Wpisy oznaczone ‘slash’

Michael Jackson, trudny prorok

niedziela, 25 Grudzień 2011

Zakładaliśmy kiedyś taki zespół (mało istotna historia, ale tytułem wstępu), a właściwie paru kumpli miało założony i były kombinacje, żebym dołączył. Liderem był jeden emigrant, który wpadał czasem z Niemiec pośpiewać, wielki szpan bo on za granicą, to rządził. Śpiewać nie umiał, na muzyce się nie znał. Gitarzysta nie mógł się dogadać z perkusistą, bo gitarzysta był Świadkiem Jehowy, a perkusista chlał i ćpał. Jeden chciał piosenek o miłości i pokoju, drugi – o ulicznym mordobiciu i seksie, w końcu nic z tego grania nie wyszło. Zgadaliśmy się kiedyś (to było z 10 lat temu) o Michaelu Jacksonie. Lider – emigrant wysunął tezę, że wszystkie zagrywki mistrza, poglądy, ogólnie wizerunek, jest zrobiony na potrzeby sprzedaży przez speców. Zdziwiłem się, bo jasne, spece robią różne rzeczy, ale na pierwszy rzut oka widać, że tacy jak Jackson, Prince, Wonder, Charles – są autentyczni. Można im dodać jakieś triki, wzmocnić osobowość, ale nie są zrobieni, co najwyżej podrasowani. Wokalista odpowiedział, że ci ludzie w ogóle nie posiadają osobowości i robią to, co im każą specjaliści od sprzedaży. Przeraziła mnie teza, że są ludzie „bez osobowości”, to się kłoci nie tylko ze zdrowym rozsądkiem, ale i z kliniczną psychologią.

Nie podjąłem, zrozumiałem że mój rozmówca miał taką osobowość twórczą, że tylko z lenistwa nie został bóstwem seksu, rytmu i śpiewu. Jakże mógłbym polemizować.  Tak czy owak została po Jacksonie spuścizna nie tylko muzyczna i obyczajowa, ale też propagandowa. Jego akcje ratowania dzieci, zwierząt, pokoju na ziemi, teksty i teledyski, jego patetyczne przemowy i nieco naiwne deklaracje – czym były naprawdę?

Mam wrażenie, że to było autentyczne, póki działo się w jego własnym świecie. Ale właśnie w momencie, kiedy ktoś przerabiał najgłębsze cechy muzyka na produkt łatwo sprzedawalny – zaczynało się robić sztucznie i pompatycznie. Jednak tu i ówdzie wciąż wyzierało to, co miało wszelkie cechy prawdy i głębokiego przekonania.

Michael Jackson był człowiekiem po pierwsze utalentowanym (nie da się tego zastąpić marketingiem, choć da się wzmocnić), po drugie wrażliwym (przez co dziwaczał i nie zawsze sobie dobrze radził), po trzecie rozdartym. Na różne sposoby. Rozdartym nie tylko między sztuką i komercją, między swoim talentem, realizacją go, a kompleksami wyniesionymi z chorego domu rodzinnego. Rzadko jednak mówi się o dręczącym go latami konflikcie wewnętrznym spowodowanym religią i karierą opartą na funkcjonowaniu jako symbol seksu.

Energia seksualna rozpierała rzeczywiście artystę, żadne działania piarowe nie mogły spowodować, że był on jednym z najlepszych tancerzy na świecie, że wariowały za nim kobiety, że uwodził nawet przypadkowym ruchem głowy i zarabiał na tym duże pieniądze. Jako artysta musiał czuć się źle z tym, że był Świadkiem Jehowy, jako Świadek Jehowy musiał czuć się źle z tym, że był ikoną wyuzdania i w ogóle ostrego trybu życia. Tak, teraz zaczynamy łapać analogię z pozornie nieistotnej historyjki autobiograficznej, jaką przytoczyłem na początku. Historie mafijne i nowy, pokojowy świat, narkotyki i modlitwa, miłość i orgie – wszystko to mieściło się w jednym człowieku i nie mam wątpliwości, że mieściło się naprawdę, że nie był to żaden wyprodukowany sztucznie paradoks. Owszem, znakomity materiał promocyjny do wykorzystania przez jego sztab, ale bynajmniej nie spreparowany.

