Wpisy oznaczone ‘van halen’

Nowy Van Halen – wrażenia

wtorek, 6 Marzec 2012

Album nosi tytuł „A Different Kind of Truth”. Zaczyna się dość męcząco ta płyta. Nie wiem, co ma w sobie kawałek ją rozpoczynający (Tattoo, jest poniżej w linku), ale jakoś mi się wlecze za każdym razem i przygnębia mnie. Nie nastawiam się jednak negatywnie, bo już od pierwszego przesłuchania wiem, że dalej jest lepiej. A chwilami wspaniale. Ekipa pamięta bardzo dobrze lata 80., ale nie trzyma się ich ortodoksyjnie. Śpiew jest brudny, słychać zmęczenie wokalisty, ale umie to zamienić w walor. Co może pokazać Eddie w roku 2012? Jest parę szybkich solówek, riffy są bezkompromisowe, nie odnoszę wrażenia, żeby cofał się przed czymś z powodu stopnia trudności. Jeśli efekt końcowy wymagał zagrania czegoś, to grał. Nie ma natomiast ostentacyjnych popisów, bo i nie te czasy i nie te umiejętności. Gość chyba zdaje sobie sprawę, że kilku takich, co przyszli po nim już nie prześcignie. I dobrze, nie kopie się z własną legendą, jest starym mistrzem i szanuje swoje stare mistrzostwo bez rozmieniania się na drobne.

Co ciekawe – niektóre kawałki pobrzmiewają trochę starym punk rockiem (Bullethead), trochę Hendixem (The trouble with never), jakimś The Who, czy jeszcze czymś. Mamy tu przekrój nawiązań i wpływów z całej historii rocka, co nie narusza spójności albumu i nie pozostawia wrażenia naśladownictwa. Kawałek dobrego hard rocka. Warto.

Płyta nagrana w niemal identycznym składzie jak dwie pierwsze:

David Lee Roth

Eddie Van Halen

Alex Van Halen

Wolfgang Van Halen

 

 

 

Tagi: , | Kategoria: Muzyka | Komentowanie nie jest możliwe

Ta laska, co grała solówkę w Dirty Diana

niedziela, 11 Wrzesień 2011

Jackson lubił dorzucić jeden – dwa mocniejsze kawałki na każdej swojej płycie. Udział Eddiego Van Halena w nagraniu Beat it wspominany jest ze wzdychaniem, pojękiwaniem i zachwytem. Słusznie, ładnie zagrał (w tle pobrzdąkiwał mu mocno przereklamowany Steve Lukather). Na kolejnym albumie pojawia się odpowiednik, mocny kawałek – Dirty Diana i tu już jest zagadka. Ktoś na teledysku faktycznie gra solówy gitarowe. Ktoś dużo mniej znany od Van Halena. Czupryna jest bujna, twarzy wiele nie widać. Parę razy słyszałem próbę określenia tożsamości „no, ta laska, co grała solówki w Dirty Diana”. I tyle.

Otóż ta laska nie jest wcale taka nieznana i tajemnicza. Świetnie gra na gitarze i ma spory dorobek. Co więcej. Ona jest facetem i nazywa się Steve Stevens.

Dziwnie się nazywa. Właściwie ma na nazwisko Schneider, a pseudonim wybrał (wybrała? to może umówmy się jednak, że ta laska to facet) więc wybrał sobie śmieszny, jakby w Polsce ktoś się zwał Stefan Stefański. Był też chyba pierwszym gitarzystą, który malował sobie paznokcie na czarno (jeśli się mylę, to niech mnie ktoś wyprowadzi z błędu. Drugim znanym z tego egzemplarzem był Nuno Bettencourt). Zaczynała [tfu!] zaczynał karierę przygrywając w zespole trochę pajacującego Billy Idola. Zdołał się jednak wygryźć tym kanałem na tyle, że w 1987 pojawił się na Bad i dopiero wtedy zrobiło się o nim głośniej. Na chwilę.

Stevens widocznie nie ma ciśnienia na karierę. Nie ma własnej strony internetowej, jest na Myspace i na Facebooku (kliknąłem, tak, tak, lubię to). Można powiedzieć – utalentowany muzyk studyjny i trochę zmarnowany gitarzysta. Wrócił do Billy Idola i zakisił się tam na amen. Zrobił trochę muzyki filmowej (z bardziej znanych nagrań – słychać go w Top Gun). Szkoda, jak wspomniałem – jest świetny. Jego styl jest zakorzeniony w starej szkole grania z lat 70. Zdecydowanie jest wirtuozem (sprawniejszym od Van Halena, chociaż ustępuje najszybszym wymiataczom. Ale spokojnie wytrzymuje w sytuacjach, kiedy trzeba błyszczeć techniką). Jest jednak w jego grze charakterystyczne, rockowe zacięcie, skupienie na brzmieniu, stylu, szorstkość. Zachowanie proporcji między efektem muzycznym a popisami – zdecydowanie na korzyść tego pierwszego.

