę do tej walki, wprowadza się cenzurę, inwigilację i terror. Nie widzi Pan, Panie Hołdys, że jest Pan (i Panu podobni) wytrychem, mięsem armatnim, jeleniem, którego wykorzystają a potem zmielą w tej samej maszynce, co resztę, jak już zrobi swoje dla Systemu? System namierzył Hołdysa, wybrał miejsce i podłączył go. (Czy za użycie tego cytatu powinienem wypłacić odszkodowanie Aya RL?)

Rozumiałbym bardziej tę wojnę o pieniądze, gdyby muzycy, czy filmowcy biedowali. Ale sami wielokrotnie podkreślają, że z uprawiania tych piratowanych sztuk da się nieźle żyć. I wydaje im się, że jak zrobimy totalną kontrolę państwa nad obywatelami, to zarobią jeszcze więcej. Czasem tylko protestują przeciwko komercjalizacji i sterowaniu karier przez sztaby menedżerów, którzy nie pozwalają się przebić utalentowanym artystom, bo w tym czasie lansują jakieś cycate beztalencie. Ale jednocześnie Hołdys broni menedżerów, bo w końcu jemu też płacą. Na rynku roi się od muzyków, którzy podpisaliby się pod tekstem „Mój wydawca jest złodziejem”. A tu proszę – komunały, że jest wolny rynek i każdemu wolno się przebijać dokąd chce. Może sobie sam założyć wytwórnię i się wypromować. HA HA HA. Gdzie ten facet żyje, chyba na Marsie. Może dlatego się nie orientuje, że nie nagrywa, a karierę ma już dawno za sobą.

Jak to się dzieje, że pomimo tak potwornego i makabrycznego piractwa w Polsce, tak strasznego, że wprowadza się ACTA, twórcy filmów i muzyki całkiem nieźle żyją? Przynajmniej ci, na których spłynęła łaska pośredników? Otóż w skali globalnej i w przekroju wielu lat internet, w takiej postaci jak funkcjonuje obecnie, łącznie z całym piractwem, zwiększa a nie zmniejsza dochody muzyków i filmowców. Muzyki nagrywa się coraz więcej i sprzedaje coraz więcej płyt. Filmy mają coraz większe budżety i biją rekordy sprzedaży. To ja pytam, gdzie są te straty? Mechanizm ekonomiczny obiegu sztuki i pop kultury jest niewyobrażalnie skomplikowany, jednak piractwo jako jego zjawisko uboczne jest zaskakująco mało szkodliwe, a w ostatecznym rozrachunku kilkudziesięciu pięter zależności finansowych – wręcz przynosi takiemu Hołdysowi zyski. Jego myślenie jest podobne do chłopskiej ekonomii niektórych rządów – jak podniesiemy podatki, to będzie więcej kasy w państwie. A potem cud – okazuje się, że podatki wzrosły, a wpływy do budżetu zmalały. Ja mam prośbę, niech się za globalną ekonomię nie biorą artyści, zwłaszcza jeśli narzekają, że za mało zarabiają. Bo to oznacza, że nawet ich jednoosobowa ekonomia szwankuje.

A Wy, nieznani artyści z czwartego obiegu – myślicie, że jak zamkną Rapidshare i skażą 150 Waszych fanów na grzywny, to nagle zostaniecie bogatymi gwiazdorami? G**** z pętelką. Hołdys też nie zarobi ani grosza więcej. Zarobi jedynie komornik, a muzykę Hołdysa będą znali wyłącznie ludzie zarabiający powyżej 3 tys. zł. netto miesięcznie. I kupią tyle samo płyt, co kupowali wcześniej, tylko pewnie wzrośnie marża pośrednika, która rośnie z każdej okazji i bez okazji.

A, i tak odnosząc się do jeszcze jednej z kpin, które muzyk zacytował w owym wpisie, mianowicie zarzucono mu, że skończył się muzycznie. Cóż, aż tak skrajnie bym do tego nie podchodził, ale faktycznie – to co nagrywał po Perfekcie było co najwyżej poprawne. Sorry Winnetou. Może tu jest przyczyna frustracji Hołdysa, która przenosi się, jak to często bywa, na tych, których sfrustrowany ma akurat pod ręką. A ma słuchaczy.