Religię „odziedziczył” po matce. Wychowanie w domu podzielonym religijnie jest tramą, każde z rodziców ciągnie w swoją stronę. Dzieci są tyleż wzbogacone (o sprzeczne idee), co zagubione. Nie ma zresztą czegoś takiego, jak „urodzenie się” w religii Świadków Jehowy. Przyjmują ludzi dopiero wtedy, gdy świadomie dojrzeją do tego kroku, przynajmniej teoretycznie – dorosłych. Wychowanie to więc jedno, przynależność – drugie. Jackson stał się (przyjmując chrzest) wyznawcą tej religii w wieku 17 lat. Przestał być w roku 1987, kiedy największy jego album – Thriller – był już nagrany, a drugi, nie gorszy – Bad – był w produkcji . Taka garść informacji formalnych, encyklopedycznych (chociaż w żadnej encyklopedii tych szczegółów nie znalazłem).

Problemy zaczynały się nie na trasach koncertowych, tylko na zebraniach Świadków. W niewielkiej sali (około 100 osób) pojawia się nagle – uwaga! – naprawdę! – Michael Jackson. Cicho, trochę pod nosem śpiewa (nie tańcząc) pieśni religijne, siedzi skupiony dwie godziny z Biblią w rękach, po czym jak najszybciej ulatnia się, żeby nie robić zadymy. Czasem potajemnie, w ubikacji sali zebrań pokazywał wniebowziętym dzieciakom moonwalk. Najzupełniej „normalnie” brał też udział w tym, z czego Świadkowie Jehowy są najbardziej znani (i nielubiani) – zachodził do domów ludzi w celu wiadomym. No wyobraź sobie, Ty  – czytający teraz mojego bloga, nagle słyszysz dzwonek do drzwi. Wstajesz, otwierasz, widzisz dwóch ludzi ze Strażnicą i jednym z nich jest Michael Jackson (oczywiście wyobrażamy sobie sytuację w czasie, kiedy jeszcze żył).

Jak wspomniałem, pojawiały się problemy. Świadkowie Jehowy, jak większość wyznań protestanckich są (mówiąc w dużym uproszczeniu) akulturowi i aseksualni. Jedno i drugie kłóciło się z naturalnymi popędami śpiewaka. Są też prospołeczni, nieco egzaltowani, altruistyczni. To z kolei bardzo ładnie się zgadzało z innymi popędami tego samego śpiewaka. Górę brał raz jeden popęd, raz drugi. Przeciętnego, porządnego i (powiedzmy to wprost) bezbarwnego współwyznawcę tego rodzaju dylematy gorszyły. Nic to, że wiele postaci biblijnych było podobnie rozdartych. Dawid, Jefte, Joab, Sedekiasz, Jonasz… no, żeby nie robić wykładów z teologii – Jackson był nie tyle wbrew Bogu, wbrew Biblii, wbrew życiu – co po prostu wbrew doktrynie. I pokornie godził się na to, chociaż oprócz najzwyczajniejszej sensacji i prostej miłości braterskiej, spotykał się równie często ze zgorszeniem i niedowierzaniem. Rzeczywiście, sługa Boży, apostoł, ortodoksyjny fan wartości rodzinnych, tarzający się po scenie z ręką zaciśniętą na fiucie – coś tu nie grało.

Nie, gdyby Jackson chciał odejść od Świadków Jehowy, tak po prostu – chciał, zrobiłby to. Nieważne, że nie jest to łatwe odejście. Jest niełatwe, ale wykonalne. Jednak nie odszedł, został (mówiąc terminologią katolicką) ekskomunikowany lub (mówiąc terminologią właściwą dla tego wyznania) wykluczony. Pierwsze zgrzyty pojawiły się po teledysku Thriller. Pierwsze duże zgrzyty, bo mniejsze zapewne zdarzały się permanentnie. Okiem wierzącego obserwatora – przełomowy w historii muzyki rozrywkowej filmik pokazuje nic innego, jak życie pozagrobowe i robi sobie kpinę z postaci demonicznych. Jackson pokornie zgodził się na wmontowanie na początku komunikatu, że teledysk nie jest świadectwem jego wiary w życie pozagrobowe. To był ostatni kompromis. Nie dał rady. Po serii upomnień został wykluczony, w tym samym czasie wydał singiel (fenomenalnie zrobiony muzycznie, a prywatnie dodam – to był czas moich pierwszych randek), „Bad”:

Cóż, mówią, że niebo jest granicą
i zgadzam się z tym,
ale przyjacielu, nic jeszcze nie widziałeś -
daj mi skończyć


Jestem zły, i co?
jestem zły, wiesz, że naprawdę zły
świat musi teraz odpowiedzieć, jeszcze raz:
kto jest zły


Jutro możemy zmienić świat,
może być lepszym miejscem,
a jeśli nie podoba ci się to, co mówię,
możesz dać mi w twarz.