Wydał trzy solowe płyty. Atomic Playboys to przeciętny heavy metal z końca lat 80.i z niego pochodzi pierwsza załączona próbka (niewiele tych próbek, no słabo się facet lansuje). Zmieścił się swobodnie w konwencji, ale to jeszcze nie to. Dwie kolejne płyty są dużo ciekawsze. Flamenco A Go-Go jest dobrą próbą połączenia muzyki tanecznej (chwilami z dyskotekowym podkładem), hiszpańskich gitar, elementów jazzu i rocka. Konwencje połączone są sprawnie, bez zgrzytów i z osobliwym wdziękiem (druga próbka). To nie jest italo – disco. Trzeba pamiętać, że rock też wywodzi się z muzyki tanecznej, jedno z drugim nie musi się kłócić, o ile jest dobrze zrobione. Więc jest. Niemal dziesięć lat później ukazała się Memory Crash (2008). Instrumentalny album z jedną tylko piosenką z wokalem. Mieści się w nurcie tzw. rocka gitarowego, nawiązuje do kanonu stworzonego przez Satrianiego i Vaia. Takie granie wymaga znakomitego opanowania instrumentu, wiele płyt z wymienionego nurtu to po prostu prezentacja umiejętności grajka. Czasem tyleż błyskotliwa, co nudna. Tym bardziej może się podobać, że Stevens nadał swojej płycie silnie hendrixowskie brzmienie. Riffy, rytmy, chropowate brzmienia, wyważona gra solo – przy tym sporo elektroniki, ale bez przesady. Popisowe solówki też – i też z umiarem. Po prostu świetne granie. Cieszy ucho. Trzecia próbka niech ucieszy ucho.

To jednak nie koniec, bo najwartościowsza część twórczości Stevensa jest na dwóch zupełnie innych płytach. Tu dopiero widać jego uniwersalność i kunszt, gdyż są to nieco eksperymentalnie brzmiące albumy jazzrockowe. Zespół, który je nagrał to trio o prostej nazwie – Bozzio Levin Stevens, jak łatwo się domyślić od nazwisk wykonawców zupełnie skądinąd znanych. I nie są to nazwiska z piątej ligi, ale z pierwszej. Nie będzie próbki. O tych płytach będzie za to z pewnością inny wpis, natomiast na tę chwilę po prostu polecam. Jeśli ktoś lubi nowocześnie brzmiące fusion zakorzenione trochę w King Crimson, trochę w Zappie, a przede wszystkim oryginalne, świetnie zagrane, to przy tej okazji tylko rzucam temat: ta laska z Dirty Diana zagrała także na tych płytach i zrobiła to bardzo dobrze.

Tagi: , , , , , , | Kategoria: Muzyka, Muzyka moja ulubiona | 1 komentarz »

Kurza twarz vel Chickenfoot

wtorek, 22 Marzec 2011

Na świecie nagrano dużo dobrego hard rocka i pojawienie się kolejnej płyty to żadna tam sensacja. Można wyjść z takiego założenia i nie sięgnąć wyżyn, bo i po co? Jednak i tu jest różnica między porządnym graniem, a odwalaniem roboty w stylu ostatnich płyt Deep Purple. Stary, dobry hard rock, może być stary i niestary oraz dobry i niedobry. Chad Smith z Red Hot Chilli Peppers tak sobie pomyślał, że mu się zachciało pograć z przytupem i podobnież on zgarnął resztę, chociaż na stronie zespołu jako największa gwiazda jest opisywany Joe Satriani. Śpiewa ten gość z Van Halen, mianowicie Sammy Hagar. O basiście wiem tyle, że grał w tymże samym Van Halen. Cóż z tego wyszło?

Na razie jedna płyta i zapowiedzi kolejnej. Hagar ma niezły głos, ale to tylko jeden z głosów rocka, nieco przegięty nadmiarem radości z wrzasku. Bez nazwiska byłby taki tam. Bas chodzi jak zwykle w zwykłych zespołach, czyli poprawnie. Perkusja czasem przykuwa uwagę, gitara też zasadniczo robi swoje i tyle. Tu jednak może warto dorzucić uwagę, że jednak Satriani to Satriani. Oglądając kolejne G3 dochodziłem regularnie do wniosku, że jedynym, który czuje bluesa i ma odrobinę tradycyjnego, brudnego feelingu jest właśnie Satriani. Najlepiej to słychać na płycie mającej zamiast tytułu jego nazwisko. Doskonały album. Wirtuozeria przygasiła mu czysto muzyczne walory gry, skupił się może niepotrzebnie przez całą karierę na błyskotkach. Poza tym chyba traci formę i w popisach wirtuozowskich wyraźnie zostaje z tyłu nawet za Vaiem. Jednak wciąż on i tylko on na popisowych koncertach powoduje u mnie rezonans. Dobrze więc, że poszedł w końcu w normalny rock, a nie jakieś tam brzdękolenie na ilość. Miał szansę być może postawić na nogi Deep Purple. Przed koncetami w Japonii nauczył się całego repertuaru w samolocie i grał! Może to by było najlepsze rozwiązanie? Nie dowiemy się pewnie nigdy, a Purple po dwóch niezłych płytach z Morsem umarli ze starości.

Mają chłopaki poczucie klasyki, wiedzą co i jak. Opowiadają, że ich mentorem jest Little Richard. Szkoda, że robią to bez aspiracji, bo wciąż po kolejnych utworach to samo wrażenie – że hard rock już był i można tylko grać z poczuciem oczywistych oczywistości, bez silenia się na poruszenie słuchacza. Jakby chcieli sparodiować własny pociąg do serdeczniejszej zagrywki. Szkoda. Jak się zbiorę napiszę o Soul Sirkus, bo jednak można zajechać słuchacza hard rockiem. Starym, dobrym hard rockiem nie do zdarcia.

Coś, czego nie ma na płycie i nie jest takim zeszmaceniem Hendrixa, jak np. zrobił to Paul Gilbert. Nawet niezłe:

http://www.chickenfoot.us/video/foxy-lady-live-cabo

Tagi: , , , , | Kategoria: Muzyka, Wszystkie wpisy | Komentowanie nie jest możliwe