„Nie lubię branży muzycznej. Chcę grać wyłącznie z miłości do muzyki i relacji z fanami, a nie uczestniczyć w bijatyce show-biznesowej.”

(Zbigniew Hołdys, wywiad dla Gazety Wyborczej)

 

Jeśli kopiujesz artykuł lub jego fragment na inną stron www, podaj źródło i link.

Dziękuję

————– EDYCJA, 30 STYCZNIA

Kilka dni temu Zbigniew Hołdys zlikwidował swoje konto na Fb, a wraz z nim tekst, do którego się odniosłem (link u góry jest martwy). Gdyby ktoś chciał mi zarzucić sarkazm i złośliwość w tym, co napisałem powyżej, mogę jedynie zapewnić, że w tekście Hołdysa było wielokrotnie więcej sarkazmu, złośliwości, chwilami też agresji. Moja odpowiedź naprawdę zachowuje umiar i proporcje. Nie usunę swojego artykułu, jest wciąż aktualny. Hołdys zmienił zdanie o kilku sprawach w międzyczasie, jego tekst świadczyłby obecnie przeciwko niemu. Nie dziwię się, że zniknął.

Tagi: , , , , , , , | Kategoria: Muzyka | Komentarzy: 6 »

Dekalog początkującego grafomana

poniedziałek, 16 Styczeń 2012

Będą dwie części dekalogu, bo są dwa stopnie zaawansowania. Zrobiłem go na podstawie tysięcy rozmów i obserwacji, ale jest (jak wszystko na tym blogu) moim prywatnym stanowiskiem. Nie wyraża żadnej osobistej niechęci do jakichkolwiek osób, znam i lubię wielu grafomanów. To po prostu zestaw dobrych rad dla osób, które naprawdę chcą zostać grafomanami. Dekalog dotyczy sposobów pisania i nastawienia do niego, w efekcie których powstają złe wiersze. Częściowo może też dotyczyć prozy, ale na tym się nie skupiałem, bo miałem za mało do czynienia. Każde przykazanie jest uzupełnione komentarzem, żeby było w 100% wiadomo o co chodzi.  Za tydzień dekalog dojrzałego grafomana.

Dekalog początkującego grafomana:

1. Jesteś poetą. To kwestia decyzji, wyboru, postanowienia. Po prostu w pewnym momencie zostajesz poetą i wreszcie wiesz, kim jesteś. Jesteś poetą, a Twoje wiersze są poezją.

2. Czytelnik musi.  Autor ma prawo wymagać od czytelnika wiele, czytelnik od autora – nic. Jeśli czytelnikowi coś się nie podoba, to powinien tak długo starać się spojrzeć z punktu widzenia autora, aż w końcu mu się spodoba. Wiersz grafomana nie ma wad i błędów. Wady i błędy ma czytelnik. Czytelnik oceniając wiersz powinien się kierować zdaniem autora.

3. Nie przyjmuj krytyki. Nie ważne, że jedni skrytykowali Twój wiersz. Ważne, że inni go pochwalili. A zwłaszcza pochwalił go pan X i pani Y, więc na pewno jest dobry, bo oni się znają. W ogóle wszyscy wielcy artyści byli zaszczuci, więc jeśli Cię krytykują, to jest ostateczny dowód, że jesteś wielkim poetą. Pamiętaj, że każda krytyka Twojej poezji służy przede wszystkim do ćwiczeń asertywności i nauki mówienia „Nie”.

4. Nie ucz się nowych rzeczy. Broń Boże się nie rozwijaj! Ogranicz się do machinalnie stosowanych zabiegów, bo one są autentyczne i szczere. Jeśli wzbogacisz czymś swoją poezję, to staje się sztuczna i nieprawdziwa.

5. Wszystko, co jest do rymu, jest automatycznie wierszem. Dobrym wierszem.

6. Nie ma czegoś takiego jak dobry i zły wiersz. Każdy wiersz jest dobry, to czytelnicy bywają źli i z zazdrości nie chcą podziwiać autora. Gdyż wiersz sam w sobie się nie liczy, liczy się jego autor. Nie wolno krytykować wiersza, bo jest on częścią duszy jego autora i krytykując wiersz pokazujemy, że nie akceptujemy człowieka. A wszystkich ludzi trzeba akceptować. Musi być tolerancja, akceptacja, miłość i dobroć między ludźmi. I poezja.