Nie, to nie był koniec. To nie było tak, że Jackson uwolnił się z „sekty” (Świadkowie Jehowy nie są sektą według żadnej z definicji sekt) i nagle odżył. Przez cały wcześniejszy okres realizował się jednostronnie. Więc teraz, przez kolejne lata nie tyle realizował się naprawdę, co raczej – drugostronnie. Skutek muzyczny był fatalny. Fakt, głównym powodem zapaści muzycznej było zakończenie współpracy z Quinsy Jonesem, który był prawdziwym współautorem i mózgiem lub najważniejszym gruczołem mózgu pod ogólną nazwą „Michael Jackson”. Ale nie tylko – jak wiadomo, najlepsze dzieła artystyczne biorą się z napięcia pomiędzy, z tego specyficznego stanu niezdecydowania i dylematów. Po rozwiązaniu dylematów, Jackson poniekąd rozwiązał też swój życiorys artystyczny. Nie pomogły konszachty ze Slashem, inwestycje w różne zoo, place zabaw, skandale i akcje charytatywne. M.C. Hammer – skończony palant, bez talentu i w ogóle bez śladu świadomości czym w ogóle jest muzyka, nie mówiąc już o muzyce z ambicjami – wyzwał Jacksona na pojedynek taneczny, będąc pewnym, że wygra głosami publiczności. Król nie przyjął wyzwania pastucha, bo pastuch, choćby był mistrzem, jest nadal pastuchem, a król – królem. Podobnych Hammerowi pajaców typu Vanilla Ice, Milli Vanilli, potem post-grungeowców, w końcu hip-hopowcy, wymachujący plikami dolarów (które Jackson by wyśmiał, nawet pogrążony w długach) i – znowu – wymachujący tyłkami czarnych prostytutek (które Jakckson by – znowu – wyśmiał, nawet obmacując białych chłopców), namnożyło się w tysiące. Każdy miał się za króla. Ale nie o tym piszę. Piszę o tym, o co posądzam człowieka. Nie muzyka, nie tancerza, nie bóstwo seksu, nie miliardera i bankruta. Nie pedofila, nie filantropa, nie dziwaka z silikonową twarzą. Nigdy nie wrócił do religii Świadków Jehowy. Ale chyba do końca została mu… brzytwa? Polskie przysłowie o „chwytaniu brzytwy”, nie pasuje tutaj. Lepiej brytolskie o „chwytaniu słomki”, owo „clutching at straws”, którego Fish przy zupełnie innej okazji i z zupełnie innymi intencjami użył. Tak, chwytał się Jackson słomki i wbrew temu, co szanowny wokalista gdańskiego, amatorskiego niebardzozespołu twierdził – chwytał się szczerze. Teledysk do „Earth song” to przedruk w czystej postaci ze Strażnicy i innych pism Świadków Jehowy. Kropka w kropkę. Ubliżając przymierzu z Abrahamem (tekst piosenki!), ludzie niszczą przyrodę i harmonię społeczną. Nagle i niespodziewanie nadciąga potężny wiatr od Boga, „łamie łuki, wozy ogniem pali” (psalm 46:10), niszczy czołgi, wytrąca karabiny z rąk, zabiera drwalom siekiery, rzeźnikom noże. Przyroda odradza się, ludzie (!) zmartwychwstają. Jaki inny artysta pokazał zmartwychwstanie zabitych ludzi do nowego, pięknego świata? Pokazany raj jest nie w niebie, lecz – co charakterystyczne – na Ziemi.

Jackson nie zmartwychwstał artystycznie. Zrobił jeszcze trochę muzyki, ale niewiele i bardzo… średniej. Nie odnalazł się. Wiem, fajnie jest potańczyć. Fajnie jest żyć łatwo, mamy łatwą epokę, łatwy kawałek dziejów. Uniwersalia wydają się łatwe. W końcu – po cholerę truć się problemami. Zwłaszcza, jeśli jest się w miarę prostym człowiekiem i ma się w miarę proste życie.

Michael Jackson dla zwykłych i niezwykłych ludzi miał ciekawą historię. W chwili przerwy między jednym yassowym transem i drugim clubbingowym drinkowaniem, dla wybranych – dziwna historia z gatunku czarnych spirituals. Dziwna, doprawdy. Parafrazując Jezusa – nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Nie sądźcie, a tym bardziej – nie po wierzchu. Tańczcie. Bóg osądzi Króla.

To tylko przykład, choć najbardziej wyrazisty. Osiem lat po wyrzuceniu z armii Świadków Jehowy. To nie jest marketing. Myślę, że on przeżywał naprawdę to, przy czym inni po prostu się bujali, żeby potem powtarzać plotki.

