Wpisy oznaczone ‘steve vai’

Miasto, masa, maszyna, gitara

piątek, 18 Luty 2011

Niektórzy gitarzyści myślą muzyką – tak jakby brzmienie przejmowało ich władze umysłowe, jakby wyjmowali sobie mózg i wkładali dźwięk. Całą fakturę, łącznie z barwą, harmonią, bel canto i basso continuo. Inni myślą rękami. Błąd tych drugich polega na tym, że energia roznosi ich fizycznie, nie awansowali na piedestał muzyków, wciąż są rolnikami, wojownikami, kopaczami rowów, miotaczami bumerangów, liczy się ilość, siła. Dla muzyka są po prostu warstwy wyższe, lepsze sposoby wyrażania ilości i siły. Jeff Beck zapytany kiedyś o Steve’a Vaia wyraził jak najbardziej słuszne docenianie (zresztą mam odczucie, że Vai jest uczniem nie tyle Zappy czy Satrianiego co właśnie Becka, chociaż to wredne poczucie humoru ma iście zappowskie), dorzucił tylko, że Vai ma jeden problem. Tam, gdzie wystarczą dwa dźwięki, on gra siedemdziesiąt. Liczby mogłem pomylić, bo cytuję z pamięci. Ale fakt pozostaje bezsporny – mistrz mówił o uczniaku. Wirtuoz ostateczny, apokaliptycznie, skończenie doskonały wyraził się o panu, który dużo ćwiczył. Fakt, że owo wspomniane wcześniej poczucie humoru łączy ich obu. Passion and warfire Vaia jest równie jajcarskie jak Blow and blow Becka. Dziwactw gitarowych (czuć rozsadzającą inwencję) jest tyle samo tu i tu. Żeby nie było – reszta twórczości ma się równie paralelnie, są wzloty i upadki, chociaż Beck był wcześniej o 20 lat. Ale ten luz naprzeciw tego ciśnienia, to szukanie istoty rzeczy wobec szukania ilości rzeczy, przelewanie się przez brzeg kieliszka tu – doskonałego wina, tam – samogonu. Beck, choć nie tak doskonały technicznie jak Vai – jednak potrafił zagrać więcej i lepiej. Umiał mniej, a wychodziło mu więcej! Kto nie wierzy, niech porówna pana „gadająca gitara” z jego mistrzem w kwestii dźwiękonaśladownictwa. The Audience Is Listening wobec Blackbird. I kto to mówi/gra/ćwierka?

Zalew szybkich gitarzystów jest przytłaczający. Wiadomo jak ćwiczyć, są lekcje w sieci, jutube, poradniki. Gilbertów, Petruccich, Vaiów produkuje się na pęczki. Każdy z nich gra szybko bo po prostu umie. Umie – gra. Kiedyś spytano Artura Rubinsteina dlaczego gra tak wolno. Odpowiedział – bo umiem.

Tagi: , , | Kategoria: Muzyka, Wszystkie wpisy | Komentarzy: 2 »

Gary Moore nie żyje i nie zagra już

czwartek, 10 Luty 2011

Przy okazji śmierci (cholera, ale wyszło – „przy okazji śmierci”…) Gary Moore’a naszło mnie parę refleksji i wspomnień. Pierwsze – nigdy nie podobał mi się jego styl. Ani we wcieleniu bluesowym (w którym był niewyraźnym cieniem Petera Greena), ani hard rockowym, gdzie w porywach sięgał środka drugiej ligi. Druga myśl to, że o umarłych zawsze mówi się lepiej niż o żywych i że za zdanie, które powyżej widnieje, paru zwolenników pośmiertnych odznaczeń i awansów będzie mnie chciało zakatrupić. Martwi artyści, których za życia mało kto słuchał, tuż po śmierci stają się legendami, a serwery emule zatykają się nagle, jakby świętej pamięci muzyk nagrał najgenialniejszą płytę dekady. A to tylko zgon.

Tak czy inaczej był jednak Moore muzykiem prawdziwym. W takim sensie, że umiał grać na instrumentach, nie fałszował śpiewając, miał poczucie rytmu i melodii, doskonałą pamięć dźwiękową, przyzwoitą technikę. Nie zrobił kariery dzięki wielkim cyckom albo różowym majtkom, czy łapaniu się za krocze. W tym momencie zlatuje się cała hałastra kibiców sportowych, rozpętując dyskusje na którym miejscu wśród gitarzystów znajduje się Gary Moore. Sam – bywa – zabawiam się w takie rankingi, problem jedynie jest w kryteriach. Tu poziom nawiedzenia sięga ostatniej fazy ekstazy świętej Teresy, awantura może być równie intensywna jak orgazm naćpanej dewotki kopulującej z osłem. Hiperbola hiperbol. Można się bowiem dowiedzieć, że tacy panowie jak Moore, Brian May, czy Slash w ogóle nie potrafili grać na gitarach, a już nazwanie ich wirtuozami jest bluźnierstwem. Wystarczy bowiem zmierzyć ile dźwięków na sekundę jest w stanie zagrać Steve Vai (podobno Paul Gilbert jest lepszy o 0,000035, ale to mogą być plotki), żeby ustalić hierarchię najwspanialszych gitarzystów rocka. Proponuję więc ten rodzaj rozumowania przenieść na inne dziedziny sztuki:
- najlepszym malarzem świata jest ten, który umieści na płótnie o wymiarach metr na metr najwięcej obrazków huzara na koniu.
- najlepszym pisarzem świata jest ten, który zmieści w jednym zdaniu najwięcej słów, nie przekraczając 15 cm. długości zdania czcionką times new roman 12.
- najlepszym rzeźbiarzem świata jest ten, który wyrzeźbi mega Światowida z największą możliwą ilością twarzy.

Tagi: , , , , | Kategoria: Muzyka, Wszystkie wpisy | Komentowanie nie jest możliwe