7. Podstawowym zadaniem poezji w ogóle jest czucie. Chodzi o czucie tego wszystkiego, co czują Twoje wiersze. Ludzie niewrażliwi tego nie czują. Do czucia nie jest potrzebne pisanie poprawnie gramatycznie, ortograficznie, nie trzeba też mieć nic do powiedzenia. Kto naprawdę umie czytać poezję, to wyczuje swoim czuciem to, co ma wyczuć. Źli czytelnicy nie czują czucia.

8. Pisz tak jak pisali inni. Zwłaszcza Asnyk i Tetmajer, ale najlepiej w ogóle tak, jak jacyś inni. Im bardziej to, co piszesz jest podobne do tego, co zostało uznane już za poezję, tym bardziej poetycka jest Twoja poezja. Jeśli nie bardzo wiesz, kogo naśladujesz, po prostu pisz coś, co przypomina inne rzeczy, które czytałeś i słyszałeś, i plączą Ci się w pamięci.

9. I co wynika z powyższego: mów dużo o duszy i sercu, kwieciu i „dłoniach twych”, używaj inwersji gdzie tylko się da oraz gdzie się nie da, wstawiaj archaizmy. Idealny wiersz prawdziwego grafomana to np: „w dłoniach twych serce i dusza me niczym kwiecie”

10. O jakości wiersza nie decyduje forma, tylko treść. Wiersze na słuszne tematy są z natury rzeczy dobrymi wierszami (np. antywojenne, o katastrofie smoleńskiej, o papieżu, przeciw nietolerancji, proekologiczne itd.). Wierszy na słuszne tematy nie wolno krytykować. Jeśli ktoś np. wskaże błędy stylistyczne w wierszu na temat zanieczyszczenia środowiska, to znaczy że nie kocha polskich lasów i naszego barwnego ptactwa.

 

(Można sprawdzić się w skali od 1 do 10. Uwaga – żeby zostać prawdziwym grafomanem, nie wystarczy spełnić powyższe warunki. Musisz się jeszcze przy nich upierać i walczyć jak lew o prawa grafomana. Inaczej grozi Ci rozwój i udoskonalanie).

Tagi: , , , , , , | Kategoria: Literatura | Komentarzy: 4 »

Agitator Roku! Głosuj, a pokażę Ci fotkę świni zjadającej Twoje dziecko!

piątek, 13 Styczeń 2012

Piszę sobie bloga. Zdarza się, nawet dość często, ludzie piszą blogi. Jak już piszę i publikuję, to po to, żeby być czytanym, to chyba zrozumiałe – jak ktoś nie chce być czytany, to nie publikuje. A zdaje mi się, że mam coś do powiedzenia ciekawego. Może nie tyle, co Julian Assange, ale zawsze. I jest okazja, żeby być częściej czytanym, konkurs onetowski na blog roku. Myślę sobie – spróbuję. Jeden szkopuł. Pierwszy etap, gdzie odpada gruba większość blogów, a zostaje bodajże po dziesięć w każdej kategorii, to głosowanie smsowe. Czyli nie chodzi o najlepszy blog, tylko o to, jak bardzo autor bloga będzie zapieprzał, żeby się rozreklamować i ilu ma znajomych. Oczywiście z dużym prawdopodobieństwem autorzy najciekawszych blogów nie są jednocześnie tymi, którzy mają najwięcej kumpli, kumpelek, największą rodzinę i najwięcej ochoty, żeby agitować. Jest to de facto promocja Onetu, my – blogerzy jesteśmy tu mięsem armatnim. Mamy nagonić ranking.

A jak przebiega taka agitacja? W moim wypadku właściwie nie było, napisałem na Facebooku, że jest głosowanie i jak ktoś lubi mój blog, to może zaesemesować. Trochę mi głupio było, ale wytrzymałem. Już przy poprzednim konkursie na blogi literackie trochę się zaangażowałem i też jakoś mi było nieswojo. Więc staram się trzymać umiar, nie będę zasuwał gdzie się da i namawiał, a przede wszystkim nie będę z siebie robił idioty. Co innego się trochę wypromować, a co innego uprawiać kampanię wyborczą.