Tagi: , , , , , , , , , , , , | Kategoria: Muzyka, Muzyka moja ulubiona | Komentarzy: 2 »

slash – debiut na starość

niedziela, 13 Luty 2011

Złe rzeczy pisano o ostatniej płycie Slasha. Że chłop się zmanierował i że nudą wieje. Że sobie zrobił laurkę. No zrobił. I co? Kawał porządnego rocka, pomimo przeróżnych wpływów (śpiewa kilkunastu wokalistów, gra cała masa muzyków sesyjnych i znajomych autora).

Styl jest jednak równy, nie odczuwa się jakoś porażająco, że współtworzyło tę płytę kilkunastu ludzi i to każdy utwór kto inny. Slash to stary wyjadacz (jeśli nie wręcz wyżeracz) i wie co robi. Słychać tę jego gitarę i stosunkowo spójną sekcję od początku do końca. To raczej goście złapali klimat, a nie gospodarz się kiwał jak chorągiewka. Nie nudzi się słuchanie ponad godzinę. Jednorodność to nie monotematyczność.

Ja bym powiedział, że tylko jeden utwór się nie broni, mianowicie Gotten. Flaki z olejem.

Riffy są jak najprawdziwsze. Dla zwolenników radosnego, energetycznego grania w sam raz. Jak dla mnie sama frajda. Nie wrzucam tej płyty do moich ulubionych Slashów, bo Ain’t Life Grand jest lepsza, Five O’Clock – też chyba góruje. Na tej najnowszej (i zarazem – zgroza – DEBIUTANCKIEJ, bo to pierwsza płyta Slasha nie firmowana jakimś zespołem, ale solo) wyłazi trochę efekciarstwo. Ale co tam. Każdy koneser ma w sobie coś ze sroki i czasem leci na błyskotki. Jeśli są zrobione z cennych minerałów, to niech sobie błyszczą.

Tagi: | Kategoria: Muzyka, Wszystkie wpisy | 1 komentarz »

Gary Moore nie żyje i nie zagra już

czwartek, 10 Luty 2011

Przy okazji śmierci (cholera, ale wyszło – „przy okazji śmierci”…) Gary Moore’a naszło mnie parę refleksji i wspomnień. Pierwsze – nigdy nie podobał mi się jego styl. Ani we wcieleniu bluesowym (w którym był niewyraźnym cieniem Petera Greena), ani hard rockowym, gdzie w porywach sięgał środka drugiej ligi. Druga myśl to, że o umarłych zawsze mówi się lepiej niż o żywych i że za zdanie, które powyżej widnieje, paru zwolenników pośmiertnych odznaczeń i awansów będzie mnie chciało zakatrupić. Martwi artyści, których za życia mało kto słuchał, tuż po śmierci stają się legendami, a serwery emule zatykają się nagle, jakby świętej pamięci muzyk nagrał najgenialniejszą płytę dekady. A to tylko zgon.

Tak czy inaczej był jednak Moore muzykiem prawdziwym. W takim sensie, że umiał grać na instrumentach, nie fałszował śpiewając, miał poczucie rytmu i melodii, doskonałą pamięć dźwiękową, przyzwoitą technikę. Nie zrobił kariery dzięki wielkim cyckom albo różowym majtkom, czy łapaniu się za krocze. W tym momencie zlatuje się cała hałastra kibiców sportowych, rozpętując dyskusje na którym miejscu wśród gitarzystów znajduje się Gary Moore. Sam – bywa – zabawiam się w takie rankingi, problem jedynie jest w kryteriach. Tu poziom nawiedzenia sięga ostatniej fazy ekstazy świętej Teresy, awantura może być równie intensywna jak orgazm naćpanej dewotki kopulującej z osłem. Hiperbola hiperbol. Można się bowiem dowiedzieć, że tacy panowie jak Moore, Brian May, czy Slash w ogóle nie potrafili grać na gitarach, a już nazwanie ich wirtuozami jest bluźnierstwem. Wystarczy bowiem zmierzyć ile dźwięków na sekundę jest w stanie zagrać Steve Vai (podobno Paul Gilbert jest lepszy o 0,000035, ale to mogą być plotki), żeby ustalić hierarchię najwspanialszych gitarzystów rocka. Proponuję więc ten rodzaj rozumowania przenieść na inne dziedziny sztuki:
- najlepszym malarzem świata jest ten, który umieści na płótnie o wymiarach metr na metr najwięcej obrazków huzara na koniu.
- najlepszym pisarzem świata jest ten, który zmieści w jednym zdaniu najwięcej słów, nie przekraczając 15 cm. długości zdania czcionką times new roman 12.
- najlepszym rzeźbiarzem świata jest ten, który wyrzeźbi mega Światowida z największą możliwą ilością twarzy.

Tagi: , , , , | Kategoria: Muzyka, Wszystkie wpisy | Komentowanie nie jest możliwe