Wczoraj zauważyłem na stronie tego konkursu, że pierwsza weryfikacja głosów kończy się o 00:00. No i wkleiłem na FB, że można głosować. Dziękuję wszystkim, którzy zagłosowali. Dziś rano zaglądam na stronę konkursu blog roku i co widzę:

Tradycją Bloga roku stało się już, że blogerzy zachęcaja do głosowania na ich blog umieszczając na nim specjalnie przygotowane grafiki. Mężczyzna w sukni ślubnej, urocze zwierzątko, goła pupa. Zdjęcie zabawne, absurdalne, szokujące… Blogerzy, biorący udział w konkursie Blog Roku 2009, próbowali w najrozmaitszy sposób zachęcić do głosowania na siebie. Niektórym nietypowy sposób agitacji przyniósł efekty i zakwalifikowali się do II etapu konkursu.

Ja przepraszam, ja debila z siebie nie będę robił, nawet za pieniądze lub sławę. Zasłynąć z bycia mądrym jest trudniej i mniej „zarąbiście” niż zasłynąć z bycia palantem, ale nie muszę być sławny. Jeśli biorę udział w takim konkursie to w zupełnie innym celu i chyba wystartowałem w nie swojej konkurencji. Onet promuje swój konkurs zagrywkami, które należałoby zatytułować „idioci czytający wybierają idiotów piszących”. No i mam dylemat, poczułem się jakiś… inny.

Otwieram rano pocztę mailową, a tu spływa mi masowa korespondencja od bardziej i mniej znajomych, którzy blogują. „Zagłosuj na mnie”. Już nie chodzi o to, że żaden z tych blogów mnie nie zainteresował, zwykle to taka pisanina o niczym. Ale żeby aż rozsyłać spam do całej listy adresowej? Onet pokazał marchewkę i zrobiło się tornado.

W zeszłym roku na Pomorzu był inny, podobny plebiscyt, przy pomocy smsów wybierano „najlepszego artystę”. Wysłałem wtedy jeden głos na znajomego, który rozesłał prośby o głosowanie na niego. Najpierw przejrzałem pozostałe kandydatury i stwierdziłem, że z niewielkimi wątpliwościami, ale jednak mogę uczciwie i z jakimś przekonaniem temu znajomemu pomóc. Chociaż już wtedy pomyślałem, że wynik plebiscytu nijak się ma do uprawianej sztuki, przekłada się wyłącznie na liczbę znajomych na FB i promuje nie tyle artystów, co celebrytów. Rzeczywiście, wynik był taki, że po samej liczbie sądząc – 3/4 głosujących nigdy nie miało osobistego kontaktu ze sztuką artysty, który wygrał, ale w eter poszło, że on jest najwybitniejszy. Postanowiłem sobie wtedy, że jeśli kiedyś ja znajdę się w kolejnej edycji tego plebiscytu, to wręcz poproszę znajomych, żeby na mnie nie głosowali. Nie chcę być celebrytą, chcę być czytany (wiersze), chcę ciekawej dyskusji (blog), chcę razem z innymi wydawać książki (stowarzyszenie). Pomyślałem, że konkurs na blog roku może mi w tym pomóc. Teraz mam coraz więcej wątpliwości na temat wszystkich takich plebiscytów. Nie chodzi już o mnie i o Drapanie ciszy. Chodzi mi o całą ideę takich spędów i o to, kto właściwie na nich korzysta.

Zobaczę jak to się rozwija i możliwe, że po prostu się wycofam. A już na pewno nie będę codziennie robił zamętu na FB, nie będę wysyłał spamu do całej listy adresowej, nie będę dzwonił i latał po kolegach. I nie pokażę gołej dupy ani husky do przytulania przez monitor. To chyba nie mam szans, co?

Edycja, 18 stycznia: zdjąłem info o udziale w konkursie. Jak widzę, co robią ludzie, żeby wygrać, to ja nie chcę być z tym identyfikowany.

(źródło cytatu)

Tagi: , , | Kategoria: Wszystkie wpisy | Komentowanie nie jest możliwe